Przeczytaj fragment książki „Życie, którego nie wybrałam” Kelly Rimmer

LubimyCzytać LubimyCzytać
27.01.2025

Dwie rodziny żyjące na dwóch kontynentach i wybuch wojny, która sprawia, że ich losy zaczynają się łączyć, a spadać zaczynają na nich kolejne nieszczęścia. Właśnie tę historię przedstawia w powieści „Życie, którego nie wybrałam” Kelly Rimmer. Przeczytajcie jej fragment!

Przeczytaj fragment książki „Życie, którego nie wybrałam” Kelly Rimmer Materiały wydawnictwa

[Opis: Wydawnictwo Znak Horyzont] Berlin, lata trzydzieste XX wieku. Sophie, kochająca żona pracownika naukowego Jürgena, wychowuje trójkę dzieci i myśli, że jej perfekcyjnemu życiu nic nie może zagrozić. Martwi się tylko o swoją przyjaciółkę Żydówkę, którą spotykają coraz cięższe opresje.

Ten sam okres, Teksas, USA. Lizzie z bratem Henrym pracują na farmie rodziców. Seria tragedii sprawia, że zostają zmuszeni sprzedać ziemię i wyprowadzić się do Alabamy, gdzie Lizzie decyduje się na nieszczęśliwe małżeństwo z rozsądku.

Losy dwóch rodów zaczynają się przeplatać, kiedy wybucha wojna: Henry walczy w Europie. Jürgen najpierw zostaje zmuszony do pracy dla nazistów, potem wpada w amerykańską niewolę. W końcu obie rodziny zamieszkują w tym samym miasteczku, ale przeszłość sprawia, że spirala nienawiści nakręca się dalej, aż w końcu dochodzi do kolejnego nieszczęścia…

O autorce

Kelly Rimmer to australijska gwiazda współczesnych powieści obyczajowych, która zyskała światową sławę. Jej książki, tłumaczone na ponad 20 języków, zajmują najwyższe miejsca wśród bestsellerów Amazonu i „USA Today” i są stawiane obok Nicholasa Sparksa i Jojo Moyes. Kelly Rimmer mówi o miłości: o pierwszych uniesieniach, głębokich załamaniach i uzdrawiającej sile uczucia. Porywa nas na emocjonalny rollercoaster i od pierwszych stron pozwala poczuć to, co czują bohaterowie. Pokazuje, co jest naprawdę ważne, zachęca, żeby pielęgnować miłość i ją chronić. Jej książki przemawiają do serc milionów kobiet na całym świecie, wywołują uśmiech i łzy.

Przeczytaj fragment powieści „Życie, którego nie wybrałam”

Sofie

 

Berlin, Niemcy

1933

 

Tego wieczoru dotarłam do domu później, niż się spodziewałam, i kiedy wchodziłam, miałam nadzieję, że Jürgen będzie już spał. Nie byłam gotowa zmagać się z pytaniami o to, dlaczego mój obiad z Lydią trwał sześć godzin.

Wiedziałam, że Mayim jest w salonie i nasłuchuje dzieci. Georg miał prawie trzy latka, a Laura skończyła osiem miesięcy. Oboje słabo sypiali, ale Mayim i tak czytała do świtu, więc w nocy pomagała mi przy maluchach. Była to jedna z tych magicznych zalet goszczenia pod swoim dachem najlepszej przyjaciółki. Mayim była dla moich dzieci kimś więcej niż gościem, a nawet kimś więcej niż przyszywaną ciocią. Była dla nich niemal trzecim rodzicem, ważną i kochaną członkinią naszej rodziny.

Zastałam ją skuloną w jednym z foteli w salonie i czytającą przy lampie. Pled, którym okryła nogi, był dziełem jej własnych rąk wydzierganym z resztek różnobarwnych włóczek, pozostałych po jej innych, jakże licznych robótkach. Po drodze do pokoju zrzuciłam pantofle i odetchnęłam z ulgą, gdy moje zmęczone nogi dotknęły chłodnych podłogowych desek. W lewym bucie miałam mocno wytartą podeszwę i na stopie zaczął mi się robić pęcherz.

Ledwo mogłam uwierzyć, że nie stać mnie nawet na naprawę buta. Całe życie wywróciło mi się do góry nogami w jedno popołudnie przed trzema laty, kilka miesięcy po tym, jak mój ojciec zmarł w wyniku udaru podczas wyjazdu w interesach do Nowego Jorku. Mój brat Heinrich był ode mnie o dwadzieścia sześć lat starszy i tak naprawdę ledwo go znałam. Ale to on jako pierworodny odziedziczył majątek von Meyerów – i to on przekazał mi wiadomość, że moja szczodra miesięczna pensja nie będzie już wypłacana. Ojciec zadłużył, jak się tylko dało, wszystkie rodzinne nieruchomości, w tym willę, którą podarował Jürgenowi i mnie w prezencie ślubnym. Heinrich zgodził się, byśmy zatrzymali dom, ale pod warunkiem, że przejmiemy też jego hipotekę.

Nigdy nie brakowało mi dóbr materialnych i zakładałam, że zawsze tak będzie. Okazało się jednak, że naszemu ojcu znacznie lepiej wychodziło życie za fasadą udawanego bogactwa niż zarządzanie skromnym majątkiem, który rzeczywiście dawno temu posiadał.

 – Jak było? – spytała Mayim, zamknąwszy książkę i podniósł­szy na mnie wzrok.

Usiadłam ciężko w fotelu naprzeciwko niej i starałam się znaleźć odpowiednie słowa.

Minione miesiące w Berlinie przynosiły szok za szokiem. Najpierw doszło do pożaru gmachu naszego parlamentu, Reichs­tagu, a potem ledwo udało się zapobiec serii komunistycznych ataków w całym kraju. Pilnie śledziłam w gazetach doniesienia o zaplanowanej kampanii terroru: o bombach ukrywanych pod mostami i na stacjach kolejowych, o kobietach i dzieciach wykorzystywanych jako żywe tarcze, o egzekucji rzesz publicznych urzędników, o truciźnie w berlińskich wodociągach.

Mimo to nic nie wzbudziło we mnie takiego przerażenia jak wiec, w którym uczestniczyłam właśnie z Lydią.

 – Była płomienna analiza problemów, z którymi mierzymy się jako naród, i wiele aluzji, kto jest temu winien.

 – I któż to taki? – spytała Mayim niby lekkim tonem, ale słyszałam w jej głosie napięcie.

 – Godzinami udawało im się ziać nienawiścią do Żydów i ani razu nie wymówić słowa „Żyd”.

 – Dostosowują retorykę do miejsca, w którym ma się odbyć wiec. Na wsi mogą mówić to, co naprawdę myślą, Ale tu jesteśmy w kosmopolitycznym mieście, więc pewnie umieją skryć swoją nienawiść za maską przyzwoitości.

Pod koniec wiecu czułam się psychicznie wyczerpana, a teraz, gdy siedziałam w swoim salonie i myślałam o tym, co usłyszałam, uczucie to ogarnęło mnie znowu.

 – Volksgemeinschaft jest możliwa! – grzmiał jeden z mówców, malując obraz „wspólnoty narodowej”, która zdawała się niemal utopią, dopóki nie pojawiły się odniesienia do czystości rasowej, bo to na niej owa wspólnota miała być zbudowana.

Inny uczestnik cofnął się w przeszłość i znalazł winowajcę, którego nie musiał nawet wymieniać.

 – Traktat wersalski został stworzony tylko po to, żeby nas okaleczyć! Otrzymaliśmy cios w plecy od tych, którzy wyrazili na niego zgodę.

Wszyscy wiedzieliśmy, że to oczywista aluzja do starej teorii spiskowej, według której Niemcy wcale nie przegrały wielkiej wojny, a nasi dzielni żołnierze zostali zdradzeni przez tych, którzy pozostali w kraju, głównie przez Żydów, bo to oni wzniecali niepokój i sabotowali działania wojenne.

Jeszcze inny mężczyzna posługiwał się ogólnikami – trajkotał jak nakręcony, gdy przedstawiał długą listę wyzwań, przed którymi staliśmy jako naród, od bolączek ekonomicznych po coraz większy brak stabilności politycznej – by na koniec wzruszyć po prostu ramionami i powiedzieć:

 – Niemcy powinny być dla Niemców. Nie będziemy dłużej tolerować nieszczęścia naszego narodu.

Słowo „nieszczęście” wywołało nieprzyjemne skojarzenia. Widziałam je na nazistowskich plakatach w całym mieście, zwykle widniało na nich wraz z prymitywną, obraźliwą karykaturą Żyda.

 – Ludzie słuchali jak urzeczeni, Mayim. Jakby rzucono na nich jakiś czar – mówiłam niepewnie. – Wszystko to było takie jarmarczne, zupełnie jak jakiś koncert z orkiestrą, chórem i bezgranicznym entuzjazmem, bezgraniczną pasją. Zupełnie nie rozumiem, jak to możliwe, że kilka taktów muzyki i kilka teatralnych przemówień zmienia zebrany tłum w zgraję rozwścieczonych antysemitów.

Po twarzy Mayim przemknął wyraz niepewności. Przyjaźniłyśmy się, jeszcze zanim poszłyśmy do szkoły – nasze rodziny mieszkały obok siebie w bliźniaczych rezydencjach w Poczdamie. Znałam ją dobrze i wiedziałam, że ma coś do powiedzenia.

 – Mów – zachęciłam ją.

Mayim westchnęła ze zniecierpliwieniem.

 – Nie masz pojęcia, Sofie, jak bardzo antysemicki jest w istocie ten kraj. Nie zrozumiesz tego tak, jak rozumiemy to ja i moja rodzina.

 – Twoja rodzina jest moją rodziną – powiedziałam.

Byłam dla mojej matki niespodzianką w dość późnym wieku, urodziła mnie, gdy skończyła już czterdzieści osiem lat. Anna von Meyer nie miała ochoty zaczynać wszystkiego od nowa dziewięć lat po tym, jak na świat przyszedł jej piąty syn, dlatego opiekę nade mną scedowała w gruncie rzeczy na nianie. Moja rodzina była chłodna i sztywna, dlatego zdecydowanie wolałam spędzać czas w domu Mayim z jej cudownie ciepłą mamą i serdecznym, życzliwym ojcem. Nawet młodszy brat Mayim, Moshe, zawsze mnie irytował i bawił jednocześnie.

 – Jesteś moją najlepszą przyjaciółką na całym świecie… siostrą, jeśli nie z urodzenia, to z wyboru. Ale nie możesz wiedzieć, co to tak naprawdę znaczy wieść całe życie w cieniu nienawiści. Budzić się co rano ze świadomością, że niemała grupa twoich rodaków wolałaby, żebyś przestała istnieć. Dostrzegasz wprawdzie najbardziej rażące, pełne agresji sytuacje, ale… nie widzisz, jak patrzą na mnie ludzie, gdy jadę tramwajem. Może i zauważasz napisy „Żydom wstęp wzbroniony” w witrynach niektórych sklepów, lecz nie słyszysz tonu głosu sprzedawcy w spożywczym, kiedy odlicza moją resztę, ani tego, jak swobodnie ludzie żartują na mój temat i na temat mojej rodziny, czasem nawet przy nas. Powiedziałaś, że tłum dziś wieczorem przemienił się w zgraję rozwścieczonych antysemitów z powodu wiecu, tak? – zapytała. Powoli skinęłam głową, a ona wzruszyła ramionami. – Hitler i jemu podobni grają jedynie na strunie, która jest tu naciągnięta od zawsze.

Wiedziałam, że w innych krajach, nawet w Polsce, gdzie urodziła się matka Mayim, wielu Żydów mieszka w dzielnicach żydowskich. W Niemczech było inaczej. W moim kraju, szczególnie w Berlinie, Żydzi mieszkali, uczyli się i pracowali razem ze wszystkimi – często nie miałam nawet pojęcia, że ktoś jest Żydem, dopóki nie zdradziło tego nazwisko. Pierwszy raz przyszło mi na myśl, że nasze zintegrowane społeczeństwo mogło też być przykrywką dla dyskretnych przejawów bigoterii. Nawet Lydia wygłaszała nieraz mimochodem głupie uwagi.

 – A tacy ludzie jak Lydia i Karl? – spytałam z wahaniem. – Przyjaźnicie się z Lydią.

 – Przyjaźniłyśmy się – cichym głosem sprostowała Mayim. – Prawie już jej nie widuję. Szczerze wątpię, by ona i Karl, odkąd wstąpili do partii, chcieli spędzać czas na spotkaniach towarzyskich z kimś o nazwisku Nussbaum.

To był kolejny szok i rzecz, której wciąż nie potrafiłam zrozumieć: Lydia i Karl wstąpili do partii nazistowskiej.

 – Ale dlaczego? – wypaliłam, kiedy mi powiedzieli; zbyt byłam zaskoczona, by zapanować nad reakcją.

 – Z historycznego punktu widzenia ich polityka może i ma kilka nieciekawych cech – przyznała Lydia. – Ale wszystkie inne partie proponują tylko w kółko tę samą zgraną retorykę bez planu zapewnienia narodowi stabilizacji. Postanowiliśmy poświęcić czas i pieniądze partii, która w naszym odczuciu na pewno wygra.

 – Kiedy naziści dojdą do władzy, skończy się całe to szaleństwo i wszystko znów będzie normalnie – przyjemnym tonem dodał Karl.

 – Ale jakim kosztem? – spytał Jürgen.

Widziałam, że jest tak samo wstrząśnięty jak ja.

 – W partii wiedzą, że aby wygrać wybory, trzeba najpierw wymieść cały ten łajdacki element. Możecie być tego pewni – powiedział Karl, po czym wygłosił pierwsze z niezliczonych zaproszeń: – Może któregoś dnia pójdziecie z nami na wiec?

To prawda, że chłód Lydii wobec Mayim stał się tego roku bardziej wyczuwalny, ale też prawdą było, że już wcześniej dziewczyny zaczęły się od siebie oddalać. Poruszyłam się niespokojnie, a Mayim westchnęła.

 – Uważasz, że przyczyną jest sytuacja finansowa mojej rodziny, a nie to, że jesteśmy Żydami. Może i jest to jakiś powód.

 – Jestem pewna, że właśnie to jest powód! – powiedziałam i sfrustrowana wyrzuciłam w górę ręce. – Jeśli nawet kiedyś nie byłabym skłonna uwierzyć, jak płytcy są ludzie z naszych kręgów towarzyskich, to przez minione kilka lat prawda została wbita mi do głowy dwuręcznym młotem.

Nie tylko Lydia odsunęła się od Mayim. Większość z jej przyjaciół, jedno po drugim, zniknęło z jej życia. Jürgen i ja nie ukrywaliśmy rozmyślnie swojej sytuacji finansowej przed przyjaciółmi, ale widząc, jak Mayim popada w coraz większe osamotnienie, raczej nie nagłaśnialiśmy swoich zmagań.

 – Byłoby inaczej, gdyby wiedzieli o waszej sytuacji – stwierdziła Mayim, jakby czytała mi w myślach.

 – Nieprawda – odrzekłam i zaśmiałam się niewesoło.

 – O tym właśnie mówię, droga przyjaciółko – powiedziała delikatnie Mayim. – Nawet tego nie dostrzegasz. Ludzie, którzy nie zapraszają mnie już na przyjęcia, zawsze szukali tylko pretekstu, żeby mnie wykluczyć. W towarzystwie nigdy nie wolno było przyznać, że nie chce się zaprosić młodej Żydówki, ale pomijanie młodej biedaczki jest w porządku.

Poczułam ukłucie w piersi. Patrzyłam na nią przez chwilę i myślałam, jakie to niesprawiedliwe.

 – Czujesz się zraniona, że dzisiaj tam poszłam? – spytałam ją nagle.

Spojrzenie Mayim złagodniało.

 – Dobrze wiem, dlaczego poszłaś. Czy Karl mówił coś jeszcze o tej pracy?

Uczelnia Jürgena, jak większość niemieckich pracodawców, zmagała się z cięciami budżetowymi, a pensje pracowników zostały zmniejszone o połowę. Dochód mojego męża nie pokrywał już naszych kosztów życia, mimo że zwolniliśmy większość służby i sprzedaliśmy samochody. Wyprzedawaliśmy teraz moje pamiątki rodzinne, ale było to rozwiązanie na krótką metę. W niektórych pokojach zostały już tylko najbardziej podstawowe sprzęty.

Dlatego wydawało się to niemal cudem, gdy zadzwonił Karl z pytaniem, czy Jürgen nie byłby zainteresowany nową pracą. Nie powiedział wiele, zdradził jedynie, że to ekscytująca i lukratywna propozycja, nowa szansa, i że wkrótce się z nami skontaktuje. Ale mijały dni i tygodnie, a gdy tylko próbowałam zorganizować niezobowiązujące spotkanie z zu Schillerami, oni byli zajęci agitowaniem na rzecz nazistów. Kilka razy udało mi się złapać Lydię i porozmawiać z nią przez telefon, ale nie mogła albo nie chciała mi nic powiedzieć.

 – Karl przekaże wam więcej informacji, kiedy się z wami obojgiem zobaczy – powtarzała cały czas.

Ilekroć w Berlinie odbywało się jakieś ważne nazistowskie wydarzenie, Lydia przysyłała do mnie kogoś ze swojej służby z darmowymi biletami na wiec. Zwykle lądowały one w koszu na śmieci, ale ostatnim razem zniecierpliwienie wzięło we mnie górę i postanowiłam pójść.

Mój plan był mało finezyjny i niewolny od błędów. Zanim przyjechała po mnie limuzyna Lydii, Karl zdążył już dotrzeć na wiec i chociaż podczas spotkania siedział z nami, to przez cały czas załatwiał jakieś sprawy, dlatego nie miałam okazji z nim porozmawiać.

 – Coś musi się w końcu zmienić – wyszeptałam do Mayim ze ściśniętym gardłem. – Nie stać nas dłużej na mieszkanie w tym domu, ale nawet jeśli go sprzedamy, to nie zdołamy spłacić hipoteki. No i dokąd mielibyśmy wtedy pójść?

Mayim wstała i podeszła, by usiąść obok mnie. Położyła swoją dłoń na mojej, spoczywającej na bocznym oparciu.

 – Idź spać, Sofie – rzekła cicho. – Rano wszystko wyda się lepsze.

Wiedziała, jak mnie pocieszyć, nie musiała nawet wiele mówić.

 – Co ja bym bez ciebie zrobiła?

Mayim uśmiechnęła się lekko.

 – Zupełnie nie wiem. Masz szczęście, że nigdzie się nie wybieram.

Chwilę potem wgramoliłam się do łóżka tak wykończona, że oczy same mi się zamykały, ale gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, znowu zawładnął mną niepokój. Nawet jakże realna perspektywa utraty domu zblakła nagle w obliczu lęku, że ludzie, których słyszałam dzisiaj przemawiających, mogliby niedługo dojść do władzy. Pomyślałam o Mayim i zadrżałam ze strachu.

 – To nie był obiad z Lydią, prawda? – spytał Jürgen tak nagle, że się wzdrygnęłam.

Z poczuciem winy obróciłam się w jego stronę. Leżał na plecach zupełnie rozbudzony i wpatrywał się w sufit.

 – Zjadłyśmy… A potem poszłam z nią na wiec – przyznałam.

 – Sofie, coś ty sobie, na Boga, wyobrażała?

Był rozeźlony, ale gdy do oczu napłynęły mi łzy, westchnął ciężko i mnie objął. Wtuliwszy się w jego kojące ramiona, od razu się rozluźniłam.

 – Myślałem, że masz o nazistach takie samo zdanie jak ja – powiedział.

 – Bo tak jest. Miałam po prostu nadzieję, że jeśli wykorzystam szansę spotkania z Karlem, to dowiem się czegoś o tej pracy.

 – No i?

 – W ogóle nie miałam okazji, by z nim porozmawiać.

 – Dzwoniłem do niego kilka razy.

 – Tak?

Nie wspominał mi o tym, ale wiedziałam, że czuje się winny, nie mogąc zapewnić nam utrzymania, dlatego nie chciałam go przymuszać, by o tym mówił.

 – Młodzi ludzie szukają zatrudnienia, by móc utrzymać swoje rodziny. Nikt teraz nie myśli o studiowaniu. Co będzie, jeśli w nowym roku akademickim nie będzie dla mnie pracy?

 – Nawet nie chcę o tym myśleć – powiedziałam.

Kiedy mój brat oświadczył, że musimy postarać się o własny dochód, Jürgen pracował akurat nad doktoratem i choć był zmuszony porzucić badania, szybko znalazł posadę wykładowcy. Minęło jednak kilka lat i sytuacja zupełnie się zmieniła. Sześć milionów Niemców szukało pracy, a gospodarka pogrążona była w kryzysie. Gdyby Jürgen stracił to zatrudnienie, mało prawdopodobne, by znalazł coś innego.

 – Karl jest teraz taki zajęty, że nie zdołałem złapać go telefonicznie. Nie ma już nawet czasu uczestniczyć w naszych spotkaniach – wyznał Jürgen.

Mój mąż i Karl byli założycielami Verein für Raumschiffahrt, Stowarzyszenia na rzecz Podróży Kosmicznych, i każdy sobotni poranek spędzali na majstrowaniu przy własnoręcznie konstruowanych rakietach na opuszczonym terenie wojskowym pod Berlinem. Marzyli o zaprojektowaniu pojazdu, który zabrałby człowieka na Księżyc – perspektywa ta była tak absurdalna, że nie bardzo potrafiłam zrozumieć, dlaczego Jürgen w ogóle się czymś takim zajmuje.

 – To mnie właśnie martwi, Sofie. Karla pochłania teraz praca dla partii. Nie wyobrażam sobie, by jakiekolwiek znane mu wolne stanowisko mogło się okazać dla mnie interesujące.

 – Myślisz, że chodzi o pracę dla nazistów? – spytałam z ciężkim sercem.

 – Obawiam się, że tak.

 – Ich zaciekłość, którą dzisiaj widziałam, naprawdę mną wstrząsnęła. Nie wiem, co się stanie z tym krajem, jeśli tacy ludzie zdobędą władzę.

 – Wiesz, niektórzy uważają, że to naziści wywołali pożar Reichstagu.

 – A to nie był jakiś Holender?

 – Umysłowo chory Holender luźno powiązany z niezależną partią komunistyczną w swoim kraju byłby w stanie samodzielnie zniszczyć gmach niemieckiego parlamentu? – spytał cierpkim tonem Jürgen.

 – I pomyśleć, że tylko dzięki SA nie doszło do tych straszliwych ataków, które planowano przeprowadzić w mieście.

Sturmabteilungen były jednym ze zbrojnych ramion partii nazistowskiej. Od koloru mundurów oddziały te znane też były jako brunatne koszule i odegrały kluczową rolę w odkryciu poważnego zagrożenia atakiem w poprzednim tygodniu. Przerażenie ogarniało mnie na myśl, że zaledwie dni dzieliły nas od katastrofy, a naszym ocaleniem okazała się jedna z nazistowskich organizacji paramilitarnych.

 – Naziści nie pokazali jeszcze ani cienia dowodu tych zaplanowanych ataków, a obiecali przecież, że przedstawią go natychmiast. Moim zdaniem nie powinniśmy wykluczać ewentual­ności, że cały ten spisek w ogóle nie istniał.

 – Ale w gazetach…

 – O tym właśnie mówię, skarbie – przerwał mi Jürgen. – Po tym, jak rozporządzenie wydane po pożarze Reichstagu umożliwiło nazistom kontrolę nad tym, co jest publikowane, gazety piszą to, czego sobie życzy partia. Nie wydaje ci się to dziwne, że jakiś niezrównoważony człowiek popełnia tak okropny czyn, a już następnego dnia rząd dowiaduje się o jakimś nieziemskim spisku, który miał ponoć zniszczyć znany nam świat, dokonują się aresztowania i wydany jest akt prawny pozbawiający nas ochrony ze strony konstytucji? Gdyby naprawdę mieli tak niepodważalne dowody, to po co by im było prawo do aresztowania i przetrzymywania w nieskończoność oponentów politycznych, i to bez procesu? I po co mieliby niszczyć wolność prasy i nasze prawo do prywatności? W kontekście kilku wypowiedzi tych ludzi z przeszłości możliwość przejęcia przez nich władzy napawa mnie niepokojem.

 – Przecież nawet naziści nie kłamaliby na temat tak poważnych wydarzeń, które mogłyby zmienić świat – powiedziałam niepewnie. – Gdyby te doniesienia okazały się fikcją, jak mielibyśmy uwierzyć w to, co kiedykolwiek powiedzą nam politycy? Nie moglibyśmy.

 – Nie wiem, co ci powiedzieć, Sofie. Najbardziej martwi mnie to, że w tak trudnych ekonomicznie czasach, gdy ludzie umierają z głodu na ulicach, wyborcy oddają głosy pod wpływem impulsu i rozpaczy, a nie rozsądku i współczucia. Naziści o tym wiedzą i celowo afiszują się siłą. To dlatego tak uwielbiają parady wojskowe. I dlatego obawiam się, że te informacje o spiskach miały na celu jedno: podsycić poczucie niepewności, a potem sprawić wrażenie, że jedynie wybór partii nazistowskiej rozwiąże problem.

Od dłuższego już czasu martwiłam się, co przyniesie przyszłość, ale pierwszy raz z tego powodu aż do świtu nie zmrużyłam oka. I jak się okazało, moje obawy nie były na wyrost. Kilka tygodni później, gdy ogłoszono wyniki wyborów, dowiedzieliśmy się, że na partię nazistowską zagłosowało czterdzieści cztery procent Niemców. Wspólnie z Niemiecką Partią Ludową łatwo utworzyła ona większość w parlamencie.

Naziści nie byli już marginalną partią, nie snuli się po obrzeżach niemieckiego układu politycznego. Znaleźli się w samym jego centrum i mogli go kształtować tak, jak chcieli.

Książka „Życie, którego nie wybrałam” jest już dostępna w sprzedaży online. 

Artykuł sponsorowany


komentarze [1]

Sortuj:
więcej
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
LubimyCzytać - awatar
LubimyCzytać 27.01.2025 14:00
Administrator

Zapraszamy do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam