Biała plama jest dla mnie również opowieścią – Małgorzata Czyńska o „Julii Keilowej“

Lukasz Kaminski Lukasz Kaminski
13.09.2024

Z Małgorzatą Czyńską spotykam się w jednej z warszawskich kawiarni. Wokół panuje ruch, wnętrze wypełnia szczelnie gwar rozmów. Gdy tylko jednak Małgorzata zaczyna mówić, nie słyszę już żadnych pobocznych hałasów, jej opowieść jest równie wciągająca, co jej pisanie – bogata w szczegóły, barwna, precyzyjna i przede wszystkim zajmująca. „Biografia to nie jest Wikipedia. To musi być opowieść” – mówi mi w pewnej chwili, a każde jej słowo jest tego potwierdzeniem.

Biała plama jest dla mnie również opowieścią – Małgorzata Czyńska o „Julii Keilowej“ Materiały wydawnictwa

Małgorzata Czyńska jest dziennikarką, pisarką, historyczką sztuki, krytyczką dizajnu i kuratorką wystaw. Jest autorką takich książek jak „Kobro. Skok w przestrzeń”, „Berezowska. Nagość dla wszystkich”, „Witkacy i kobiety”, czy „Dwurnik – robotnik sztuki”. Jej najnowszym dziełem jest „Julia Keilowa. Metaloplastyczka na nowe czasy” (wyd. Marginesy). To koronkowo zbudowana historia wielkiej artystki, po której zostało niewiele śladów – kilka zdjęć, trochę wycinków prasowych, no i przede wszystkim wspaniałe projekty przedmiotów użytkowych.

Rozmowa z Małgorzatą Czyńską

Łukasz Kamiński: Czy masz w domu jakiś przedmiot zaprojektowany przez Julię Keilową?

Małgorzata Czyńska: Nie, niestety nie mam. Bardzo żałuję, że czegoś nie kupiłam wcześniej, kiedy te przedmioty były jeszcze w przystępnych cenach.

To dlaczego wtedy niczego nie kupiłaś?

Jej projekty nigdy nie były tanie. Kiedy zaczęłam się nimi interesować, byłam zaraz po studiach, miałam inne wydatki. A nie miałam tyle szczęścia, żeby trafić na jakąś okazję.

Gdybyś jednak mogła mieć któryś z jej przedmiotów, to co byś wybrała?

Królewskie jabłko albo kulę, te dwie cukiernice, które są najbardziej ikoniczne dla jej twórczości. Są niesłychanie piękne, ale mówią też wiele o samej artystce.

W Muzeum Warszawy można było do niedawna zobaczyć wystawę poświęconą Keilowej. Zgromadzono na niej mnóstwo dzieł. Jakie to było uczucie zobaczyć tyle zaprojektowanych przez nią przedmiotów w jednym miejscu?

To było wspaniałe. Owszem, można sobie katalogować, przeglądać zdjęcia. Zobaczyć jednak prace na żywo, zobaczyć to, co przetrwało, to zupełnie coś innego. Kiedy przyjrzymy się wystawie, zobaczymy wyraźnie, że Keilowa naprawdę była metaloplastyczką na nowe czasy. Jej obiekty nadawały nawet najbardziej mieszczańskim wnętrzom nutę modernizmu.

To może głupie pytanie, ale mogłaś podotykać eksponaty? One nie tylko pięknie wyglądają, ale też zapewne w dotyku, przez swój kształt, bryłę, są niezwykłe.

Kiedy pracowałam nad książką, wiele z tych przedmiotów miałam w rękach. Czułam ich ciężar albo lekkość.

W niektórych recenzjach twojej książki pojawia się opinia, że właściwie wykonałaś pracę detektywistyczną, że zbieranie informacji o Keilowej wymagało śledczych umiejętności. Zgodziłabyś się z taką opinią?

Zgadzam się. Przystępując do pracy, zdawałam sobie sprawę, że ta książka będzie wymagała ogromu poszukiwań i kwerend. Byłam gotowa na to, że niektóre z nich przyniosą zerowy rezultat. Do tego stopnia, że być może w końcu z mojej książki nic nie wyjdzie.

Ale przecież to nie było twoje pierwsze spotkanie z Keilową.

Po raz pierwszy pisałam o niej w 2012 roku. To był artykuł do „Wysokich Obcasów”, najkrótszy portret kobiety, artystki, jaki w życiu napisałam. Wynikało to z tego, że stan badań nad Keilową był właściwie znikomy. Są w tym artykule błędy, które dopiero teraz, przy okazji książki, udało mi się skorygować. Wiedziałam więc, że przystępując do pisania „Metaloplastyczki na nowe czasy”, czeka mnie zadanie trudne. Ale też i fascynujące, bo na przykład udało mi się dotrzeć do archiwów lwowskich, wcześniej niewykorzystanych przy opisywaniu życia Keilowej. To jest moja pierwsza książka w karierze, przy której potrzebowałam pomocy z zewnątrz, wsparcia kwerendystów. Dzięki nim jednak udało mi się zrekonstruować biografię Keilowej, często przez analogię, przez losy innych ludzi. Bo trzeba wiedzieć, że w wielu obszarach biografia mojej bohaterki pozostaje wciąż białą plamą, która też sama w sobie jest dla mnie pewną opowieścią.

No właśnie, skąd tyle niewiadomych, zagadek w biografii twojej bohaterki?

To wynika z jej żydowskiego pochodzenia, z tego, że Keilowa doświadczyła dwóch wojen, Zagłady, traumy tych członków jej rodziny, którzy przetrwali. Choć tego nie zakładałam, wyszła mi książka o antysemityzmie, zapomnieniu.

Jej pochodzenie też nie było jakoś szczegółowo opisane.

Zamykało się w zdaniu: „pochodziła z zamożnej, zasymilowanej rodziny żydowskiej”. I tyle.

Jak wspomniałaś, często odtwarzasz losy Keilowej przez analogię, porównanie do innych ludzi, których spotykały podobne losy. Jak utrzymywałaś dyscyplinę pisarską, nie gubiąc się w historiach innych, historiach fascynujących, przerażających, arcyciekawych?

Tak naprawdę nie lubię rozbudowywać swoich książek, jestem zwolenniczką syntetycznego pisania. Uwielbiam analogie, anegdoty, odpowiednio przywołane cytaty, ale naprawdę wiele z nich odrzucam, żeby nie rozmazywać obrazu. Rekonstruuję losy Keilowej, ale nie brnę za daleko w domysłach. Owszem, uwodzi mnie u innych pisarzy pokazywanie własnego warsztatu pracy, prowadzenie czytelników za rękę po archiwach, pokazywanie, ile ciężkiej pracy wymagało zdobywanie informacji. Ja jednak tak nie działam. Lapidarność zresztą pasuje do opowieści o Keilowej, bo przecież lapidarne w swojej formie były przedmioty, które projektowała.

Analogie były potrzebne do rekonstrukcji jej losów. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że tak mało o niej wiemy.

Wiedzieliśmy do niedawna, że była czołową projektantką w latach 30. XX wieku, wiedzieliśmy, że uczyła się we Lwowie i w Wiedniu. To brzmi nieźle, prawda? Ale dlaczego uczyła się w Wiedniu? Nikt wcześniej się nie pokusił, żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Tymczasem trafiła tam w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy musiała uciekać ze Lwowa. A Wiedeń, jeśli przypomnimy sobie, jak wielki panował w nim wtedy antysemityzm, nie brzmi już tak cudownie. Uchodźcy z Galicji naprawdę nie mieli tam łatwego życia. I właśnie poznając, badając sytuację polityczną, społeczną miejsc, w których przebywała Keilowa, starałam się zrozumieć i opisać jej losy.

Mimo wszystko była kobietą sukcesu.

Tak, ale czasy, w których przyszło jej żyć, bardzo mocno ją dotykały, miały na nią olbrzymi wpływ.

Czy ona jest więc na swój sposób postacią mitologiczną?

Kiedy na początku nowego wieku wróciła moda na art déco, wzrosło zainteresowanie Keilową. Dziś traktujemy ją jak ikonę. I słusznie. Bo jest pierwszą projektantką, która z taką mocą i przekonaniem zbudowała własną markę, która osiągnęła tak wielki sukces. Była artystką kosmopolityczną, świadomą trendów, często podróżującą w celu zdobywania nowych doświadczeń. Przy całej jednak świadomości trendów i mód ówczesnego czasu miała bardzo wyraźny rys swojej twórczości. To jest bez precedensu. Świetnym przykładem na to, jak bardzo ceniono jej prace, jest to, że Keilowa była podrabiana przez innych!

Czy Keilowa, biorąc pod uwagę, że była kobietą i miała żydowskie pochodzenie, osiągnęła wszystko, co można było wtedy osiągnąć?

Ważne jest, żeby mieć świadomość, że pochodziła z bardzo światłej rodziny, w której emancypacja dziewcząt i kobiet była ważnym tematem. Jej siostra przecież też studiowała, zdobyła doktorat z chemii. Keilowa miała wspierającego męża, do tego stopnia, że było to źródłem anegdot, dyskutowano o tym, że mąż zajmował się domem, podczas kiedy ona robiła karierę. Była dość zamożna, miała świetnie wyposażoną pracownię, z narzędziami sprowadzonymi z zagranicy, o czym wiemy z ówczesnej prasy. Bardzo szybko po studiach zajęła się pracą, stała się rozpoznawalna. Wystawiała m.in. w Zachęcie, jej prace były prezentowane w 1937 roku w Paryżu, a potem w 1939 roku w Nowym Jorku. Jej karierę przerwał wybuch wojny. Dziś możemy się tylko zastanawiać, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby nie wojna właśnie. Można się zastanawiać, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby emigrowała, jak wyglądałoby jej życie w komunistycznej Polsce, gdyby przeżyła. To są jednak spekulacje, którymi się nie zajmowałam.

Przy okazji pisania książki nie tylko odkrywałaś nowe fakty, ale też zapewne dementowałaś niektóre historie.

Największym mitem było to, że Keilowa była autorką zastawy przygotowanej dla MS Piłsudski, czyli polskiego statku pasażerskiego. Przez lata powtarzano też opinię, że studiowała filozofię, a tymczasem studiowała krystalografię, która wchodziła w skład wydziału filozofii.

Największą zagadką pozostaje jej śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach.

Jej śmierć to sztandarowy przykład tego, jak mało o niej wiemy. Nie znamy nawet dokładnej daty śmierci. To 1942 lub 1943 rok. Okoliczności pozostają nieznane.

Opowieść o Keilowej to twoja kolejna już książka o niezwykłej kobiecie. Badając ich losy, zagłębiając się w biografie, czego się od nich uczysz?

Wiesz, ja się nie wczuwam w moje bohaterki. Zawsze stoję z boku. Z drugiej strony nie interesuje mnie wyłącznie podawanie suchych faktów, okraszonych co jakiś czas anegdotą. Mam dla swoich bohaterek sporo czułości, na pewno moje emocje wsiąkają w książki, które piszę. Przyłapuję się czasem na tym, że porównuję rzeczy, które mnie spotykają, z losem moich bohaterek, szukam analogii. Najważniejszą lekcję zaczerpnęłam od Mai Berezowskiej („Berezowska. Nagość dla wszystkich”, Wydawnictwo Czarne), zafascynowały mnie jej hedonizm, umiłowanie życia, życzliwość dla świata, ogromna tolerancja, granicząca niekiedy z naiwnością. U wielu bohaterek imponuje mi zaradność, którą wykazywały w ciężkich chwilach życia.

A u Julii Keilowej?

Poczucie humoru. (śmiech)

Byłabyś w stanie napisać książkę o kimś, kogo nie lubisz, kto ma charakter niepasujący do twoich poglądów?

Napisałam taką książkę. O Tamarze Łempickiej. Dwadzieścia parę lat temu napisałam jej portret do „Wysokich Obcasów”. Choć to może wydawać się nieprawdopodobne, ona wtedy była mało znana. Ta powszechna niewiedza mnie zafascynowała, sprawiła, że chciałam o niej napisać coś większego. I tak kilkanaście lat później powstała książka „Łempicka. Triumf życia” (wyd. Znak). Jej historia mnie zaintrygowała, ale nie sprawiła, że ją polubiłam.

Wróćmy do Julii Keilowej. Jej historia, mimo że pełna białych plam, idealnie nadaje się na serial lub film.

To świetny pomysł. Życie Julii, jej krótka, ale intensywna kariera idealnie się do tego nadają. To mógłby być portret kobiety, która przebojem wchodzi do męskiego świata, która żyje w niezwykłych czasach pogromów, przewrotu majowego, rodzącego się faszyzmu, dwóch wojen. A do tego wspaniała scenografia, czyli Lwów, Warszawa, Wiedeń.

Czyli jeśli ktoś się do ciebie zgłosi z propozycją napisania scenariusza, to powiesz tak?

Oczywiście!

A czy jest jeszcze szansa, że w nadchodzących latach dowiemy się czegoś więcej o Keilowej?

Bardzo bym chciała dowiedzieć się o niej więcej. Wiem z doświadczenia, że sprawy biograficzne, archiwalne nigdy nie są do końca zamknięte. Wystarczy, że ktoś odnajdzie jakiś list, zdjęcie, dokumenty, i to otworzy furtkę do dalszych wyjaśnień, spekulacji. Bardzo bym chciała, żeby tak się stało. Moja książka jest jednak nie tylko o samej Julii, ale też o niepamięci, zaniechaniu, zapomnieniu na długie lata o niezwykłej artystce żydowskiego pochodzenia.

Książka „Julia Keilowa. Metaloplastyczka na nowe czasy” jest już dostępna w sprzedaży online.

Artykuł sponsorowany


komentarze [1]

Sortuj:
więcej
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Lukasz Kaminski - awatar
Lukasz Kaminski 13.09.2024 13:30
Autor

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam