Hari Kunzru: „Czerwona pigułka“ od Morfeusza – wywiad z autorem
Z Hari Kunzru, pisarzem mieszkającym w Wielkiej Brytanii, rozmawiamy o jego ostatniej książce „Czerwona pigułka”, o kryzysie wieku średniego i o tym, czy pisanie jest dla niego formą autoterapii. Artysta opowiada nam również o swoich literackich inspiracjach i zdradza, nad czym obecnie pracuje.
Przemysław Poznański / Zupełnie inna opowieść
[Opis wydawcy] „Czerwona pigułka” to powieść o inwigilacji, wyborach rodem z „Matrixa”, kwestiach alt-right, o kreatywności, ludzkiej psychice i historii. To opowieść z XXI wieku opowiedziana przez pryzmat przeszłości, której najmroczniejsze rozdziały wciąż mają wpływ na naszą teraźniejszość. Przede wszystkim jednak jest to opowieść o miłości, która potrafi przetrwać w świecie całkowicie pozbawionym znaczenia.
Mało znany nowojorski pisarz na trzy miesiące rozstaje się z młodą żoną i córeczką i przyjeżdża na stypendium nad berlińskie jezioro Wannsee, licząc, że tu dozna twórczego natchnienia i wreszcie napisze kolejną książkę. Okazuje się jednak, że dom, w którym ma zamieszkać wraz z innymi stypendystami, odbiega od jego wyobrażeń – nie mogąc znieść monitorowanej pracy przy biurku we wspólnej sali, zaczyna się zamykać w swoim pokoju, gdzie godzinami ogląda naładowany przemocą serial o policjantach. Gdy przypadkiem na imprezie w mieście poznaje Antona, jego twórcę, i rozmawiają o pesymizmie, bohater popada w obsesję związaną z charyzmatycznym scenarzystą. Podróż do jądra moralnej ciemności grozi utratą wszystkiego, co dlań najważniejsze, razem ze zdrowiem psychicznym.
Sonia Miniewicz: Pomysł na napisanie „Czerwonej pigułki” narodził się, kiedy przebywałeś w Berlinie. To miasto o trudnej i mrocznej historii. Co takiego niezwykłego odkryłeś w Berlinie? Co tak bardzo cię zafascynowało, że postanowiłeś osadzić w nim akcję swojej powieści?
Hari Kunzru: Byłem w Niemczech jako nastolatek i spotkałem tam ludzi, którzy żyli w czasie wojny. Wspomnienia wróciły, gdy pojechałem do Wannsee na półroczne stypendium. To miejsce, w którym trudno uciec od historii.
„Czerwona pigułka” to w dużej mierze książka opowiadająca o kryzysie wieku średniego i wygórowanych oczekiwaniach, z jakimi muszą mierzyć się mężczyźni. W swojej historii starasz się jednak unikać schematycznego podejścia. Pokazujesz tę sytuację z innej strony, mówisz otwarcie o męskich lękach.
Chciałem napisać powieść, która traktowałaby kwestię kryzysu wieku średniego w inny sposób niż dotychczas, czyli żeby nie była to opowieść o mężczyźnie, który odsuwa się od żony i spotyka się z inną kobietą. Raczej ma to być historia o człowieku, który kocha swoją żonę, ale lęki, jakie go dręczą, odpychają go od rodziny. To była opowieść, jakiej nigdy wcześniej sam nie przeczytałem, dlatego pomyślałem, że warto samemu ją opowiedzieć.

Narratora obdarowałeś częściowo swoimi cechami, jak również wplotłeś w jego biografię elementy ze swojego życia. Identyfikujesz się w jakiś sposób z tą postacią?
Narrator jest po trosze mną. Dzieli ze mną pewne części osobowości, ale nie jest mną w bezpośredni sposób. To raczej uproszczona wersja mnie. Jego myśli to uproszczona wersja moich myśli. Taka konstrukcja pozwoliła mi przedstawić w powieści kwestie, które mnie interesują.
Jednym z bohaterów jest Monika – reprezentantka znienawidzonej przez władze subkultury punków. Stasi, czyli Państwowa Służba Bezpieczeństwa, zniszczyła jej życie. Skąd wziął się pomysł na jej postać?
Początkowo zamierzałem napisać o nadzorze, jakim objęto intelektualistów enerdowskiej Stasi.
Zacząłem czytać materiały źródłowe i książki na ten temat. Natrafiłem na informacje świadczące o tym, jak wiele wysiłku i pracy Stasi włożyła w inwigilację i nadzorowanie subkultury punków.
To byli nastolatkowie, którzy nie mieli wielkich politycznych koncepcji, a tak bardzo się nimi interesowano. I z tej ciekawości powstała postać Moniki.

Swoją akcję umieściłeś w przeszłości, ale książka jest niezwykle aktualna i porusza bieżące problemy. To oczywiście celowy zabieg, jednak jaki jest tego powód? Łatwiej jest pisać o minionych czasach? Daje ci to większą swobodę twórczą?
Zawsze staram się, żeby moje powieści rozgrywały się w bardzo konkretnym okresie, ujętym w konkretne daty. Czy to będzie dalsza przeszłość, czy czas nam bliższy – w ten sposób mam pewność, że to, co opisuję, jest dokładne i prawdziwe. Zgodne z wydarzeniami, które miały miejsce w rzeczywistości.
Dla twojego bohatera – zresztą tak jak dla wielu artystów – ważna jest przestrzeń, prywatność i wolność. Bez tego nie ma sztuki? Nadzór, kontrola i ingerencja mogą całkowicie zniszczyć artyzm?
Tak, oczywiście, potrzeba prywatności, potrzeba własnej przestrzeni, w której można eksperymentować, kiedy chce się tworzyć sztukę, jest ogromnie ważna, ale uważam, że prywatność nie jest niezbędna i zarezerwowana wyłącznie dla artystów. Jest ważna dla każdego.
Tytuł w oczywisty sposób nawiązuje do filmu „Matrix”. Bohater ma do wyboru dwie pigułki – jeśli weźmie niebieską, nic się nie zmieni, czerwona za to sprawi, że ujrzy prawdziwy świat. Swoją twórczością chcesz otworzyć oczy czytelnikom, pokazać im, że stoimy – jako jednostki i społeczeństwo – przed licznymi problemami, z których często nie zdajemy sobie sprawy?
Nie powiedziałbym, że taki był mój świadomy cel, ale zawsze bardzo interesuje mnie kwestia objawienia. Tego, kto zna cel, prawdę, a kto jest w stanie się oszukiwać. To jest bardzo polityczne stwierdzenie, że ktoś może powiedzieć: „Ja znam prawdę, a wy dajecie się oszukiwać”.
W „Czerwonej pigułce” przypominasz, jak niebezpieczny jest totalitaryzm, jak złudna bywa wolność, w którą wierzymy. Z niepokojem śledzisz obecną sytuację na świecie?
Książka powstała w okresie, kiedy odczuwałem duży niepokój ze względu na moje własne bezpieczeństwo, bezpieczeństwo mojej rodziny. Generalnie moje nastawienie jest dość pesymistyczne, kiedy widzę, jak na świecie rośnie w siłę autorytaryzm.
Co czytasz dla przyjemności? Jakich twórców zaliczasz do grona swoich mistrzów? Czy jest jakiś autor, który inspiruje cię najmocniej?
W zasadzie czytam absolutnie wszystko. Uwielbiam drukowane słowa. Myślę o tym, co ostatnio czytałem dla przyjemności… Odkryłem taką konserwatywną angielską pisarkę Anitę Brookner, której powieści to historie zdesperowanych pań żyjących w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Gdybyś zadała mi to pytanie, kiedy miałem dwadzieścia jeden lat, pewnie odpowiedziałbym, że Thomas Pynchon, bardzo efekciarski amerykański pisarz, dorzuciłbym jeszcze Dona DeLillo i wymieniłbym pewnie węgierskiego pisarza László Krasznahorkaia.
Szczerze mówiąc, ostatnio najsilniejszy wpływ na moje pisarstwo ma Katie Kitamura, czyli po prostu moja żona, pierwsza czytelniczka moich książek. Nasze style są od siebie bardzo różne, ale jej wpływ na moje prace jest ogromny.

Mam wrażenie, jakbyś wyrzucał na kolejne strony część swoich lęków, próbował je w pewien sposób oswoić. Czy pisanie jest dla ciebie formą terapii, oderwania się od przytłaczającej rzeczywistości? Masz już w planach kolejną powieść?
Oczywiście, że tak. Wydaje mi się, że każdy pisarz coś takiego robi. W moim przypadku cel terapeutyczny jest podwójny. Z jednej strony jest to terapia dla mnie, próba radzenia sobie z rzeczywistością, a z drugiej strony traktuję to jako terapię dla czytelnika, by mógł zrozumieć otaczający go świat.
Powieść, którą właśnie piszę, poświęcona będzie artystom. Będę się w niej zastanawiał, co jest wartością w sztuce. Rzecz jasna traktować będzie również o pandemii.
Książka „Czerwona pigułka” jest już dostępna w sprzedaży.
Artykuł sponsorowany
komentarze [1]
Zapraszamy do dyskusji.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam