Powrót do przeszłości
Cóż takiego ma w sobie Mars, że od ponad stulecia rozpala naszą wyobraźnię? Może to mit kanałów mających świadczyć o zaginionej cywilizacji, może to groza „Wojny światów” i audycji radiowej? A może imperatyw odkrywania nowych lądów, przeniesiony w Kosmos na najbliższą Ziemi planetę? Przecież to suchy, zakurzony, martwy od eonów świat, bez powietrza, z najgłębszym powierzchniowym kanionem i najwyższym szczytem górskim w Układzie Słonecznym. Bieguny Marsa okrywają co prawda niewielkie czapy lodowe, ale jedna z nich to jakaś podróbka, bo w znacznej części jest co prawda z lodu, ale suchego. Pierwszy pozaziemski świat, na którym chcemy zrobić kolejny mały krok dla człowieka, ale ponoć znowu wielki dla ludzkości.
W „Kolonii” Maxa Kidruka ten krok wykonano w połowie wieku XXI, a już po stuleciu Marsa zasiedla populacja nieco ponad stu tysięcy osób. Marsjańska kolonia nie przetrwa jednak bez ziemskiej pomocy i jest pod jej stałą kuratelą. Zajmuje się tym Rada Dziewiętnastu, której członkowie to przedstawiciele branż o kluczowym znaczeniu dla funkcjonowania kolonii. Wśród zarządzających Czerwoną planetą nie ma jednak żadnego Marsjanina, mimo że w stutysięcznej populacji kolonii aż jedna trzecia to urodzeni na Marsie. Mimo szczytnych założeń i deklaracji równości, społeczność kolonii funkcjonuje dokładnie tak, jak XIX wieczne kolonie na Czarnym lądzie. Wyższe szczeble drabiny społecznej są dla Marsjan niedostępne, przyucza się ich jedynie do wykonywania nieskomplikowanych prac. Oliwy do ognia dolewa osadnictwo bogaczy szukających ma Marsie wygodnego miejsca do życia, bez zawracania sobie głowy potrzebami i problemami kolonii. Nic więc dziwnego, że XXII-wieczna ludzka kolonia na Marsie coraz bardziej upodabnia się do beczki prochu, do której lont właśnie się zaplata.
Marsjański posterunek interesuje Ziemię o tyle, o ile nie sprawia problemów społecznych. Ziemia wysyła tam zaopatrzenie techniczne i fachowców na dobrze opłacane posady, wyznacza swoich przedstawicieli. Żadnej ekstrawagancji, bo po co czerwońcom na przykład papier albo ziemska żywność, skoro potrafią ją sami wyhodować? Bogacze szpanują ekstrawagancją swoich domów, wodą w ilościach oszałamiających Marsjan, ziemskimi rarytasami. Ludzie i Marsjanie przestrzegają jednak rygorów życia na planecie zabójczą atmosferą i promieniowaniem. Nie ma tam przestępstw, choć wzajemna niechęć może i jest, ale pod kontrolą. Mars nie potrzebuje więc policji, ani broni palnej. Prawie idylla.
Ziemskie sprawy wieku XXII mają się tymczasem do złudzenia tak, jak trzeciej dekadzie wieku XXI, tylko drastyczniej. Klimat dogorywa, globalne epidemie zabrały dziesiątki milionów ofiar, wojna na wschodzie Ukrainy wypaliła się prokurując nowożytną „Barbarię” od Donbasu do środkowej Rosji. Świat połowy XXII wieku rozdzierają lokalne konflikty o niemal wszystko. Radykałowie wciąż podnoszą głowę. Agendy Narodów Zjednoczonych usiłują zrobić cokolwiek w sprawie klimatu, a Frontex wciąż usiłuje kontrolować zdziczały wschód.
Mars ma jednak coś, czego pożądają ludzie z pieniędzmi. To aktywator długowieczności – telomid. Na Ziemi jest on co prawda pod kontrolą, ale od czego jest darknet? Telomid leci więc z Marsa na Ziemię oficjalnie i kontrabandą. W rewanżu Mars po kryjomu sprowadza zbytki i broń, a może i handluje prawem osiedlenia dla tych, których jedną wartością dla kolonii jest wypchany portfel.
W zamierzeniu marsjańska kolonia miała być nowym początkiem, bez ziemskiej przeszłości społecznej, narodowej i balastu kulturowego. Codzienna rzeczywistość piasków Marsa jest inna, bo klanowość narodowościowa, cenzus bogactwa i ziemskiego urodzenia są jak DNA. Nie da się tego zmienić tylko propagandystycznymi hasłami nowego życia w nowym świecie bez obciążeń przeszłości. Trzymając kolonię w ziemskiej garści, nie ma potrzeby dawać kolonii czegoś więcej niż przyzwolenie na przeżycie marsjańskim bękartom. Pozbawieni kontaktu z ziemskim tłem kulturowym, głębszej edukacji i perspektyw, Marsjanie chłoną docierające z Ziemi szumowiny nienawiści i miałkość popkultury, wykrzykując buntownicze „Rebelion” jak świetny refren, nie znając symbolicznego znaczenia tej buntowniczej pieśni. Brakuje im wartości odniesienia, bo w nowym wspaniałym świecie nie ma potrzeby takich wartości Marsjanom przedstawiać.
Jak więc Marsjanie odróżnią fałsz szybkiej nienawistnej sprawiedliwości od prawdy wymierzania sprawiedliwości prawem? Jak odróżnią fałsz skuteczności siły w przekonywaniu do swoich racji i dochodzeniu praw od prawdy rozwiązań budowanych w trudnych negocjacjach i porozumieniach? Nie rozpoznają fałszywych sojuszników, nie odczytują konsekwencji radykalizacji swoich działań. Nie dostrzegają płytkości, tandety chwilowej popularności mediów sieciowych, żywiących się dramatem ludzi, drastycznością zdarzeń i sensacją. Radykalizacji sprzyja też ciasny patriarchalizm relacji wewnątrz klanów Marsa, karmiony legendą ojców założycieli marsjańskiej kolonii. Ich zasługi i wysiłek w utrzymanie kolonii nie podlega dyskusji, ale po stuleciu ich zaślepienie i społeczny purytanizm nie znajdują już zrozumienia.
Jest w „Kolonii” jeszcze inny plan, stopniowo wzmagający organiczny strach przed nieznanym. To jakby równoległa rzeczywistość świata nauki, usiłującego rozpoznać i zrozumieć patogen wymykający się całej dotychczas zgromadzonej wiedzy. Wydaje się bowiem, że „czynnik poważnego zaburzenia tolerancji immunologicznej” zwiastuje żniwo śmierci kolejnej pandemii. Jest nieuchwytny, pojawia się i znika jakby po zakończonej misji. Spoglądając naukowcom przez ramię, obserwujemy wypełnianie pustych miejsc bio-układanki, w czym nieoczekiwanie pomaga biotechnologiczna innowacja trójwymiarowego drukowania molekularnego. Bieg wypadków nabiera tempa, kolejne odkrycia potęgują napięcie i domysły, gdzie i jak skrzyżują się planetarne wątki „Kolonii” z planami twórców czynnika.
Pierwszy tom „Kolonii” to książka z ponad tysiącem stron i licznymi objaśnieniami w przypisach. Dla zneutralizowania odczucia przytłoczenia znaczną objętością, Kidruk zastosował w „Kolonii” sprawdzony mechanizm nieregularnego przeplatania wątków narracji mozaikowej, znany na przykład z „Dzikich kart” G.R.R. Martina. To działa na czytelnika wzmagając jego ciekawość tego, co znajdzie na dalszych stronach. Trzeba przy tym podkreślić, że „Kolonia” zręcznie łączy rzeczywistą i fikcyjną wiedzę naukową, istniejące i antycypowane technologie, fakty historyczne i ekstrapolację przyszłości. Warto zatem zajrzeć też do dodatków, gdzie na spragnionych twardych faktów i danych czeka spora dawka wiedzy o Marsie i stuletniej historii ziemskiej kolonii na tej planecie. W „Kolonii” znajdziemy także pokaźny wykaz literatury źródłowej, dokumentujący merytoryczne przygotowanie Autora. Wszystko to razem powoduje, że Kolonia to solidna, twarda fantastyka naukowa z wieloma planami socjologicznej głębi. Założenie i utrzymanie kolonii na nowym świecie jest technicznie niezwykle trudne, ale jeszcze trudniejsze jest zbudowanie tam społeczności, bez odtwarzania ziemskich wzorców.
Tomasz Kokowski
Kup w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.