Dzicz była też tu, niecałą milę na południe od miasta, w którym mieszkałem. Otoczona drogami i budynkami, w dużej mierze zagrożona, po części już umierała. Ale teraz kraj wydawał się być w kręgu dzikiego światła.
W Anglii między 1930 a 1990 rokiem ponad połowa pierwotnych lasów została wycięta lub zastąpiona plantacjami drzew iglastych. Połowę żywopłotów wykarczowano. Prawie wszystkie pastwiska na nizinach zaorano, zabudowano i wyasfaltowano. Trzy czwarte środkowej części kraju poszło pod uprawę lub budownictwo.
Kiedy się ogląda atlas drogowy, w oczy rzucają się też braki. Nie ma w nim żadnych dzikich miejsc. Wzgórza, jaskinie, ścieżki, lasy, żwirowiska, doliny rzek i bagna zniknęły. Jeśli w ogóle się je zaznacza, to jako cienie gdzieś w tle lub ogólne symbole. Najczęściej pozostają wyblakłe jak stary atrament. Stają się mglistym wspomnieniem pradawnego archipelagu.
Dzikość postrzega się jako siłę niebezpieczną, która zakłóca zabiegi porządkujące wprowadzane przez ludzką kulturę i rolnictwo. Dzikość, według tej narracji, jest pokrewna marnotrawstwu. Dzikie miejsca opierają się adaptacji do ludzkich potrzeb, dlatego muszą być zniszczone lub opanowane.
W 1497 roku– kiedy John Cabot wypłynął z Bristolu do Ameryki, gdzie zobaczył "zwarty głęboki ciemny las, trwający w milczeniu wzdłuż wybrzeża" – pokrywa leśna Wielkiej Brytanii i Irlandii w dużej mierze została zastąpiona przez pola, pastwiska, łąki, wrzosowiska i mokradła.
Ktoś mi powiedział, że jeśli wespnę się na Ben Hope w letnie przesilenie i spędzę na szczycie bezchmurną noc, ani na chwilę nie stracę słońca z oczu. (...) To połączenie wysokości położenia na północy oznacza, że najwyższa krawędź słońca nigdy nie schowa się całkiem za linię widnokręgu. Prawdziwa biała noc.
To miejsce nie okazywało mi wrogości, ani trochę. Jedynie całkowitą, nie stopniowalną obojętność. Wszyscy podróżnicy udający się do dzikich miejsc doświadczą tego w jakiejś wersji– krótkiego, palącego poczucia braku zainteresowania ze strony świata. W małych dawkach działa to ożywczo. Ale w pełnej formie unicestwia.
Doceniłem wysiłki światła księżycowego, żeby do mnie dotrzeć. Wyruszyło ze słońca z prędkością 186 000 mil na sekundę, A potem biegło 8 minut przez kosmos, czyli 93 miliony mil, następnie odbiło się od powierzchni księżyca i przez kolejne 1,3 sekundy pokonywało kosmos, czyli 240 000 mil, zanim przeszło przez troposferę, stratosferę, atmosferę i padło na mnie: biliony księżycowych fotonów padały mi na twarz i na śnieg wokół mnie, wypełniając mi oczy srebrem i pomagając mojemu księżycowemu cieniowi tańczyć.
Jednym z dwóch najbardziej zdumiewających aspektów Burren jest jego flora. Na tych 150 milach kwadratowych rosną rośliny ze strefy arktycznej, alpejskiej i śródziemnomorskiej. W żadnym innym miejscu w Europie gatunki kontrastujące nie współistnieją tak śmiało. (...). To, że takie paradoksy botaniczne są możliwe, wynika z bliskości Prądu Zatokowego, zdolności wapienia do absorbowania ciepła latem i uwalniania go zimą oraz wyjątkowego poziomu naświetlenia.
Utrzymuję, wierzę i potwierdzam– oświadczył odważnie przed trybunałem – że to również wielka zasługa, nagroda i korzyść dla każdego chrześcijanina być pochowanym w kompoście, na łące lub dzikim zagonie jak w kościele lub na przykościelnym gruncie.
Na tak wiele sposobów życie jest odłączane od miejsca, doznawanie wprowadzane do różnych odmian bezdotykowości. Doświadczamy, jak w żadnym dotąd okresie historycznym, oddzielenia i dematerializacji. Niemal nieskończona zdolność połączenia w technologicznym świecie, mimo wszystkich korzyści, jakie ze sobą przyniosła, pobiera zapłatę w walucie kontaktów. Na wiele sposobów zapomnieliśmy, jak odczuwać świat. (...) Coraz bardziej zapominamy, że nasze umysły kształtuje cielesne doświadczenie bycia w świecie – przestrzeń, faktura, dźwięki, zapachy i zwyczaje.
Gdy w grobie znajdzie się już zawartość – zastrzegł markiz de Sade – ma on zostać obsadzony żołędziami, by z czasem miejsce to znów zarosło tak gęstym lasem, jaki był wcześniej, a wszelki ślad mojego grobu zniknął z powierzchni ziemi”.
Przyjaciel z Irlandii opowiedział mi kiedyś historię o tym, jak jego ciotka denerwowała rodzinę. Pewnego lata akwizytor zapukał do drzwi, kiedy nikogo innego nie było w domu. Ciotka wpuściła go, wysłuchała i kupiła jego produkt czyli miejsce pod grób. Rodzina zamartwiała się, że została oszukana, i chcieli odzyskać jej pieniądze. Ale ona się nie zgodziła. Miejsce pod grób znajdowało się na szczycie klifu, oznajmiła, w wyjątkowym położeniu i pokazała im mapę. Roztaczał się stamtąd wspaniały widok na Atlantyk. To dobre miejsce, twierdziła, żeby spędzić resztę wieczności.
Na ogrodzeniach zakwitła nieziemska biel.
Ostrygojady stały na plaży pozbawione szyi, jak grupki ludzi w smokingach.
Między głazami na brzegu zbierała się piana, kremowa jak papier listowy.
Przywykliśmy do koncepcji, że czapy lodowe i góry opanowują umysł i poruszają wyobraźnię. Ale słabiej udokumentowana jest skuteczność, z jaką doliny – wąwozy, kaniony, parowy i jary – wpływają na nasze myślenie i wstrząsają nim.
Trio edredonów snuło się niespiesznie 20 jardów od brzegu.
Tak jak rzeka zaczyna się od kropel spływających po zboczu, tak lodowiec zaczyna się od płatka śniegu osiadającego w zagłębieniu.
Przemierzałem krainy nasycone niewidzialnymi ludźmi, z życiami przeżytymi i utraconymi, śmierciami szczęśliwymi i nieszczęśliwymi, a widmowe oddziaływanie tych dzikich miejsc coraz mniej i mniej dawało się ignorować. Moja koncepcja dziczy jako czegoś nieludzkiego, czegoś poza historią, zaczęła wydawać się nonsensowna, wręcz nieodpowiedzialna.
Rozwinęliśmy wyszukane sposoby oświetlania naszego życia, neutralizowania roszczeń ciemności wobec nas i tłumienia rytmu dobowego. Gwiazdy nie mogą konkurować z tym ziemskim blaskiem i często są niewidoczne, nawet w bezchmurne noce migrujące ptaki zderzają się z oświetlonymi budynkami, myśląc że to dzienne niebo.
Na jednej z ostatnich lodowych płaszczyzn, u stóp skałek, położyłem się i przyłożyłem ucho do twardej krawędzi rzeki. Usłyszałem ciemną swobodną wodę bulgoczącą gdzieś głęboko pod powierzchnią. Kiedy zaś zbliżyłem oko do lodu i spojrzałem w głąb, widziałem tylko formację pręcików i piór, które chwytały resztki światła i skupiały je jasne kolce i pierzaste szyszki, a między nimi dostrzegałem niezliczone bąbelki powietrza, które ułożone w srebrne łańcuchy przypominały gwiazdozbiory.
Byłem coraz bardziej zainteresowany tym sposobem rozumienia dziczy, nie jako czegoś odrębnego od ludzkiego życia, ale czegoś co istniało nieoczekiwanie wokół niego i w nim: w miastach przydomowych ogródkach, na poboczach dróg, w żywopłotach, na miedzach i w zagajnikach.
Holweg (...), co znaczy wyryta ścieżka, zapadnięty trakt. Szlak, który przez wieki wykorzystywania wciął się w podłoże tak, że znalazł się poniżej poziomu otaczającego krajobrazu. (...) W ciągu wieków przejazdy wozów, końskie kopyta i stopy piechurów wytarły podłoże na tych drogach, żłobiąc koleiny w odsłoniętym kamieniu. W miarę, jak drogi się pogłębiały, stawały się naturalnymi szlakami odpływu wody.
Wydeptywane przez niezliczone stopy, wycięte przez niezliczone koła, są zapisem podróży na targowiska, do miejsc kultu, do morza. Jak bruzdy na dłoni albo wytarcie na kamiennym progu lub stopniach schodów, są skutkiem tradycji, powtarzanego działania. Jak stare drzewa – detale ich poskręcanych i powyginanych gałęzi mówią o historii wiatru w regionie, a pierścienie przyrostu odnotowują obfitość lub niedostatek słońca każdego roku – archiwizują dawne obyczaje miejsca. Ich wiek onieśmiela, ale nie przytłacza.
Tylko nieliczne holwegi są jeszcze wykorzystywane: są zbyt wąskie i zbyt wolne dla nowoczesnych podróży. Są też zbyt głębokie, żeby je wypełnić i zająć pod uprawę.(...) Większość stworzyła własne linie obronne: tak zarosły pokrzywami i dziką różą, że stały się nie do przejścia i pozostają niezbadane od dziesięcioleci.
Niedostrzeżone przez mapy, nie utrzymywane przez ludzi, niezagospodarowane z powodu swoich stromizn, te pionowe światy dodają tysiące mil kwadratowych do powierzchni Wielkiej Brytanii i Irlandii – a wiele z nich to jej najdziksze mile.
Krajobraz był tutaj na długo, zanim komukolwiek się o nas przyśniło. Obserwował nasze nadejście.
Poczułem jakby odwrotność zawrotu głowy, jakbym miał zaraz upaść w górę. W powietrzu nie było nic, co wskazywałoby na czas i miejsce; nic, co oznaczyłoby głębokość. Nie słychać było żadnych odgłosów, oprócz dyskretnego chlupotu wody o brzeg wyspy. Kiedy tak leżałem, bez śladu ludzkiej obecności w zasięgu wzroku, czułem ciszę, która sięgała wstecz do epoki lodowcowej.
Zacząłem inaczej postrzegać czas albo przynajmniej inaczej go doświadczać. Zdawał się wyrażać nie w godzinach czy minutach, lecz w cieniach i fakturach.