cytaty z książki "Zimowanie. Moc odpoczynku i wyciszenia, kiedy wszystko idzie nie tak"
katalog cytatów
W ostateczności musimy to robić dla siebie sami: odpuścić sobie, kiedy tego potrzebujemy, okazać sobie sympatię. Pozwolić sobie się odnaleźć w swoim własnym tempie.
Ale jeżeli szczęście jest umiejętnością, to jest nią także smutek. Może przez te wszystkie lata szkoły, albo może przez inne utrapienia, jesteśmy uczeni ignorować smutek, upychać go w torbach i udawać, że go nie ma. Jako dorośli często musimy się uczyć, jak wyraźnie usłyszeć jego wołanie. To właśnie zimowanie. Jest to aktywna akceptacja smutku. Jest to praktyka pozwalania sobie na odczuwanie go jako potrzeby. Jest to odwaga na spojrzenie na wszystko, co najgorsze w naszych doświadczeniach, i zabranie się do leczenie ich najlepiej, jak potrafimy. Zimowanie to moment intuicji, odczuwania naszych prawdziwych potrzeb równie mocno, co ciosu noża.
Czasami najlepszą odpowiedzią na nasze rozpaczliwe wycie jest szczerość. Potrzebujemy przyjaciół, którzy krzywią się z bólu razem z nami, którzy tolerują nasz ponury nastrój, którzy pozwolą nam na parę chwil słabości, kiedy usiłujemy znowu stanąć na nogi. Potrzebujemy ludzi, którzy przyznają, że nie możemy zawsze się trzymać. Że czasami wszystko pęka.
Zdaje się, że żyjemy w czasach, kiedy bombardują nas nawoływania, by być szczęśliwymi, a jednak dręczy nas lawina depresji.
Śnieg wywołuje poczucie podziwu i respekt wobec potęgi większej niż nasza. Jest wcieleniem estetycznej koncepcji wzniosłości, w której wielkość i piękno się łączą, by całkowicie przytłoczyć Ciebie - małego, słabego człowieka.
Ostatnio zauważyłam na Facebooku zalew postów z nieproszonymi radami, jak poradzić sobie z kryzysem: "Trzymaj się!", mówią, nie odnosząc się do niczego konkretnego. "Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje". Zaprezentowane są jak kartki z życzeniami, pastelowy tekst na tle jak ze snu, słowa wypisane eleganckim krojem przypominającym pismo odręczne, jakby były wykaligrafowane przez szczególnie inspirującego przyjaciela. Czytając je, zawsze zakładam, że są skierowane do kogoś konkretnego, że osoba, która je opublikowała, zauważyła jakieś niepokojące oznaki i wysyła takie mętne słowa wsparcia. Albo to, albo jest to wołanie o pomoc, sygnały wysyłane w eter, by powróciły do wysyłającego.
Tu właśnie się znaleźliśmy, bez końca zachęcając się do pozytywności, jednocześnie wymazując brzydką, odwrotną stronę prawdziwego życia. Zawsze wyczytuję w takich wiadomościach brutalność: nie oferują praktycznie nic. Są dni, kiedy mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że NIE jestem na tyle silna, by sobie poradzić. A jeżeli nie mogę się już trzymać? Co wtedy? Ci ludzie równie dobrze mogliby się nade mną pochylać, krzycząc: "Radź sobie! Radź sobie! Radź sobie!". Jednocześnie pryskając wszędzie wokół perfumami, żeby wszystko wydawało się miłe. Podtekst tych wiadomości jest jasny: bycie nieszczęśliwym nie wchodzi w grę. Musimy sprawiać wrażenie radosnych, dla ogólnego dobra. Chociaż nie postrzegamy już depresji jako klęski, oczekujemy, że całkiem szybko przekujesz ją w coś o głębokim znaczeniu. A jeżeli tego nie potrafisz, to lepiej na jakiś czas zejdź z oczu. Psujesz atmosferę.
To jest przeciwieństwo troski.
Ci ludzie równie dobrze mogliby się nade mną pochylać, krzycząc: „Radź sobie! Radź sobie! Radź sobie!”. Jednocześnie pryskając wszędzie wokół perfumami, żeby wydawało się miłe. Podtekst tych wiadomości jest jasny - bycie nieszczęśliwym nie wchodzi w grę.
Działamy albo nas nie ma.
Obserwując zimę i naprawdę słuchając jej przekazów, uczymy się, że skutek często nie jest proporcjonalny do przyczyny, że maleńkie błędy mogą prowadzić do olbrzymich katastrof, że życie jest piekielnie niesprawiedliwe, ale toczy się dalej niezależnie od naszej zgody lub niezgody. Uczymy się przyjaźniej patrzeć na cudze kryzysy, bo tak często są omenami naszej przyszłości.
Często wydaje się łatwiejsze pozostanie w zimie, zagrzebanie się w naszych gniazdach do snu zimowego, z dala od blasku słońca. Ale jesteśmy dzielni i oczekuje nas nowy świat, lśniący i zielony, pełen rozpostartych skrzydeł. A poza tym mamy teraz do przekazania rodzaj ewangelii i obowiązek podzielenia się nią. My, którzy przezimowaliśmy, czegoś się nauczyliśmy. Śpiewamy o tym niczym ptaki. Pozwalamy, by nasze głosy napełniły powietrze.
Posłuchaj. To noc porusza się ulicami... Posłuchaj. To noc w chłodnej, przysadzistej Kaplicy.” Kiedy zaczynasz używać własnego głosu jak muzyki, możesz się domagać uwagi. Wolno powiedzieć: „Słuchaj”. Mój głos słabł razem z moją pewnością siebie, przywrócenie go było niczym przywrócenie mnie na właściwą pozycję w świecie dorosłych. Krztusiłam się własnymi słowami, bo miałam wrażenie, że muszę je wypowiedzieć, zanim mi ktoś przerwie.
W intymnej ciemności rodziny i kochankowie mogli prowadzić głębokie, bogate i zawiłe rozmowy, na które nie było miejsca w pracowitym dniu.
Wszyscy podziwiali, ile udaje mi się zrobić. Bardzo mnie to cieszyło, ale w głębi ducha miałam wrażenie, że tylko usiłuje dotrzymać kroku wszystkim pozostałym, a oni radzą sobie znacznie lepiej.
Jestem nerwowa i poirytowana, nieustannie czuję się jak ofiara wierząc, że wszystko jest pilne i że zawsze robię za mało.
Wciąż będą jakieś pozostałości długiej, chaotycznej pory roku. W takich chwilach musimy odnaleźć w sobie najwięcej przyzwoitości: kiedy przyjdziemy z zadośćuczynieniem za największe szkody, jakie spowodowało nasze zachowanie podczas mrocznych czasów, kiedy będziemy musieli wypowiedzieć prawdy, które wolelibyśmy ignorować. Czasami będziemy musieli nadać nazwy swoim osobistym zimom i słowa będą przechodziły przez gardło jak cierniste kule: ból, odrzucenie, depresja, choroba. Wstyd, klęska, rozpacz.
Tutaj, na pokładzie Andrei na obrzeżach Atlantyku, zbliżając się do swojej osobistej zimy, jestem pewna, że zimno ma moc uzdrawiania, której jeszcze nawet w przybliżeniu nie zaczynam rozumieć. Przecież po nieprzyjemnym upadku na nadwyrężony staw przykłada się lód. Dlaczego nie postąpić tak samo z życiem?
Myślałam, że umiem czytać na głos, i to dobrze. Ale nie tyle przeczytałam ten spokojny płynny tekst, ile go zdemontowałam. Podeszłam do niego jak do czegoś, co należy podbić, a zamiast tego on podbił mnie. Wzięłam oddech. „Jest wiosnna...”.
Tu nie chodzi o naprawienie pani” – powiedział. „Tu chodzi o to, żeby pani żyła najlepiej, jak się da, w dostępnych parametrach”.
Zachowanie zdrowia to niemal pełnoetatowa praca.
[...] mądrzy nie tracą czasu na bezsensowne wylegiwanie się. Zajęci są biznesem przetrwania.
W tej chwili zrozumiałam, że wszystkie obrazy zorzy, jakie kiedykolwiek widziałam, były mylące. Podziwiałam fotografie neonowych spektakli, jaskrawe światła dyskotekowe, oglądałam na YouTubie ze światłem falującym na nocnym niebie, zamaszyście i wyraźnie. Zawsze są w przyspieszonym tempie, a zielone i różowe blaski ulegają wzmocnieniu dzięki długiemu czasowi naświetlania. Wystarczy lepiej się przyjrzeć, a na każdym zdjęciu dojrzy się gwiazdy prześwitujące przez zorzę polarną – nie jest ona jasna nawet na tyle, by przesłonić maleńkie kropki światła oddalone o tryliony kilometrów. Porusza się wolno, niczym dryfujące chmury. Obserwowanie jej to niepewne doświadczenie, nieomal akt wiary. Trzeba dostosować wzrok. Szczerze mówiąc, chyba w ogóle bym jej nie zauważyła, gdyby mi nie wyjaśniono, co to jest.
Młodo nauczyłam się zimować. Należałam do licznych dziewcząt w moim wieku, u których nie rozpoznano autyzmu, więc w dzieciństwie nieustannie towarzyszył mi chłód.