cytaty z książek autora "Beatriz Serrano"
Myślę o wszystkich momentach, w których czujemy się samotni, dopóki nie pojawi się - kiedy najmniej się tego spodziewamy - ktoś, kto sprawi, że poczujemy się częścią czegoś większego. Jakbyśmy w końcu dotarli do Itaki.
Nikt nie jest w stanie zmienić świata, trzeba się jedynie starać o to, żeby świat za bardzo nas nie zmienił. (252).
Urlop jest jak plaster na ranę po toporze. Jedziesz do miejsc, gdzie nigdy nie zamieszkasz, prowadzisz styl życia, na który cię nie stać, potem wracasz, a w wiadomościach telewizyjnych mówią o „syndromie pourlopowym", chociaż tak naprawdę powinni mówić: „Twoje życie jest tak beznadziejne, że popadasz w depresję, kiedy musisz do niego wrócić po dwóch tygodniach fantazji".
Kiedy dociera do ciebie, że większość współpracowników traktuje cię przedmiotowo, łatwiej jest postępować podobnie.
Podchodzę do tej absurdalnej grupki ludzi, których łączy wspólny mianownik: brak wystraczającej ilości pieniędzy, żeby nie musieć tu być.
To perfumowana dżungla, pawiany w garniturach, orangutany na szpilkach. Gdyby wszyscy sobie uświadomili, jak niewiele się liczą i z jaką łatwością można ich wymienić na kogoś innego z podobnym doświadczeniem, być może byliby dla siebie milsi. (77).
Twoja niekompetencja nie jest powodem do tego żeby wszczynać alarm.
Prawdą jest, że wszyscy zasługujemy na kawałek nieba nad swoim życiem, w przeciwnym razie egzystencja sprowadza się do asfaltu i strukturalnego sufitu.
Praca to tylko rola do odegrania.
Moje podniebienie od dawna wyprzedza moją kieszeń o kilka klas społecznych.
W sumie w życiu potrzebujemy niewielu rzeczy: kogoś, kto nas kocha, łóżka z wygodnymi poduszkami, kilku puszek dobrze schłodzonego piwa i pomidorów, które mają jakiś smak. (313).
Przychodzi taki wiek, kiedy pijaństwo przestaje być zabawą, a zamienia się w otwartą bramę do piekieł na ziemi.
Patrząc na te kobiety z podkrążonymi na pół twarzy oczami i odrostami dłuższymi niż gałęzie wierzby płaczącej i słuchając, jak opowiadają o zaletach bycia matką i jednocześnie poruszają wózkiem, żeby dziecko nie zaczęło płakać, nie ufam im i nie rozumiem, dlaczego z takim uporem usiłują sprzedać mi swój produkt. Musi się za tym kryć coś podejrzanego.
Robię to samo od ośmiu lat i wiem, że to bezwartościowe. Wiem, że świat byłby lepszym miejscem, gdyby zawody takie jak mój nie istniały. Wiem, że wykorzystuję ludzkie słabości i pragnienie awansu w społeczeństwie, w którym nie ma miejsca na awans.
Myślę o tym, że ludzie są podobni do swoich biur i że gdyby Ramon był tkaniną, byłby brązowym dywanem z poliamidu.
Moja teoria jest taka, że to dzieło Boscha, człowieka pobożnego i żyjącego zgodnie z naukami swojego Kościoła, było jak masturbacja na oczach całej ludzkości. Ogród rozkoszy ziemskich to taki Pornhub z tysiąc pięćsetnego roku.
Substytutem terapii był teraz Bosch. Przestrzeń, w której wystawione są jego dzieła, stanowi kwintesencję dramatyzmu: przechodząc w głąb muzeum, wkracza się w świat półmroku i przechadza po oszczędnie oświetlonych salach, aż dociera się do najwspanialszego dzieła. Klejnot w koronie, tryptyk zatytułowany Ogród rozkoszy ziemskich, to trzy panele na ponad dwa metry, które zapraszają, by się zatracić w podziwianiu szczegółów, aż odkryje się coś, czego nigdy wcześniej się nie dostrzegło.
W biurze jest niczym na polowaniu: im więcej się ruszasz, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że cię postrzelą.
Praca to tylko rola do odegrania. Opanowałam ją perfekcyjnie: znam żarty, które pozwalają przełamać lody. Wiem, o co pytać, by wydawać się skupioną na celu i zaangażowaną. I wiem, co powiedzieć, żeby czas płynął szybciej i żebym do osiemnastej nie musiała praktycznie już nic robić.
Bycie matką w biurze to miecz obosieczny. Dziecko to zawsze radość, ale matka stanowi element systemu, który zaczyna rdzewieć.
Wraz z Berto prawie zawsze pojawiał się płacz. Nie jakiś zwykły płacz, ale gwałtowny, doniosły, rozpaczliwy płacz, typowy dla małych dzieci szukających matki w supermarkecie czy świeżo upieczonych wdów, które przypadkiem znajdują bilet miesięczny zmarłego męża. Berto i płacz stały się rutyną, czymś, co zdarzało mi się tak często, że czasami dla zaoszczędzenia czasu płakałam pod prysznicem, bo nie mogłam sobie pozwolić na kolejne spóźnienie do pracy.
Myślę o samobójstwie, a jest dopiero dwadzieścia po dziewiątej.
Pamiętam, że gra biurowa jest łatwa, jeśli się umie w nią grać.
Życie w gruncie rzeczy przypomina każdą wyszukiwarkę internetową: w miarę podejmowania kolejnych decyzji wybór się zawęża, aż w końcu musisz wybierać spośród dwóch czy trzech i się modlić, żeby nie popełnić błędu.
Stało się to tak, jak dzieją się wszystkie ważne rzeczy w życiu: nagle. To my, ludzie, z potrzebą wyjaśniania sobie wszystkiego i wyciągania wniosków, nadajemy historiom, nawet tym najbardziej trywialnym i banalnym, pewną narrację. Spoglądamy wstecz, przeszukujemy szuflady pamięci i dochodzimy do wniosku, że to właśnie ten szczegół spowodował tę drugą rzecz. W naszych małych głowach wszystko musi mieć początek i koniec. Przyczynę i skutek. Świat byłby straszny, gdybyśmy my, biedni śmiertelnicy, którzy go zamieszkują, nie byli w stanie nadać najmniejszego sensu tym wszystkim kaprysom losu, całkowicie obcym i nieistotnym dla wszechświata.
Myślę o tym, że często czytamy o dużych rybach pożerających małe rybki; być może wszyscy jesteśmy zdezorientowanymi małymi rybkami w akwarium multimilionera, żyjąc razem najlepiej, jak się da, pomagając sobie nawzajem najlepiej, jak potrafimy, i próbując przetrwać.
Moje życie jest dla mojej matki tak obce jak dla mnie oczekiwania, które wobec mnie miała.
Czasami w grze biurowej najważniejsze jest naśladownictwo: jeśli wszyscy się martwią, musisz wyglądać na zmartwionego; jeśli wszyscy są weseli, musisz wyglądać radośnie.
Instagram wydaje mi się najbardziej beztreściwym ze wszystkich portali społecznościowych.
Zastanawiam się, w którym momencie naszej ewolucji postanowiliśmy włączyć anglosaskie słowa, żeby wyrazić rzeczy, które moglibyśmy powiedzieć w swoim własnym języku, myśląc, że dzięki temu wyjdziemy na bardziej inteligentnych i na kosmopolitów.