cytaty z książki "20 000 mil podmorskiej żeglugi"
katalog cytatów
Ziemi wcale nie potrzeba nowych kontynentów. Trzeba jej tylko nowych ludzi.
Można opierać się prawom ludzkim, ale nigdy – sprzeciwiać się przyrodzie.
Morze jest wszystkim! To przeogromna pustynia, na której człowiek nigdy nie jest samotny, bo czuje wszędzie wokół siebie drgające życie. Morze jest nosicielem jakiegoś nieznanego, niezwykłego i potężnego życia, jest ruchem i miłością; jest żywą nieskończonością.
Tam gdzie pojawia się przymus, nie ma już przyjemności.
Mury zostały wynalezione dla drażnienia uczonych. Nigdzie nie powinno być murów.
Można walczyć z prawami ludzkimi, lecz nie opierać się prawom natury.
So let me tell you that you will not regret the time spent on board my vessel. You are going to travel through a wonderland. Astonishment and stupefaction will probably be your normal state of mind. You will not easily become blasé about the sights continually offered to your eyes.
Człowiek, przemocą pozbawiony wolności, marzy o szansie jej odzyskania - lecz uczony ciekawy poznać nowe zjawiska, lęka się jej i unika.
Piorun bez grzmotu mało przerażałby ludzi, chociaż niebezpieczeństwo tkwi w błyskawicy, a nie w huku.
Czy ciśnienie osiągnęło już maksimum? — zapytał. — Tak jest, panie kapitanie — odparł inżynier. — Klapy bezpieczeństwa obciążone? — Tak jest. Do sześciu i pół atmosfery. — Obciąż je pan do dziesięciu atmosfer! Rozkaz był prawdziwie amerykański. I nad Missisipi lepiej by rywal nie dystansował rywala. — Conseil! — odezwałem się do stojącego obok mnie zacnego towarzysza. — Czy zdajesz sobie sprawę, że prawdopodobnie wylecimy w powietrze? — Jak pan sobie życzy, panie profesorze! — odpowiedział Conseil.
- Przyjacielu Ned, wiem, że zabijasz ryby i łowisz je bardzo zręcznie. Złowiłeś mnóstwo tych zajmujących zwierząt. Ale założyłbym się, że nie wiesz jak je klasyfikować należy.
[...]
- Otóż właśnie, przyjacielu Conseil - rzekł oszczepnik, nachylając się ku szybie w ścianie - różne gatunki i odmiany przed nami przepływają!
[...]
- Dalej, przyjacielu Conseil, nazywajże je, nazywaj - mówił Ned Land.
- Ja tego nie potrafię - odparł Conseil - To rzecz mego pana.
[...]
- To rogatnica - rzekłem.
- I to chińska - dodał Ned Land.
- Rodzaj balistów, rodzina kolczasto-pancernych, rząd zrosłoszczękich - wyrecytował Conseil (Rozdział 14).
Conseil zapytał mnie, jak długo mogło trwać dźwiganie się owych wałów (atoli) — i osłupiał niemal, gdym mu powiedział, że przyrost w ciągu jednego wieku uczeni podają na ósmą część cala.
- A zatem na wzniesienie ich potrzeba było?…
- Stu dziewięćdziesięciu dwóch tysięcy lat, mój Conseilu. Czyni to biblijne dni stworzenia nadzwyczaj długimi. Zresztą formacja węgla, to jest zmineralizowanie lasów zamulonych przez potopy i oziębienie skał wymagały daleko dłuższego czasu. Należy wnioskować, że dni biblijne oznaczają epoki, nie zaś czas, jaki upłynął od jednego wschodu słońca do drugiego; bo według samejże Księgi Rodzaju istnienie słońca nie sięga pierwszego dnia stworzenia.
Co do mnie, to, choć nie nęciły mnie pieniądze, nie dawałem się wyprzedzić nikomu. Poświęcałem kilka minut dziennie na posiłki, kilka godzin na spanie, poza tym zaś w deszcz czy spiekotę nie schodziłem z pokładu; z przedniego pomostu czy z tylnego, przechylony przez balustradę, wpatrywałem się w bezmierne przestrzenie morza, pokryte jak okiem sięgnąć wełnistymi bruzdami. Ileż razy dzieliłem emocję oficerów i załogi, kiedy ponad powierzchnię wody wychylał się czasem czarniawy grzbiet wieloryba! Pokład fregaty w mgnieniu oka zapełniał się tłumem marynarzy i oficerów. Każdy z drżeniem serca, wstrzymując oddech, obserwował płynące zwierzę. Patrzyłem i ja, aż” do zmęczenia oczu, aż do chwili kiedy zaczynały zachodzić mgłą, a tymczasem flegmatyczny Conseil powtarzał spokojnie: — Gdyby pan profesor był tak łaskaw mniej wytrzeszczać oczy, na pewno widziałby pan profesor dużo lepiej!
Na tym tle dziwacznym wyrastał kapitan Nemo na olbrzyma; osobistość jego uwydatniała się i zdawała się nadludzką. To chyba nie był mój bliźni, jeno twór wód, geniusz morski!
Było już wpół do dziesiątej. Musiałem sobie głowę ściskać obiema rękami, żeby mi nie pękła; zamknąłem oczy; nie chciałem więcej myśleć o widziadłach. Jeszcze pół godziny trzeba było czekać! Pół godziny, przez które można było oszaleć.
W tej chwili posłyszałem odgłos organów, smutną i chwiejną harmonię, której wtórował śpiew nieopisany; istna skarga duszy, pragnącej się wyrwać ze swych śmiertelnych więzów. Słuchałem wszystkimi zmysłami, oddychając zaledwie, zatopiony również, jak kapitan Nemo, w ekstazie muzycznej, unoszącej umysł poza granice tego świata (...)
W salonie ciemno było najzupełniej. Akordy brzmiały z cicha. Kapitan Nemo był więc tam ciągle, ale mnie nie widział. Myślę, że nie byłby mnie zobaczył, nawet przy pełnym świetle, tak był zatopiony sam w sobie.
Poczołgałem się po kobiercu, zaścielającym podłogę, strzegąc się dotknąć czegokolwiek, żeby jaki odgłos nie zdradził mej obecności. Potrzebowałem całych pięciu minut do przebycia w ten sposób salonu i dostania się do drzwi prowadzących do biblioteki. Jużem je miał otworzyć, gdy westchnienie kapitana przybiło mnie do miejsca. Zrozumiałem, że się podnosi. Dojrzałem go nawet, bo cienki promyk światła z biblioteki przeciskał się do salonu. Kapitan zwrócił swe kroki w moją stronę; ręce miał skrzyżowane na piersiach, sunął raczej milcząco niż szedł — jak widziadło. Z piersi jego przytłumione dobywały się łkania. I słyszałem, jak wyszeptał kilka wyrazów, ostatnich, jakie z ust jego do moich uszu dojść miały:
— Boże wszechmocny! Dosyć, dosyć...
- Przynajmniej wasi zmarli są tam bezpieczni od rekinów.
- Tak - odparł poważnie kapitan - od rekinów i od ludzi!