cytaty z książek autora "Krzysztof Iszkowski"
W roku 1846 konotacje naukowości były już mocno pozytywne (przynajmniej w środowisku Marksa), ale rozwój nauk przyrodniczych i ścisłych zaledwie się rozpoczynał. Rzetelne nauki społeczne – stosujące eksperymenty, metody ilościowe i badania opinii – miały się pojawić dopiero za sto lat. Marks słusznie przeczuwał siłę drzemiącą w systematycznym i krytycznym badaniu świata materialnego, ale naiwnie zakładał, że logiczna dedukcja przeprowadzona przez absolwenta uniwersytetu – odwołująca się przy tym do dorobku takich systematycznych (choć nie eksperymentalnych) dziedzin wiedzy jak historia czy geografia – jest równie dobra. Czynienie mu z tego zarzutu byłoby anachronizmem: Hegel cieszył się powszechnym poważaniem wśród światłych Niemców, a Bertrand Russell się jeszcze nie narodził, by go wyśmiać. Zresztą nawet pod koniec XX wieku tezy o zderzeniu cywilizacji (autorstwa Samuela Huntingtona) lub końcu historii (postawioną przez Francisa Fukuyamę) traktowano bardzo poważnie.
Druga połowa XIX wieku upłynęła przecież pod znakiem kultu nauki dokonującej właśnie przeobrażenia świata. Praktyczne zastosowania fizyki i chemii – koleje żelazne, telegraf (już w latach pięćdziesiątych XIX wieku transatlantycki), nowe metody oświetlenia] i wspomniane już w Manifeście komunistycznym nawozy sztuczne – były spektakularne. Skoro najnowsze osiągnięcia nauki przyniosły tak dużą poprawę fizycznego komfortu życia, to było przecież oczywiste, że innowacje należy wypróbować także w sferze społecznej i politycznej, na bazie naukowych wniosków.
Poczynania bolszewików bacznie obserwowali ich towarzysze z Międzynarodówki. Róża Luksemburg przekonywała, że postulowana przez Marksa dyktatura proletariatu polega na bezwzględnym stosowaniu demokracji, a zdesperowana tym, że Lenin i Trocki są głusi na te upomnienia, wytykała im (dziwnie zaskoczona, bo powinna przecież pamiętać, jak kilkanaście lat wcześniej Lenin postanowił zarządzać partią), że zamiast ludowładztwa zaprowadzili dyktat garstki polityków. Kautsky, którego opinie często różniły się od tych prezentowanych przez Luksemburg, tym razem jej wtórował, przypominając, że w 1875 roku Marks i Engels wskazali na Komunę Paryską jako przykład dyktatury proletariatu w praktyce – a cechą konstytutywną Komuny było to, że wszystkie jej organy pochodziły z powszechnych wyborów. „Marks pisze ciągle o powszechnym głosowaniu całego ludu, a nie o głosach jakiejś uprzywilejowanej klasy”– podkreślał Kautsky.
Drugi z bliskich współpracowników Engelsa, Eduard Bernstein, pisał (czyniąc mimo wszystko zastrzeżenie o „uczciwych celach”): „w wyniku zdławienia wszelkiego życia duchowego i eksterminacji niezależnej prasy, bolszewicy są bliżsi starego caratu niż jakakolwiek inna partia, która wzięła udział w rewolucji. Jakkolwiek uczciwe byłyby cele, jakie przyświecały przywódcom zamachu stanu, historia nigdy nie nada temu buntowi miana rewolucji, ponieważ bolszewicy podporządkowali wielki kraj duchowej i moralnej niewoli”. O tym, na czym konkretnie to polegało, znów Kautsky: „ograniczyli samorządność klasy robotniczej zarówno w sferze gospodarczej, jak i politycznej, stworzyli wszechpotężny aparat policyjny, ogłosili dyktaturę szefów fabryk, sprowadzili rady [robotnicze] w cień, a zamiast tego zbudowali wielką, ściśle zdyscyplinowaną armię, której podporządkowane są wszystkie pozostałości rosyjskiego przemysłu”.
Uważam zatem, po pierwsze, że świat jest wyłącznie materialny. Zamieszkują go jednostki ludzkie, które samodzielnie, kierując się kalkulacją, instynktem lub emocjami, podejmują mniej lub bardziej sensowne działania. Wszystko inne: bogowie, narody, społeczne klasy i kasty, państwa, pieniądz i wielkie idee w rodzaju praw człowieka lub sprawiedliwości - istnieje jedynie we wspólnym wyobrażeniu ludzi. Powszechna akceptacja tych samych wyobrażeń umożliwia efektywną współpracę, dzięki której ogół może osiągnąć wyższy poziom materialnego komfortu - i tylko to nadaje tym konwencjom względną trwałość i solidność. Z faktu, że wszelkie idee (a więc również pozornie uniwersalne wartości) nie są niczym więcej niż produktem wspólnego wyobrażenia wynika, że często bywają one wzajemnie sprzeczne. Stąd właśnie biorą się filozoficzne, religijne i polityczne spory, trwające nawet przez całe stulecia.
Kontrreformacja prowadziła nie tylko do politycznego upadku, lecz także do intelektualnego i moralnego regresu. Nie jest zbiegiem okoliczności, że polski udział w europejskich debatach filozoficznych wygasa pod koniec XVI wieku, po śmierci trzech protestantów: Jana Łaskiego, Andrzeja Frycza Modrzewskiego i Mikołaja Reja. W Wieku XVII najpoważniejszy wkład Rzeczpospolitej w rozwój nauki również był udziałem protestanta, astronoma Jana Heweliusza. Przykłady można by mnożyć, a porównanie jakości publicystyki kacerskiej i papistowskiej wypadłoby zdecydowanie na korzyść tej pierwszej.
Beznadziejne ze względu na brak międzynarodowej koniunktury powstania z lat 1794, 1830, 1863 i 1944 są zjawiskami ciekawszymi dla zajmujących się martyrofilią kulturoznawców niż dla politycznych analityków.
Przemyślawszy sprawę, dochodzę do wniosku, że inaczej być nie może: historia Polski jest rzeczywiście historią dyletanctwa, partactwa i krótkowzroczności.
Gdy odpowiednio spreparowanej historii używa się do wsparcia konserwatywnych rządów, ignorowanie przeszłości staje się dla postępowej opozycji poważnym ograniczeniem.