Zapiski wędrowca - Łukasz Orbitowski o swojej nowej powieści
Dzisiaj premierę ma najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki, która ukazała się nakładem wydawnictwa SQN.
Republika Południowej Afryki. Dzikość przyrody, ruchliwe ulice wielkich miast i bezdroża w głębi kraju. Turystyczna rzeczywistość zderzona z brawurowo zreinterpretowanym światem afrykańskich mitów.
Nie rozumiem tych trzech tygodni, tak jak nie pojmuję woli pchającej na drzewo ciało pawiana, silne i pocieszne, nie mam pojęcia, jaką tajemnicę skrywały oczy antylop i spojrzenie tego prześmiesznego stworzenia, kręcącego się po nocy wokół naszego namiotu w Parku Krugera. Nie znam sekretu gór i sztucznego jeziora. Nigdy nie dowiem się, co ludzie, tak serdeczni w pierwszym kontakcie, naprawdę o nas myśleli. Przeczuwam, że wioska w Zululandzie, gdzie zgubiliśmy się w nocy, była najbliżej prawdy, tej prawdziwej Afryki, jaką dane było zobaczyć nam, bogatym turystom, oglądającym świat przez szyby samochodu. Przeczuwam, ale nie wiem. Nie wiem nic. Poza jednym. Coś tam się zdarzyło.
Każda podróż jest darem. Podróż w mentalność tak odległą jest darem szczególnym. Co otrzymaliśmy? Opowieść o jednym z najbardziej fascynujących krajów świata czy szczere wyznanie pisarza, że nie wyjaśni nam Afryki? Ascetyczny dziennik podróży? A może zmysłową, na wpół baśniową włóczęgę przez świat magii i archetypów Czarnego Lądu? Jedno jest pewne: Orbitowski w "Zapiskach Nosorożca" mówi o Afryce w sposób, w jaki nie zrobił tego nikt do tej pory.
Zapraszamy do przeczytania krótkiego wywiadu z pisarzem.
#####

Na tle Pana wcześniejszych książek „Zapiski nosorożca” są zupełnie inne – to wszak literatura podróżnicza. Nie boi się Pan, że osoby, które wcześniej czytały „Widma” lub „Szczęśliwą ziemię” poczują się rozczarowane? Nie bał się Pan ryzyka, związanego z wydaniem czegoś z kompletnie innej bajki?
Trochę się boję, a jak. Mam jednak wiarę w swoich czytelników. Ufam, że to inteligentni ludzie są. I lubią być zaskakiwani. Zawsze starałem się, by moje książki różniły się od siebie. „Szczęśliwa ziemia” jest zupełnie inna niż „Widma”. Pisałem bajki. Literaturę przygodową z Urbaniukiem. A teraz przygotowałem książkę afrykańską, czyli znów coś trochę odmiennego. Cały czas czegoś szukam. Cieszę się zawsze, gdy w tych poszukiwaniach towarzyszy mi czytelnik. Razem łatwiej. I cieplej.
Jak powstawała ta książka? Czy jadąc do RPA nastawiał się Pan na spisywanie wspomnień z podróży?
Trochę tak. Postanowiłem, że będę coś notował. Niektórzy robią zdjęcia, a ja sobie piszę. Fotografowałem słowem, ot co. Pamiętam, dekadę temu pracowałem na budowie w Bostonie. Zdarzyła mi się tam masa ciekawych rzeczy, nie jakichś spektakularnych. Po prostu barwny był każdy kolejny dzień. Nie notowałem tego, a teraz żałuję. Tamte opowieści przepadły, nigdy ich nie odzyskam. Nie chciałem, żeby z Afryką było podobnie, ale, oczywiście, przez myśl mi nie przeszło, że będzie z tego książka. Tak właśnie czasem się dzieje. Nas, pisarzy książki zaskakują.
„Zapiski” to swoisty pamiętnik z podróży – pisuje Pan pamiętniki na co dzień, czy to sytuacja wyjątkowa, wymuszona okolicznościami?
Żadne okoliczności nie są w stanie przymusić mnie do pisania. Proszę mi wierzyć, nie mam żadnych zadatków na pamiętnikarza. Poza tym nie wolno mi. Przecież ludzie rozszarpaliby mnie, gdybym o nich napisał. Zwłaszcza ci najbliżsi. Muszę żyć bardzo długo, muszę poczekać aż wszyscy wokół mnie pomrą. Wtedy napiszę pamiętniki. Gdy mieszkałem w Kopenhadze pisałem dziennik, z tych samych powodów, które wyjaśniłem wcześniej. Próbowałem dać świadectwo życia w tak dziwnym kraju jak Dania, chciałem pisać o Europie Zachodniej. Napisałem jednak o sobie.
Sam Pan przyznaje, że nie jest ani podróżnikiem, ani turystą – raczej wędrowcem – oprócz RPA, gdzie jeszcze Pan zawędrował?
Trochę tego było. Dwukrotnie byłem w Stanach, raz jako robotnik, drugi raz już turystycznie. Zjechałem całą Amerykę, z Luizjany do Kalifornii i z powrotem, do Nowego Jorku. Przez dwa i pół roku mieszkałem w Danii, no i zaliczyłem większość krajów europejskich, zwiedzając bądź pomieszkując. Lubię się ruszać, zawszę chcę być tam, gdzie mnie nie ma. No i nie chcę być tam, gdzie akurat jestem.
Pana wspomnienia przeplatane są afrykańskimi legendami – jak je Pan zbierał?
Dość prosto. Zaglądałem do antykwariatu. Z tymi opowieściami to dziwna sprawa jest, bo rdzenni mieszkańcy nie mają przecież tradycji spisywania swoich legend. Funkcjonowały w ramach, powiedzmy, ogniskowych opowieści. Teraz ognisk jest coraz mniej i nie ma komu opowiadać. Część legend zebrali pisarze, antropolodzy. Ich praca posłużyła mi za punkt wyjścia. Reszta legend prawdopodobnie przepadła. Nigdy ich nie odzyskamy.
Czy zwyczajowo czyta Pan literaturę kraju, do którego się udaje – traktuje Pan to jako przygotowanie do podróży, na równi z przeszukiwaniem Internetu i czytaniem przewodników?
Wolę literaturę. Przewodniki są śmiertelnie nudne. Nawet nie potrafię ich czytać. Odpadam po paru stronach. Owszem, nie mam dobrego zdania o Coetzee, ale „W sercu kraju” mówi więcej o RPA niż wszystkie przewodniki razem wzięte. Przewodnik chwyta konkret: przyrodę, budynki, warunki życia, transport. Literatura oddaje rzeczy ulotne, jej domeną jest drobiazg: kolor, zapach, spojrzenie. Takie kruszynki interesują mnie najbardziej, zarówno podczas pisania, jak i podróżowania.
Nie ma Pan najlepszego zdania na temat twórczości południowoafrykańskich Noblistów – obrywa Lessing, Coetzee i Gordimer – jaka literatura Pana zachwyca?
Przepraszam, po Gordimer chyba nie poskakałem. Czytając Coetzee'ego miałem wrażenie obcowania z niezdrowym narcyzmem, kompulsywną masturbacją słowem, choć wspomniane już „W sercu kraju” jest znakomitą książką. Nie mam jakichś sprecyzowanych gustów literackich. Z jednej strony może być to Celine, z drugiej Karin Fossum. Zastanawiam się, jak właściwie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się, że literatura współczesna ma dwa źródła: Dostojewskiego i Twaina. Wewnętrzną, i zewnętrzną. Dłubiącą w człowieku i portretową. Wychodzącą bądź z przeżycia wewnętrznego, bądź z zachowania. Mi bliższa jest ta druga. Lubię konkret. I prostotę.
Sporo miejsca poświęca Pan na opisy nocnego nieba – nawet Pan za to w pewnym momencie przeprasza – co takiego mają w sobie gwiazdy, że ludzie w nie spoglądają?
Mają w sobie tę rzecz, którą już Platon nazywa pięknem. Gwiazdy są piękne, z mojego punktu widzenia w dość przerażający sposób. Patrzę czasem w niebo i myślę sobie, że nic, nikogo tam nie ma. Tylko miliardy pięknych, martwych klejnotów. Gwiazdy budują we mnie poczucie samotności, ale i wyjątkowości. Poza tym, mówiąc prościej, nauczyłem się europejskich gwiazd. Są nade mną prawie czterdzieści lat. A nad Afryką są przecież zupełnie inne gwiazdy, gwiazdozbiory. Nad moją głową pojawiło się coś zupełnie nowego. Trudno było się nie gapić.
Pytanie z zupełnie innej beczki – na początku książki można znaleźć zdanie: „trudno kochać w postnowoczesności” - może Pan to rozwinąć?
No bo trudniej. Świat się niby kurczy, a my coraz dalej. Trudno być razem, po prostu. Jest chłopak, jest dziewczyna. On dostaje kontrakt we Francji. Ona pracuje w Polsce, dojeżdża, dolatuje. On poznaje koleżankę w nowej pracy. Ona wieczorami się nudzi i zaczyna rozmawiać przez komunikator z byłym chłopakiem. I tak się rozjeżdżają. Podobnych historii mam na kopy. Trudno jest kochać, bo coraz łatwiej się rozstać.

Książka ukazała się pod patronatem serwisu lubimyczytać.pl
Do kupienia w księgarni www.labotiga.pl