Więcej niż jedno życie. Wywiad z Joanną Dulewicz, autorką książki „Zastraszeni”

Marcin Waincetel
30.07.2020

Joanna Dulewicz może uchodzić za żywy przykład tego, że pasja i marzenia są materią, którą warto przekuć w literackie realizacje. Autorka debiutująca powieścią „Zakłamani” zaproponowała nieschematyczne odczytanie wzorów ze świata zbrodni. Z doktorantką, która do tej pory literaturą zajmowała się przede wszystkim naukowo, przy okazji premiery drugiej książki rozmawiamy o kryminalnej różnorodności. A także o tajemnicach, Tolkienie, sztuce pisania i... podglądania. Zaintrygowani?

Więcej niż jedno życie. Wywiad z Joanną Dulewicz, autorką książki „Zastraszeni”

[opis wydawcy] Makabryczne morderstwa, które dzieli trzydzieści lat, a łączy niemal wszystko...

Niedługo po awansie w szeregach policji Patryk Wroński ma poprowadzić wyjątkowo trudną sprawę. W województwie świętokrzyskim na przestrzeni kilku miesięcy zostają odnalezione kolejne fragmenty ludzkiego ciała. Trop prowadzi do byłego ormowca, którego trzydzieści lat wcześniej podejrzewano o dokonanie podobnej zbrodni. Ofiarą był wówczas brat inspektor Leny Chmiel – przełożonej Wrońskiego.

Eryka Olbracht, szefowa prywatnego szpitala, od dłuższego czasu dostaje niepokojące wiadomości od swojego męża, który ukrywa się przed policją. Kiedy ten doprowadza do porwania jej matki, kobieta podejmuje ryzykowną grę, w której stawką są nie tylko olbrzymie pieniądze, ale i ludzkie życie.

Kontynuacja doskonale przyjętej powieści kryminalnej „Zakłamani” polecanej przez plejadę autorów polskiego kryminału: Martę Guzowską, Magdę Stachulę i Roberta Małeckiego.

Marcin Waincetel: Joanno, twój pisarski debiut to owoc pracy konkursowej. Podobno nie spodziewałaś się zwycięstwa, nie byłaś nawet pewna, że powinnaś wysłać swoją pracę. Można zatem rozumieć, że urzeczywistniłaś swoje skrywane marzenie? A skoro tak – to czy uważasz, że każdy z nas jest panem swojego losu? Wszak niektórym może zabraknąć odwagi, aby spróbować wejścia do świata literatury. Tobie tego nie zabrakło.

Joanna Dulewicz: Faktycznie, od dawna snułam pisarskie plany. Moje szuflady pełne są dłuższych lub krótszych tekstów, ale dotychczas trochę brakowało mi determinacji, aby ukończyć i upublicznić któryś z tych projektów. Wiele razy wmawiałam sobie, że to jeszcze nie jest ten moment. Udział w konkursie Czwartej Strony traktowałam więc przede wszystkim jako motywację do napisania powieści od początku do końca. Do tego stopnia nie spodziewałam się zwycięstwa, że nawet nie sprawdzałam czy ogłoszono już wyniki. Gdyby nie mail z Wydawnictwa, pewnie długo nie wiedziałabym, że to właśnie moja książka została wybrana. Uznałam to zwycięstwo za znak, iż nie powinnam rezygnować ze swoich planów. Choć nie na wszystko mamy w życiu wpływ, to jednak do pewnego stopnia możemy kierować tym, jak potoczy się nasz los. Należy jednak pamiętać, że realizacja marzeń wymaga zwykle determinacji i ciężkiej pracy. Przekonują się o tym również bohaterowie moich książek.

W jednej z rozmów przyznałaś, że jeśli do głowy przyjdzie ci jakiś pomysł – nawet fabularnie najdziwniejszy – to do pisania przystępujesz nawet o czwartej w nocy. Sztuka jest dla ciebie wewnętrznym imperatywem? Mogłabyś pokusić się o własną definicję literatury? Zajmujesz się nią przecież także w stopniu naukowym. Co stanowi temat twojego doktoratu? Pracę magisterską pisałaś zaś z Tolkiena, prawda?

Sztuka od zawsze była dla mnie bardzo ważna. Jako nastolatka grywałam na pianinie, później trochę malowałam, piałam też wiersze. Jednak dopiero kiedy zajęłam się prozą, naprawdę poczułam wiatr w żaglach. Faktycznie, kiedy wiem, że mogę stworzyć coś dobrego, czas i okoliczności przestają mieć znaczenie. Zawsze też dużo czytałam. Moje studia filologiczne, a później literaturoznawcze wyrosły właśnie z głęboko we mnie zakorzenionego umiłowania do książki. Jednak zdefiniowanie czym jest literatura – wbrew pozorom – nie jest łatwym zadaniem. Mówimy przecież o literaturze fikcjonalnej i niefikcjonalnej. W naukowych opracowaniach funkcjonują wąskie i szerokie definicje, które też ewoluowały w trakcie dziesięcioleci. Co więcej, badając utwór literacki nie bierze się pod uwagę wyłącznie zagadnień ontologicznych, ale również epistemologiczne, interpretacyjne czy metateoretyczne. Choć to oczywiście i tak wielkie uproszczenie. Zagadnienie literackości jest tak złożone, że można dyskutować o nim przez wiele godzin. Poświęcam mu zresztą fragment swojej rozprawy doktorskiej. To niezbędne tło do jej zasadniczej części, która traktuje o kobiecym pisarstwie autobiograficznym. Wcześniej, jako magistrantka zajmowałam się utworami Tolkiena, jako – moim zdaniem – najwybitniejszego twórcy fantastyki mitopeicznej. A jeszcze wcześniej, w trakcie studiów licencjackich zgłębiałam literaturę staroangielską.

Joanna Dulewicz

W „Zakłamanych” poznajemy niejakiego Patryka Wrońskiego, który dopiero uczy się warsztatu policyjnej pracy. Tajniki zawodu zgłębia on pod okiem pani inspektor Leny Chmiel, która słynie z niestandardowych metod pracy i niewyparzonego języka… Zechciałabyś powiedzieć nieco więcej na temat tego, jak określiłaś profil charakterologiczny Wrońskiego? Zastanawiam się, czy jest to bohater, który odziedziczył po tobie jakieś cechy osobowości?

Reklama

Osobowość Patryka Wrońskiego znacznie różni się od mojej. Również jego charakter nie ma wiele wspólnego z moim. W wielu sytuacjach zachowałabym się zupełnie inaczej niż on. Chyba bliżej mi już do Leny Chmiel, choć i ona zdecydowanie nie jest mną. Wrońskiemu nie brak słabości. Z niektórych zdaje sobie sprawę, inne sama muszę mu uświadamiać, zrzucając na niego kolejne kłopoty. Cenię w nim jednak wiele rzeczy. To młody człowiek, z nie najłatwiejszą przeszłością, który nagle, bez mała z dnia na dzień musi skonfrontować się z wieloma, dotychczas obcymi mu sytuacjami. Dzięki temu, że ma swoje ideały, że jest pełen młodzieńczego zapału, że mimo kiepskich doświadczeń wciąż wierzy w ludzi, jest w stanie z maksymalnym zaangażowaniem poświęcić się prowadzonemu śledztwu. Wroński to postać, który niewątpliwie ma duży potencjał. Nie jest przy tym zarozumiały. Przeciwnie, potrafi przyznać się do błędu i wyrazić skruchę. Bardzo go za to szanuję. Patryk bywa niezwykle uparty, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Szybko się uczy. Jego zalety to także duża intuicja, dociekliwość oraz to, że zawsze stara się patrzeć głębiej i że nie ulega pozorom. Te ostatnie, to także cechy Leny Chmiel. Właśnie dlatego ten duet jest tak skuteczny.

Strach to jeden z najgorszych demonów, które mogą niszczyć człowieka.

W czasie lektury poznajemy Erykę, która po dziesięciu latach wraca do rodzinnej miejscowości – jej mąż zaginął, a ona zdecydowała się przejąć jego obowiązki związane z zarządzaniem prywatnym szpitalem. Co ciekawe, Wroński przed laty był uczniem Eryki, wykształconej polonistki. Czy wierzysz, że podążamy ścieżkami przeznaczenia? Nad twoimi bohaterami wisi zaś pewnego rodzaju fatum?

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale tak, nad niektórymi z postaci ciąży pewne fatum. Bohaterowie usilnie starają się przejmować kontrolę nad własnymi losami, a kiedy już prawie im się to udaje, ja zsyłam na nich kolejne nieszczęścia i obserwuję, jak sobie z nimi poradzą. Wiem, to z mojej strony trochę okrutne, ale za to generuje niezłe zwroty akcji. Jest to szczególnie widoczne w kontynuacji „Zakłamanych”. Wyjątkowo doświadczona zostanie tam właśnie Eryka.

Prawda to zgodność z rzeczywistością. Taka – mniej więcej – jest klasyczna definicja, którą przed wiekami podsunął nam niejaki Arystoteles. A czym jest zakłamanie? Nie chcemy zdradzać szczegółów – bo to zbrodnia na czytelniczej przyjemności – ale niektórzy z twoich bohaterów bardzo dbają o sekrety. Co sprawia, że ludzie kłamią?

Myślę, że motywacji jest tyle, ilu ludzi. A dlaczego kłamią bohaterowie „Zakłamanych”? Jedni ze strachu, inni po to, aby dzięki temu zrealizować jakiś swój plan, w myśl zasady „po trupach do celu”, jeszcze inni chcą w ten sposób komuś zaszkodzić. Są i tacy, którzy kłamią, ponieważ ktoś ich do tego namówił lub zmusił. Rodzajem kłamstwa jest także powtarzanie uzyskanych od kogoś informacji, bez ich uprzedniej samodzielnej weryfikacji. W ten sposób funkcjonują chociażby plotki, których ofiarą stała się Eryka. W książce pojawia się również problem tak zwanego kłamstwa w dobrej wierze. Chciałam ukazać, jak wiele szkody może ono wyrządzić i jak dalekosiężne mogą być jego konsekwencje. Niektórzy bohaterowie do tego stopnia uwikłali się w pajęczynę tych wszystkich kłamstw i kłamstewek, że nie tylko trudno jest im oddzielić je od prawdy, ale także sami zaczynają w nie wierzyć. To właśnie, według mnie, jest istotą zakłamania.

Nie podsuwasz gotowych rozwiązań, raczej delikatnie sugerujesz możliwe tropy, przy okazji bawiąc się i drocząc z czytelnikami „Zakłamanych”, którzy oczekiwaliby standardowej intrygi. Czy nie jest trochę tak, że sukces może tkwić właśnie w niejednoznaczności? Czy twoim zdaniem kryminał – jako konwencja gatunkowa – daje duże pole do artystycznej swobody?

Są różne kryminały. Jak powszechnie wiadomo, nie jest to gatunek jednorodny, zatem każdy może wybrać taką jego odmianę, jaka jest mu najbliższa. Sama lubię książki, które nie są oczywiste, przy których muszę się pogłowić, a nawet odłożyć na jakiś czas czytanie, aby dokładnie przemyśleć treść i wyciągnąć własne wnioski odnośnie tego, dlaczego akcja zmierza akurat w takim kierunku. W podobny sposób chciałam napisać „Zakłamanych”. Gra z konwencją, sprawdzanie możliwości gatunkowych to zabiegi, które bardzo cenię w literaturze. Poza tym, szanując czytelników, nie chciałam pozwolić sobie na podsuwanie im jakichkolwiek gotowych rozwiązań. Dobra powieść nie może narzucać odbiorcom tego, co mają myśleć. Między innymi dlatego nie ma w mojej książce jednego protagonisty. Mamy kilkoro głównych bohaterów, a każdy z nich ma swój własny, bardzo indywidualny ogląd danej sytuacji. Dzięki temu sprawy oświetlane są z różnych perspektyw, a czytelnik ma możliwość wybrać tę, która najbardziej mu odpowiada. Słowem, chciałam zostawić czytelnikowi pole do samodzielnej interpretacji. Uważam też, że kryminał to przede wszystkim zagadka. A raczej wiele złożonych i powiązanych ze sobą zagadek. Nie brak ich i w moich książkach.

Często bywa tak, że kiedy usilnie staramy się dostrzec światełko w tunelu, przed naszymi oczyma rozpościera się jedynie ciemność. Kiedy jednak z ową ciemnością zaczynamy się oswajać, życie świeci nam latarką po oczach.

W „Zastraszonych” poznajemy makabryczne morderstwa, które dzieli trzydzieści lat, a łączy niemal wszystko. Patryk Wroński okrzepł już nieco na stanowisku, ale rzeczywistość wciąż potrafi zaskakiwać. Jaki był główny pomysł na fabułę kontynuacji?

Zależało mi na kilku rzeczach. Po pierwsze na tym, aby dalsze losy bohaterów logicznie wynikały z tego, czego już doświadczyli. Po drugie, chciałam ukazać psychologiczne mechanizmy funkcjonowania ludzi w obliczu strachu, które samodzielnie zgłębiam od kilku lat. Strach jest bowiem niezwykle silną emocją, której każdy z nas doświadczył przynajmniej raz w życiu, a która może w znaczący sposób wpływać na zachowanie człowieka. W „Zastraszonych” ukazuję, jak to działa. Po trzecie, chodziło mi o skierowaniu uwagi na problem handlu ludźmi. Jest to proceder, który ma różne oblicza. Jego ofiary niekiedy nawet nie zdają sobie sprawy, że zostały sprzedane. A sposoby, w jaki przestępcy manipulują ludźmi są po prostu perfidne. W swojej książce chciałam przedstawić kilka z nich.

Joanna Dulewicz

Zbrodnie sprzed lat – wspomnienie, które nie pozwala odnaleźć spokoju w codzienności. W „Zastraszonych” pojawia się sprawa sprzed lat – ofiarą był wówczas brat inspektor Leny Chmiel – przełożonej Wrońskiego. Trop prowadzi do byłego ormowca, którego trzydzieści lat wcześniej podejrzewano o dokonanie podobnej zbrodni. Czy przeszłość może warunkować przyszłość? Determinować w całości nasze dążenia i pragnienia? Choćby w kontekście odkrycia prawdy.

Tu zwyczajnie nie ma prostych algorytmów. Codzienność pokazuje jednak, że błędy młodości niejednokrotnie dają o sobie znać nawet w bardzo dojrzałym wieku. Tak było chociażby w przypadku Tadeusza Skarleckiego z „Zastraszonych”. To, czego niegdyś doświadczyła Eryka, również bardzo mocno na nią wpłynęło. Lena Chmiel także ma niezwykle traumatyczną przeszłość, która w dużej mierze kształtowała jej charakter. W „Zakłamanych” ukazany był efekt, lektura „Zastraszonych” dostarczy informacji o przyczynach.

Reklama

Chęć mordu, żądza odwetu, pragnienie zemsty... czy zbrodnia to efekt genetyki, usposobienia czy uwarunkowania poprzez miejsce, czas i ludzi, z którymi żyjemy? Pierwszy tytuł twojej debiutanckiej książki to „Demony”. Czy każdy z nas nosi w sobie pierwiastek zła?

Chciałabym odpowiedzieć, że nie każdy, ale w tym przypadku także nie ma jednego algorytmu. Tak naprawdę czasami trudno jednoznacznie stwierdzić, dlaczego ktoś dopuścił się przestępstwa. Nawet śledczy nie w każdej sprawie są w stanie ustalić motyw. Jakiś czas temu dotarłam do wyników badań naukowych poświęconych tym zagadnieniom. Przeprowadzono je na reprezentatywnej grupie amerykańskich studentów. Badanych pytano między innymi o to, czy i jak często zdarza im się fantazjować na temat popełnienia morderstwa, co musiałoby się wydarzyć, aby targnęli się na czyjeś życie, a także czy byliby w stanie zabić człowieka, gdyby mieli pewność, że nie spotka ich za to żadna kara. Jak się okazało, wielu z tych badanych twierdziło, że będąc doprowadzonym do ostateczności byłoby w stanie popełnić zbrodnię. Nie określałabym tego jednak jako coś demonicznego. Chodzi raczej, w dużym uproszczeniu, o naturalną aktywność neuroprzekaźników towarzyszącą na przykład stanom silnego wzburzenia. To między innymi dlatego w świetle polskiego prawa karnego inaczej traktowana jest zbrodnia w afekcie, a inaczej ta, której dokonano z premedytacją. Pierwotny tytuł „Demony” miał odnosić się do zła, które nie tyle wynikało z natury człowieka, ale które najpierw spadało na bohaterów z zewnątrz, osaczało ich i oplatało, a dopiero później próbowało się w nich zakorzenić. Niektórzy poddawali się temu złu. Inni byli w stanie je sobie uświadomić, a nawet zwalczyć. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Wiem, że lubisz, aby opowieści – nie tylko, ale chyba zwłaszcza o zabarwieniu kryminalnym – odnosiły się do codzienności. Ważny jest dla ciebie pierwiastek realizmu. Czy zatem – idąc dalej tym tropem – dobry pisarz to czujny obserwator? A może nawet podglądacz? Czujesz, że masz w sobie wyostrzone zmysły?

Reklama

Uważam, że pisarz powinien być nie tylko wprawnym obserwatorem, ale także analitykiem. Otaczająca rzeczywistość jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, jak również i wiedzy. Książka, której akcja odbiega od realiów, w jakich zasadniczo miała być osadzona, obiektywnie rzecz biorąc, jest kiepską książką. W kryminałach ma to szczególne znacznie. Dlatego też przygotowując się do napisania powieści poświęcam mnóstwo czasu na zapoznanie się z fachową literaturą, przepisami prawa, konsultuję wybrane kwestie ze specjalistami. Zanurzam się także w realiach: odwiedzam miejsca, które chcę opisać, prowadzę wiele rozmów, wsłuchuję się i obserwuję. Myślę, że to nie jest może kwestia wyostrzonych zmysłów, ale raczej umiejętność przyjęcia perspektywy innej, niż wyłącznie własna. Dopiero wówczas przekaz staje się realistyczny.

Świt nie chciał nadejść. Niebo wciąż było czarne. Próżno było wypatrywać na nim jakichkolwiek gwiazd. Godziny przeciekały przez palce, a żadna z nich nie przynosiła ukojenia. Przeciwnie, czas zdawał się bombardować każdym kolejnym tyknięciem zegara.

Żyjemy w ciekawych, przedziwnych, niespokojnych czasach. Wewnętrzną siłę czerpiesz z natury – Tatr. Jak odnajdujesz się w pandemicznym czasie? Jak bardzo zmieniła się twoja filozofia pracy – tak naukowej, jak i literackiej? A wreszcie – jakim czytelnikiem jest właściwie Joanna Dulewicz? Czego szukasz w książkach? Zapomnienia? Rozrywki? Mądrości?

Pandemia dała mi się we znaki. I to pod wieloma względami. Musiałam ograniczyć kontakty z moimi studentami wyłącznie do zajęć zdalnych. Przez pewien czas nie wolno było korzystać z bibliotek, co dla mnie jest prawdziwą katastrofą! Zmieniłam także swoje plany wakacyjne. Na szczęście przed ogłoszeniem kwarantanny udało mi się zebrać zarówno materiały do „Zastraszonych”, jak i do kolejnego rozdziału rozprawy doktorskiej. Mogłam więc spokojnie przystąpić do pisania. Chcąc nie chcąc, nie wychodziłam z domu i większość czasu poświęcałam wyłącznie na pracę. Samo podejście do pisania nie uległo zmianie. Podobnie jak przed pandemią, tak i w jej trakcie z przyjemnością zagłębiałam się w opracowaniach krytycznoliterackich i z taką samą przyjemnością rzucałam bohaterom „Zastraszonych” kolejne kłody pod nogi. A czego sama, jako czytelniczka, szukam w książkach? Po prostu życia. Nigdy nie godziłam się z tym, by mieć tylko jedno. Książki zaś pozwalają żyć wiele razy.

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
102
37
02.08.2020 18:20

Ciekawy wywiad. Powieść "Zakłamani" była rewelacyjna. "Zastraszeni" wciąż przede mną.


3969
3728
30.07.2020 17:03

Może kiedyś przeczytam.


350
3
29.07.2020 15:18

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd