„To jest fantastyczna robota” – rozmowa z Wojciechem Charchalisem

Tomasz Pindel
08.09.2020

Do księgarni właśnie trafia arcydzielna powieść brazylijskiego pisarza João Ubaldo Ribeiro zatytułowana „Labirynt pamięci. Wiwat naród brazylijski”. To dobry pretekst, żeby porozmawiać z Wojciechem Charchalisem, autorem przekładu na polski, tłumaczem niezmiernie pracowitym i pełnym pasji. Pytania zadawał kolega po fachu – Tomasz Pindel.

„To jest fantastyczna robota” – rozmowa z Wojciechem Charchalisem

[opis wydawcy]

Oszałamiający rozmachem fresk o narodzinach Brazylii!

Obejmująca niemal 400 lat saga rodziny Amleta Ferreiry i jego synów, rozgrywająca się na tle burzliwej historii wieloetnicznego narodu: niewolnictwa, kanibalizmu, połowów wielorybów, candomblé, walki o niepodległość...

W meandrach tej opowieści prawda miesza się z fikcją, realizm z magicznością, obrazy okrucieństwa z niezwykłym liryzmem. Nadzwyczaj gęsty poemat epicki, będący zarazem krytyką współczesnej autorowi dyktatury i mitologizacji historii prowadzonej dla celów politycznych, który zachwycił zarówno czytelników, jak i krytyków.

Tomasz Pindel: Weźmy taką sytuację: wydawca przesyła Ci świeżo odebrane z drukarni egzemplarze Twojego najnowszego tłumaczenia. Niech to będzie aktualna nowość, „Labirynt pamięci. Wiwat naród brazylijski” João Ubaldo Ribeiro. Włożyłeś w tę książkę masę pracy i chyba też sporo serca. Co czujesz na widok gotowego egzemplarza?

Wojciech Charchalis: Kiedyś feeria doznań była wielka, skręt żołądka, obecnie zwany motylami w brzuchu, mdłości, zawroty głowy, drżenie rąk, zadyszka, a później odłożenie książki na półkę na rok, żeby przypadkiem nie zobaczyć, co tam jest w środku, bo przecież na pewno błąd na błędzie. I gdzieś tak najwcześniej po pół roku podczytywanie z zapartym tchem, żeby zrozumieć, że jednak redaktorzy nie przespali moich błędów i w porę je poprawili. Teraz jest trochę inaczej, bo i książek było mnóstwo i to doświadczenie powszednieje. W przypadku jednakże tej książki było jeszcze inaczej, tzn. oczekiwanie było długie, bo czekałem na tę książkę 22 albo 23 lata. Recenzowałem ją dla Rebisu w końcu lat 90. i nalegałem na jej wydanie, aż wreszcie zostałem wysłuchany. Pewnie dzięki zrobieniu Serii Brazylijskiej w Rebisie, która oszałamiającym sukcesem nie była, ale wprowadziła na rynek np. Daniela Galerę z jego „Brodą zalaną, krwią”, która tak bardzo Ci się podoba – mnie zresztą też.

Oj, bardzo. Niezmiernie rzadko książka aż tak mnie zachwyca…

Ponadto praca nad „Labiryntem pamięci” była bardzo ciężka. To jest powieść totalna, a więc taka, która zawiera w sobie wszystkie rodzaje powieści, bardzo zróżnicowany styl, różne odmiany języka portugalskiego, choć lepiej by było powiedzieć brazylijskiego z jego lokalnymi wariantami. To było takie prawdziwe tłumaczenie, to znaczy takie, w którym wybory tłumacza mają realny wpływ na kształt książki – bo gdy tłumaczymy książkę sensacyjną, kryminalną itd. takich wyzwań nie ma, nie ma większego znaczenia, w jaki sposób oddamy niuanse stylistyczne, bo czytelnik nie oczekuje od tego rodzaju książki niuansów, tylko dowiedzieć się „kto zabił”. A zatem kilka miesięcy ciężkiej pracy, a potem jeszcze COVID odwlekł wydanie. Dobra, bez dalszego ględzenia: nie mogłem się doczekać i cieszyłem się jak dziecko, kiedy wreszcie ta książka do mnie dotarła.

Powiem jeszcze, że stopień trudności tego tekstu jest taki, że w trakcie pracy sprowadziłem sobie przekład na hiszpański i angielski w celu wyjaśnienia co bardziej niejasnych fragmentów. Dodam, że na angielski książkę przełożył sam autor, opuszczając co trudniejsze miejsca albo lekko je przerabiając. Dlatego współczuję redaktorce, Małgosi Chwałek, latynistce, która poprzez łacinę próbowała rozwikłać zawiłości portugalskiego oryginału, a angielski jej w tym to pomagał, to przeszkadzał. Wielki szacunek dla pracy redaktorki.

Wojciech Charchalis

Masz ulubiony rozdział z tej powieści? Bo ja bym wybrał ten z wojny paragwajskiej, kiedy do walki ruszają afrobrazyliscy bogowie: palce lizać!

Jest to rzeczywiście fantastyczna proza, starożytny epos opiewający rzeź w sposób jednoznacznie prześmiewczy wobec ówczesnej brazylijskiej dyktatury oraz jej państwowotwórczemu mitologizowaniu historii. Na nasze dzisiejsze czasy, jak znalazł. Ja jednakowoż wolę część pierwszą i równie prześmiewcze potraktowanie tematu rzekomych kanibali, których europejscy koloniści spotkali w Ameryce, co nie jest prawdą, dodajmy, bo proliferacja kanibali wynikała z tego, że ludożerców można było brać w niewolę i przymuszać do pracy, „dobrych” zaś Indian nie. Jakkolwiek by było, przygody Cabocla Capiroby, który rozsmakował się we Flamandach spożywanych w wykwintnych potrawach, jednocześnie pogardzając śmierdzącym mięsem Portugalczyków i żylastymi Hiszpanami, są zwyczajnie genialne. Znowu mamy tutaj do czynienia z kolonialnym odwróceniem ról, co wywołuje uśmiech.

Reklama

I niepokojące reakcje: podczas lektury miałoby się wręcz chęć spróbować takiej potrawki z Holendra…

Ostatnio w narodzie panuje tendencja do przechodzenia na wegetarianizm, która mnie się też czasem udziela, ale rzeczywiście wykwintność i egzotyczność potraw z holendrzyny bywała niepokojąco nęcąca.

Bardzo podobał mi się też kilkustronicowy, przepiękny opis miłości wielorybów – ale więcej nie będę opowiadał, żeby nie spojlerować.

Czym dla Ciebie jest tak naprawdę tłumaczenie? Bo przekładasz zawodowo, dużo, nie zawsze to, co Cię zachwyca – czyli to takie podejście fachowe. Ale przecież masz przekłady, na których Ci zależało i z których jesteś dumny – jak choćby powieść Ubaldo Ribeiro.

To jest trudne pytanie. Z jednej strony jest to praca zarobkowa, nie obciążona korporacyjnym i pańszczyźnianym duchem i przynosząca jakąś tam satysfakcję, bo nawet jak przetłumaczysz największego gniota (we własnym mniemaniu, rzecz jasna), to zawsze się znajdzie ktoś, do kogo ta książka trafi i się zachwyci. Myślę, że tłumaczenie w ogóle wynika z zamiłowania do lektury i do rozmowy o książkach. Jak w tym – wielokrotnie cytowanym, również przeze mnie – wierszu Herberta „O tłumaczeniu poezji”. Przeczytałeś coś, przeżyłeś zachwyt i chcesz się nią podzielić. Znasz na pewno to drżenie, kiedy kończysz książkę, przy której kompletnie odpłynąłeś, świat się zatrzymał, czas stężał i przestał płynąć, nie masz nawet ciała, jest tylko emocja, zjeżenie włosów, napięcie w brzuchu – nie wiem, jak wygląda nirwana, ale tak ją sobie wyobrażam; czasem, z wiekiem i kolejnymi wagonami przeczytanych książek coraz rzadziej, ale jednak zdarzają się takie odczucia przy lekturze. I nagle, w takiej właśnie sytuacji rozedrgania i zachwytu, dochodzisz do ostatniej strony, ostatniej kropki i jest pięknie, i nie chcesz, żeby ten świat ruszył z miejsca, żeby trwał. Zwyczajnie jesteś i jest dobrze. Jeśli więc znajdujesz taką książkę, to chcesz ją opowiedzieć, chcesz, żeby ktoś jeszcze to przeczytał – a ona jak na złość jest napisana w języku, którego nikt dookoła nie rozumie. Z tego powstaje potrzeba tłumaczenia. Tłumacz to najlepszy czytelnik, ale też czytelnik altruistyczny, pragnący dzielić się zachwytem. Najwspanialej jest tłumaczyć właśnie takie książki, ale nie zawsze się to udaje. Poza tym czasem dopiero podczas tłumaczenia rozumiesz, że jest bosko, że odkrywasz wielką literaturę, która – co najważniejsze – do ciebie przemawia, wtedy samo tłumaczenie obfituje w takie emocjonalne rozedrganie. To dobre i przyjemne przeżycia. Tak było choćby w przypadku Antonia Lobo Antunesa i jego „Podręcznika dla inkwizytorów” – wydawało się, że szkoda czasu na tę książkę, a później była epifania.

Tomasz Pindel

Czyli nie tylko tłumaczysz, ale też aktywnie zabiegasz o wydanie konkretnych dzieł. Wierzysz, że tłumacz ma misję propagowania dobrej literatury?

No tak. Z jednej strony wynikającą z tego altruizmu, o którym mówiłem przed chwilą, a z drugiej strony w ten sposób pojmuję rolę istnienia neofilologów w społeczeństwie. Skoro zdobyłem wiedzę na temat języka i kultur innych narodów czy krajów, to moim zadaniem jako uczestnika kultury jest wzbogacanie kultury rodzimej, poszerzanie jej, kultywowanie poprzez prowadzenie dialogu kultury polskiej z kulturami, do których mam dostęp, w moim przypadku są to przede wszystkim Hiszpania i Portugalia, ale też kraje Latynoameryki i portugalskojęzycznej Afryki. A że ten dialog i oświecanie społeczeństwa jest konieczne znajduje dowód choćby w ogromnej ilości bzdur jakie wypowiedziano, przede wszystkim w mediach społecznościowych, ale także w szanowanych publikatorach, z okazji zamieszek w USA znajdujących podłoże w tamtejszym rasizmie. Myślę, ze czytanie literatury latynoamerykańskiej – w tym „Labiryntu pamięci” João Ubaldo Ribeiro – ale też ogólnie iberyjskich prowadzi do oświecenia naszego narodu także w tych sprawach.

Ale odpowiadając na Twoje pytanie, czy tłumacz ma misję propagowania dobrej literatury, oczywiście, że tak, tak jak każdy filolog, w przeciwnym razie, na co komu filologia, zwłaszcza w wariancie literaturoznawstwo?

Ja się oburącz podpisuję pod Twoją wizją zadań filologa… Pracujesz na uczelni, podchodzą do Ciebie młodzi ludzie marzący o pracy tłumacza. Co im mówisz?

Żeby tłumaczyli. To jest fantastyczna robota – choć pamiętam, że robiąc swoje pierwszych chyba z 10 książek, przy każdym tytule mówiłem sobie, że nigdy więcej. Ale to jest znakomita robota, zwłaszcza, jak już jest skończona i dostajemy do ręki egzemplarz książki. Wtedy jest naprawdę fajnie, wcześniej różnie to bywa. Trzeba w życiu robić to, co się lubi, szkoda czasu na rzeczy nieistotne, czy na spełnianie życzeń innych. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że konkurencja, że ciężko z tego wyżyć itd. Ale jeśli robimy to, co nas nakręca, to jest szansa, że będziemy to robić dobrze, a wtedy problemy będą mniej istotne, a może nawet znikną. A niewiele jest w życiu lepszych odczuć niż to, że potrafimy coś robić naprawdę dobrze. Prawda?

Reklama

Święta. Tłumaczysz z hiszpańskiego i portugalskiego, Latynosów i Europejczyków. Czy któryś wariant hiszpańszczyzny albo portugalszczyzny szczególnie Ci leży?

Portugalski z Porto i hiszpański z Madrytu. A tak na poważnie, to wszystkiego można się nauczyć. Jak dotąd najbardziej chyba się męczyłem z różnymi wariantami brazylijskiego, co pewnie wynika z tego, że najmniej się zajmowałem w życiu właśnie Brazylią, a tu João Ubaldo Ribeiro „Labirynt pamięci” i „Opowiadania wszystkie” Clarice Lispector, do tego Daniel Galera, „Broda zalana krwią”, kosztowały mnie chyba najwięcej wysiłku, jeśli chodzi o stronę językową. Może to też wynikać z tego, że styl Lispector jest wyjątkowy, Galera znowu pisze tę powieść językiem potocznym, Ubaldo Ribeiro topi się w regionalizmach. Może więc to nie problem języka tylko tych konkretnych dzieł? W każdym razie wszystko da się przełożyć, trzeba tylko mieć dobrą kolekcje słowników – a teraz to nawet wystarczy szybkie łącze internetowe.

Wojciech Charchalis

Umiałbyś wskazać Top Five swoich najulubieńszych przekładów? Książek, które Cię szczególnie satysfakcjonują?

Umiałbym zacząć wymieniać, czy potrafiłbym się ograniczyć do pięciu? Zobaczymy. Mówimy o sztuce przekładu, o trudności przekładu i sukcesie oraz przyjemności z lektury, prawda?

Tak jest.

Przez wiele lat byłem zachwycony swoim pierwszym przekładem z hiszpańskiego, mianowicie Antonio Muñoz Molina, „Zima w Lizbonie”, lubiłem też bardzo Javiera Mariasa, „Wszystkie dusze”, José Saramago to „Rok śmierci Ricarda Reisa” i „Historia oblężenia Lizbony”, „Kichot”, wiadomo – to już pięć, a nawet sześć, bo „Kichot” staje za dwóch, wszak to dwa opasłe tomiszcza. No dobra, ale jest jeszcze przecież Fernando Pessoa, „Poezje zebrane. Álvaro de Campos”. Daniel Galera, „Broda zalana krwią”, Clarice Lispector, „Opowiadania wszystkie”, António Lobo Antunes, „Podręcznik dla inkwizytorów” no i last but not least João Ubaldo Ribeiro, „Labirynt pamięci. Wiwat naród brazylijski!” Wiem, jest ich więcej – a mógłbym dodać jeszcze kilka - ale nie bawmy się w cyferki, literatura wszak niekoniecznie musi odwzorowywać tzw. porządek rzeczywisty.

Don Kichot to bez wątpienia kamień milowy w Twoim dorobku. Masz chrapkę na jakieś jeszcze arcydzieło? Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciał tego ujawniać…

Reklama

Fajnie jest tłumaczyć arcydzieła. Czuć ten dreszcz emocji jak przed pojedynkiem, tylko nie ma tego za wiele. Nieustannie staram się wynajdować coś godnego uwagi z tekstów, które powinny zostać na polski przetłumaczone, a nie zostały. Akurat przypadek „Kichota” jest szczególny, bo mimo kilku wersji po polsku, moim zdaniem ta książka musiała czekać na swój solidny przekład – mówiłem o tym wielokrotnie, wielokrotnie też słyszałem formułowany pod swoim adresem zarzut, że za bardzo popadam w pychę postponując poprzednich tłumaczy. Ja ich zasadniczo nie postponuję, ale każdy słyszy to, co chce usłyszeć. Niemniej zdania na temat przekładów „Kichota” nie zmienię, bo gdybym nie był absolutnie przekonany do swoich racji, to bym się na tak potężne i ryzykowne przedsięwzięcie nie poważył. Przejrzałem „Tristrama Shandy” czy „Celestynę” pod kątem ich ewentualnego ponownego przełożenia, ale wyszło mi, że istniejące przekłady są za dobre, nie ma sensu mnożyć bytów. Koledzy namawiają mnie na nowe tłumaczenie „Gargantui i Pantagruela”, ale chyba sobie daruję, mamy wszak dobrych tłumaczy z francuskiego, niech się wykażą.

Prawdę mówiąc ciągle gdzieś tam grzebię i w wyniku tego przekopywania klasyki, tej starszej i tej młodszej, powstały przekłady opowiadań Lispector i właśnie „Labirynt pamięci”. A także trzy tomy heteronimów Fernanda Pessoi – z tego dzieła jestem bardzo dumny - do kompletu został mi już tylko przekład ortonimu, czyli Pessoi piszącego pod własnym nazwiskiem oraz poetów portugalskich, którzy na niego wpłynęli i na których on wpłynął. Szykuję się do tłumaczenia Antera de Quental i Camila Pessanhii, znakomitych poetów portugalskich odpowiednio XIX i początku XX wieku. Chciałbym przełożyć „Saga/fuga de J.B.” Gonzalo Torrente Ballestera na pięćdziesięciolecie jej wydania w 2024 r – to moim zdaniem najlepsza hiszpańska powieść wszechczasów. „Kichota”, rzecz jasna nie liczę, bo jest poza konkurencją. A co z tego wszystkiego wyjdzie, to się okaże.

Mistrz przekładu z hiszpańskiego, Carlos Marrodán Casas, mówił kiedyś, że każdy tłumacz to niespełniony pisarz. Nie korci Cię, żeby samemu coś machnąć? W końcu przez te lata musiałeś rozgryźć tyle pisarskich sztuczek i chwytów…

Zawsze korciło, ale nigdy nie było czasu, tyle jeszcze wspaniałych książek nie zostało przetłumaczonych.

Labirynt wolności

Issuu is a digital publishing platform that makes it simple to publish magazines, catalogs, newspapers, books, and more online. Easily share your publications and get them in front of Issuu's millions of monthly readers. Title: Labirynt wolności, Author: Lubimyczytać.pl, Name: Labirynt wolności, Length: 30 pages, Page: 1, Published: 2020-09-08

Reklama

komentarze [5]

Sortuj:
3486
190
14.09.2020 12:25

Brodaty pan w czapce wygląda jak Bogusz Bilewski :)


0
0
09.09.2020 20:28

Panie Wojciechu, oprócz niewątpliwie ciekawej wspomnianej przez Pana: Saga/fuga de J.B., którą chętnie przeczytałbym po polsku, z wielu ciekawych powieści autorów hiszpańskich upominam się o przetłumaczenie na polski dwóch książek hiszpańskich: Olvidado rey Gudú (Zapomniany król Gudú) autorki Ana María Matute znanej polskim czytelnikom chociażby z Wieży strażniczej -...

więcej

951
32
09.09.2020 17:18

Ha, a ja własnie wróciłem z biblioteki. Wśród zdobyczy są Kłamstwa autorstwa Enrique De Heriza w tłumaczeniu pana Wojciecha.


2888
47
08.09.2020 19:54

Bardzo ciekawa rozmowa. Już nie mogę się doczekać, kiedy Labirynt pamięci. Wiwat naród brazylijski wpadanie w moje ręce i będę się mogła nim delektować :-)
Brawa dla wydawnictwa Rebis za odwagę w kontynuowaniu serii brazylijskiej. I oczywiście dziękuję panu Wojciechowi Charchalisowi, że przełożył to...

więcej

105
12
07.09.2020 16:12

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd