To czytelnik decyduje, kto jest dobry. Przemysław Semczuk opowiada o książce „Cyklon”

Ewa Cieślik
13.07.2020

Ta historia toczy się w dzisiejszych czasach, a Auschwitz jest kluczem do zrozumienia losów bohaterów – mówi Przemysław Semczuk, odnosząc się do mody na „Holocaust Harlequin”. W swej najnowszej książce „Cyklon” pisarz tropi tajemnice przeszłości i przedstawia losy esesmana Edwarda Lubuscha. Wraz z nim czytelnik przechodzi drogę od prawdziwej historii, przez fikcję, znów do prawdy.

To czytelnik decyduje, kto jest dobry. Przemysław Semczuk opowiada o książce „Cyklon”

Porywający thriller autora bestsellerowego reportażu „M jak Morderca. Karol Kot wampir z Krakowa”.

Każda rodzina ma swoje tajemnice. Takie, o których pod żadnym pozorem się nie mówi i najchętniej zabiera ze sobą do grobu.

Kasia, młoda energiczna bizneswoman, dowiaduje się, że ma siostrę, Małgorzatę, o której istnieniu nikt wcześniej nie wspominał. Kobiety wspólnie próbują wyjaśnić, dlaczego ta druga zaraz po urodzeniu została oddana do adopcji. Pogrzeb ich matki jest okazją do poznania przerażającego rodzinnego sekretu. Staje się również okazją do zrozumienia, jak daleko mogą posunąć się ludzie, żeby zachować pozory normalności.

Konfrontacja i odtwarzana z trudem historia prowadzi siostry wprost do piekła Auschwitz-Birkenau. To, co wydarzyło się w czasie II wojny światowej, za drutami obozu koncentracyjnego, staje się kluczem do zrozumienia losów sióstr i kolejnych pokoleń.

 Ewa Cieślik: „Cyklon” to nie jest łatwa lektura – zmusza do bolesnych refleksji, nierzadko o własnej rodzinie i jej losach, sięgających czasów wojny. Uważasz, że każda rodzina ma tajemnice?

Przemysław Semczuk: Jestem tego pewny. Może nie są to aż tak dramatyczne wydarzenia, ale z pewnością w każdej rodzinie są sprawy, o których się nie mówi, a nawet bardzo chce o nich zapomnieć. Dopiero co słyszałem historię dziewczyny, która została oddana do rodziny zastępczej, gdy była malutkim dzieckiem. Po wielu latach próbowała wyjaśnić, dlaczego rodzice ją porzucili. Chciała zrozumieć, co się stało. To było dla niej bardzo ważne. Ale prawda, którą okryła, okazała się nie do udźwignięcia. Dotarła do akt sądowych i dowiedziała się, że została zgwałcona przez ojca. Nie mogła tego pamiętać, była za mała.

Reklama

Napisałeś powieść z pogranicza literatury faktu i fikcji literackiej. To opowieść oparta na motywach prawdziwych wydarzeń. Skąd pomysł, aby tak podejść do prawdziwej historii?

Zaczęło się od reportażu, który napisałem w 2007 roku w „Newsweeku”. Opisywał powojenne losy esesmana z Auschwitz, Eduarda Lubuscha, który pod przybranym nazwiskiem ukrywał się w Polsce przez blisko czterdzieści lat. Przez wiele lat szukałem kolejnych świadków i dokumentów. Historia mimo wszystko miała mnóstwo luk. Nie nadawała się, by opisać ją w książce z gatunku literatury faktu. Za to dawała ogromne możliwości do rozwinięcia fikcji literackiej. Sam pomysł wpadł mi do głowy, gdy poznałem niemieckiego pisarza Uwe von Seltmana i jego żonę Gabi. Gabi jest Polką, jej dziadek został zamordowany w Auschwitz. Dziadek Seltmana był esesmanem i tłumił Powstanie Warszawskie. Mordował kobiety i dzieci. Gabi i Uwe opowiedzieli mi, jak odkrywali historie przodków i z jakim trudem przyszło im się zmierzyć z tym co odkryli. Napisali o tym książkę. Wtedy pomyślałem, że historia esesmana z Auschwitz Eduarda Lubuscha jest idealna, by pokazać, jak trudno jest poznać i zaakceptować decyzje poprzednich pokoleń, które mają skutki dla żyjących współcześnie.

Wspomniany reportaż prasowy znalazł się w książce „Cyklon”. Dzięki niemu czytelnicy będą mogli poznać fakty.

To było konieczne. Wielu czytelnikom trudno jest zrozumieć granicę pomiędzy literaturą faktu, a literaturą na motywach prawdziwych wydarzeń. Pamiętam premierę filmu Maćka Pieprzycy „Jestem mordercą”, opowiadającego historię Zdzisława Marchwickiego. Byłem na premierze i słyszałem ludzi wychodzących z kina, który mówili: „Mój Boże, to tak było”! Nie, tak nie było. Napisałem książkę „Wampir z Zagłębia”, reportaż dokumentalny. I wiem co w filmie było prawdą, a co wizją reżysera. Niestety odbiorca przyjmuje dzieło bezkrytycznie i wszystko uznaje za fakt.

Przemysław Semczuk z książką Cyklon

Czytelnicy znający Twoje inne książki, takie jak „Kryptonim „Frankenstein”, „M jak morderca” i „Wampir z Zagłębia” wiedzą, że niestrudzenie tropisz tajemnice. Czy często dopada Cię frustracja związana z brakiem możliwości odkrycia prawdy? Wyobrażam sobie, że pisanie scen, w których ujawniane są dotychczasowe sekrety, mogło być dla Ciebie satysfakcjonujące – jako przeciwwaga dla tych wszystkich zaginionych dokumentów archiwalnych czy opowieści, które zostały zabrane do grobu.

To działa trochę inaczej. W literaturze faktu brak materiału źródłowego też sam w sobie jest informacją. Jeśli gazeta o czymś nie pisała, to ja wiem, że komuś na tym zależało. Dokumenty opisują wydarzenia pozbawiając je emocji. Przykładowo zeznania Karola Kota czy Joachima Knychały. Linijka po linijce, zdanie po zdaniu, fakt za faktem. Dopiero jak spojrzymy na godzinę rozpoczęcia przesłuchania i godzinę zakończenia dostrzegamy, że te dwie strony pisano kilka albo nawet kilkanaście godzin. I tu są niezapisane emocje. Negocjowanie, nakłanianie, straszenie, proszenie. Wydzieranie każdego słowa. Picie herbaty, palenie papierosów, przerwa na obiad, albo częstowanie przesłuchiwanego truskawkami. Czasem na końcu protokołu zapisywane są uwagi: z urzędu dodaję, że przesłuchiwanego poczęstowano butelką piwa. Albo ciastkiem. Romek Hula, milicjant i późniejszy komendant główny, opowiadał mi, jak po przesłuchaniu robił Knychale herbatę i dolewał do niej wódki. Bo takie były czasy i milicjant traktował go mimo wszystko jak człowieka. To prawda, że Jerzy Gruba przynosił Marchwickiemu kiełbasę i ciasto. Ale to już inne okoliczności i motywy były zgoła inne.

Trzon akcji „Cyklonu” stanowi jedno burzowe popołudnie 2005 roku i stypa, na którą zjeżdżają się członkowie rodziny. Czytając, miałam wrażenie, że opisywane wydarzenia przesuwają się przed moimi oczami jak sceny z kameralnej stuki teatralnej. Ta historia miała taka właśnie być – kameralna, intymna, bez zbędnych fajerwerków, odrywających uwagę od tego, co najważniejsze?

Dla teatru chyba za dużo zmian scenografii i zbyt wielu aktorów. Ale coś w tym jest. Pisząc myślałem obrazem. Starałem się to pokazać. Kilka lat temu historią Lubuscha zainteresował się reżyser Wojciech Bockenheim. Przeczytał reportaż w Newsweeku i spotkaliśmy się, aby porozmawiać o scenariuszu. Film miał się zaczynać od sceny, w której Staszek pije na ławce wino, po tym jak odkrył prawdę o ojcu. Ta scena jest w książce, ale w innym miejscu i innym kontekście. Nie ma już tak wielkiej wagi dla całej historii, bo to nie Staszek jest pierwszoplanowym bohaterem. Niestety droga od pomysłu do filmu jest dość długa, a co najważniejsze – kosztowna. Wtedy skończyło się na jednym spotkaniu, bo Wojtek zajął się inną produkcją. Ale od tamtego czasu jesteśmy w kontakcie.

Czyli powstanie film?

Mogę tylko powiedzieć, że od kilku dni rozmawiam z pewnym reżyserem, póki co nie mogę powiedzieć z kim. Temat esesmana z Auschwitz ukrywającego się w PRL-u do 1984 roku budzi wielkie emocje. A do tego dramatyczne losy rodziny, która przez lata walczy o zachowanie śmiertelnie groźnej tajemnicy. Doskonały materiał na film. I jak się okazało, sposób pokazania historii w książce jest niemal gotowym scenariuszem.

Reklama

Na wspomnianej stypie rozwiązują się języki członków rodziny. Języki te rozwiązuje alkohol. Jest on dość mocno obecny w powieści – wódka umożliwia porozumienie, ale jednocześnie też odsuwa od siebie ludzi, rozrywa więzy, wpędza w samotność, upadla. Ważne dla Ciebie było, aby to podkreślić?

Moja redaktorka zwróciła na to uwagę. Cały czas leje się alkohol. Może dlatego, że alkohol w naszej kulturze zawsze zajmował znaczące miejsce. Nie zrobiłem tego rozmyślnie, to raczej zabieg intuicyjny.

Poszczególne rozdziały książki przedstawiają wydarzenia z punktu widzenia różnych osób. Dzięki temu pokazujesz perspektywę i wrażliwość ojca, matki, córek, wnucząt… Zależało Ci na tym, aby jak najpełniej przedstawić wszystkich członków rodziny?

Każde z nich widzi te wydarzenia inaczej, ze swojej perspektywy. Chciałem, aby Czytelnik spojrzał ich oczami. Punkt widzenia i ocena sytuacji zmienia się w zależności od tego, kto opowiada. I ta perspektywa wpływa na ocenę, za każdym razem inną. Chodziło o to, by zbyt łatwo nie oceniać postaw bohaterów i nie nadawać etykiet. Unikać prostej kalki. Esesman znaczy zły. A on wcale nie musi być zły. Nie chcę ciągnąć przykładów, aby nie spojlerować opowieści.

Na kartach Twojej książki przedstawiłeś całe spektrum wad ludzkich; bohaterowie „Cyklonu” kłamią, oszukują, są zaborczy, apodyktyczni, chcą sterować życiem innych. A jednak mam wrażenie, że patrzysz na nich z wyrozumiałością. Jak uważasz, co sprawia, że można kogoś uznać za dobrego człowieka?

Ja ich nie chciałem oceniać. To zadanie Czytelnika. Sam nie znoszę książek, w których autor za mnie myśli i daje gotowe rozwiązania, jakby miał mnie za idiotę i musiał wszystko wyjaśnić. Dlatego nie chcę robić tego Czytelnikom, bo wierzę, że sami potrafią dokonać oceny. I sami zdecydują, kto jest dobry. To zresztą pojęcie bardzo względne, zależy od sytuacji. Kiedyś jedna pani prezes zwolniła mnie z pracy w korporacji. I dzisiaj uważam, że zrobiła mi przysługę, bo dzięki temu piszę książki. Jej się wtedy wydawało, że robi dobrze, bo ktoś, kto mnie zastąpił, miał przynieść firmie korzyści. Rok później zamknęła dział, zwolniła trzydziestu ludzi i straciła milion euro, za jednym zamachem powodując podniesienie ceny produktu w siedemnastu krajach. Ocena zależy od tego, z jakiej perspektywy spoglądamy. Nam jest dzisiaj łatwo oceniać, bo nigdy nie widzieliśmy wojny, nie czuliśmy strachu, o siebie, o bliskich. Nigdy nie stanęliśmy przed wyborem, czy zaryzykować życie, aby komuś pomóc, kogoś uratować. To nie były łatwe decyzje. A bohaterowie „Cyklonu” musieli je podejmować. Sądzę, że nikt z nas nie chciałby się znaleźć na ich miejscu.

Wiele osób uznaje, że wojna to męska sprawa; choć punktem wyjścia do książki była postać mężczyzny, to w „Cyklonie” główne role odgrywają kobiety. Dlaczego? Mają silniejsze charaktery?

W tej historii po prostu było więcej kobiet. Co ciekawe, w moich książkach zawsze było ich za mało. Aż nagle jest ich tak dużo, że wydawca zdecydował, aby audiobook przeczytała Magda Schejbal – właśnie dlatego, że kobiety odgrywają w tej powieści tak dużą rolę.

„To była wojna, synku. Dla nich wszystko jest czarno-białe. Mogłeś być po dobrej albo po złej stronie. Nie ma tego, co pośrodku”, mówi w pewnym momencie jedna z bohaterek „Cyklonu”. Lubimy dzielić świat na dwa, szczególnie, gdy w grę wchodzi wojna. Dobrzy Polacy, źli Niemcy. Czy wierzysz, że przyszłe pokolenia będą w stanie wyjść poza schematy i w końcu zmierzyć się z historią przodków?

Przyszłe pokolenie nie zna historii. Młodzi ludzie nie potrafią podać daty wybuchu drugiej wojny. Nie rozumieją kontekstu, tego, jak do niej doszło. Co gorsza – to ich zupełnie nie interesuje. Widzą świat z dzisiejszej perspektywy. Takimi ludźmi łatwo manipulować. Dać im gotowe rozwiązanie, Niemiec jest zły, niemieckie media są złe, niemieckie firmy są złe. Tylko niemieckie samochody są dobre. Jednocześnie sprawiamy wrażenie, że tradycja i historia są dla nas fundamentem. Dlatego ze zdumieniem czytam komentarze na Instagramie. Jak wiele osób pisze, że nie było w Auschwitz. Kiedyś wycieczka szkolna do obozu była niemal obowiązkowa.

Okładka książki Cyklon Przemysława Semczuka

A skoro jesteśmy przy Auschwitz. „Cyklon” zwraca uwagę okładką. Są na niej tory prowadzące do bramy obozu Birkenau. Czytelnik stojący przed półką w księgarni może pomyśleć, że powieść wpisuje się w popularny obecnie nurt nawiązujący do literatury obozowej. Czy taka myśl będzie słuszna?

temat ostatnio mocno zaistniał w literaturze. Faktycznie tak można pomysleć, bo okładka jest dość jednoznaczna. Jednak liczę, że Czytelnik przeczyta tekst okładkowy. Tu jasno wskazuję, że historia toczy się w dzisiejszych czasach, a Auschwitz jest kluczem do zrozumienia losów bohaterów. Choć będą i tacy, którzy sięgną po „Cyklon” właśnie z tego powodu. Bo jest to ich sposób na poznawanie historii. Nie każdy jest w stanie czytać literaturę faktu.

Co myślisz o modzie na fikcję z Auschwitz i tym, że Holocaust staje się tematem popkultury?

Popkultura to może za dużo powiedziane. Powstało mnóstwo książek o tym, co działo się w obozach. W PRL-u wydawano sporo obozowych wspomnień. Jak choćby „Anus mundi” Wiesława Kilara, książka, którą wykorzystałem w fabule. Wiesław Kielar znał Lubuscha i to on pierwotnie miał uciekać z Edkiem Galińskim. Przeżył i napisał wspomnienia, bo nie uciekł. Ta ucieczka jest ważnym elementem, który miał konsekwencje dla… Ale o tym przeczytacie w „Cyklonie”. Faktycznie wydawcy mówią już o gatunku „Holocaust Harlequin”. To się zaczęło od „Tatuażysty z Auschwitz” – książki, no właśnie, bardzo złej. Prawdziwej historii, pełnej błędów historycznych, a na dodatek przedstawiającej obóz w wypaczony sposób, przy okazji pokazującej w złym świetle Polaków. I o dziwo ta książka stała się bestselerem światowym. I odniosła sukces także w Polsce. Smutne, że dla wielu osób jest źródłem ich wyobrażenia piekła Auschwitz. Coś jednak chyba dotarło do Czytelników, bo kontynuacja spotkała się już z umiarkowanym przyjęciem. Z drugiej strony to okropne, że mimo ujawnienia tylu błędów autorka chciała wykorzystać popularność i pociągnęła tę opowieść.

Reklama

Na początku tego roku otrzymałeś stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a o pracy nad nową książką o katastrofach PRL „Żywioły” informujesz czytelników m.in. w swoich mediach społecznościowych. W planach masz także fabularyzowany dokument kryminalny oraz powieść z wątkiem erotycznym – zdradzisz o nich coś więcej?

To, czy „Żywioły” się ukażą, wcale nie jest takie pewne. Od lat borykam się z problemem kopiowania mojej pracy. Książki „Maluch Biografia”, „Wampir z Zagłębia”, „Czarna wołga” są doskonałym materiałem dla youtuberów, blogerów, podcasterów. Wykorzystują opisane historie, które latami odtwarzam, prowadząc badania w archiwach. Na moich materiałach budują swój kontent, zarabiając pieniądze. Dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, że „dziennikarz” jednego z największych portali internetowych przepisuje z mojej książki używając nazwiska bohatera, które musiałem wymyślić, aby zapewnić tej osobie anonimowość. O tym, że to ja odtworzyłem tę historię, nawet nie wspomina. I bierze za to pieniądze. Zresztą reportaż o Lubuschu też został ukradziony. Bloger Biszop przepisał go od początku do końca swoimi słowami [więcej o tej sprawie na Facebooku pisarza - przyp. EC]. Cały jego blog był jednym wielkim plagiatem, tekstami przepisanymi z „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Wprost”, „Newsweeka” i niemal wszystkich znanych na rynku tytułów. Odbiorca tego nie rozumie i nie ma pojęcia, że Biszop kradł z książki dr Adama Cyry, który przez kilka lat prowadził prace badawcze w celach śmierci w Auschwitz. Jedyna osobą, która się wtedy dobrze zachowała, była pani Jolanta Kwaśniewska. W dobrej wierze napisała blurb na okładkę książki Biszopa. Gdy powiadomiłem ją o plagiacie, zadzwoniła i mnie przeprosiła. A wydawca? Wydał kolejne cztery tomy. Ten plagiat można znaleźć w Bibliotece Narodowej. Dlatego mam duże wątpliwości czy „Żywioły” powinny zostać opublikowane. Większość Czytelników nie sięgnie po literaturę faktu, ale chętnie posłuchają podcastu sprytnego internauty, który nawet nie wspomni o tym, że przeczytał to w książce. Jest na to przyzwolenie społeczne. Robią to nawet duże media. O maluchu w „śniadaniówce” znany reporter. A prezenterka zapowiedziała materiał mówiąc, że „opowie ciekawostki, które Bóg raczy wiedzieć gdzie wygrzebał”. Ja bym nie mieszał do tego Boga. Na życzenie producenta telewizyjnego redakcja otrzymała od wydawcy książkę na dwa tygodnie przed premierą. Dlatego wolę napisać powieść „Nawrócona”. O niej telewizja też nie wspomni, bo uważają to za lokowanie produktu. No chyba, że będę miał romans z jakąś znaną pisarką. Czytelnicy lubią dawać się nabrać na takie promocyjne chwyty. W obecnych czasach nie wystarcza już pisanie książek. Trzeba je potrafić sprzedać, a autor też jest towarem na sprzedaż.

Przemysław Semczuk - dziennikarz, reportażysta, powieściopisarz, autor książek z gatunku literatury faktu. pasjonat historii najnowszej, badacz zapomnianych wydarzeń z czasów PRL i dziejów kryminalistyki. Jego teksty można przeczytać w tygodnikach „Newsweek", „Wprost", „Gość Niedzielny"; miesięcznikach „Focus Historia", „Wysokie Obcasy Extra", „Playboy" lub usłyszeć na antenie radia RMF Classic. W 2017 roku za tekst „Wampir z Zagłębia” otrzymał Kryształową Kartę Polskiego Reportażu podczas Festiwalu Reportażu w Lublinie.  

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
64
12
14.07.2020 14:17

"W obecnych czasach nie wystarcza już pisanie książek. Trzeba je potrafić sprzedać, a autor też jest towarem na sprzedaż".
A ja sobie cenię mało znane "perełki" i autorów, którzy nie robią wokół siebie show, tylko PO PROSTU piszą. Dobrze piszą. I póki są jeszcze na świecie czytelnicy, którzy czytują dobre, a niekoniecznie znane książki, a brak medialnego szumu do książki...

więcej

187
13
13.07.2020 11:52

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd