Szwajcaria bez “ochów” i “achów” - rozmowa z Agnieszką Kamińską

Grzegorz Przepiórka
11.02.2021

Czy można zakochać się w Szwajcarii? Jaki jest ten raj naprawdę, czyli bez zegarków, czekolady i fioletowych krów? Trudnego zadania, by zgłębić szwajcarską krainę i duszę podjęła się Agnieszka Kamińska, której książka pt. Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony właśnie miała premierę.

Szwajcaria bez “ochów” i “achów” - rozmowa z Agnieszką Kamińską

[Opis wydawcy] Dlaczego w szwajcarskich domach nie ma pralek? Co bardziej dzieli Szwajcarów, „rów polenty” czy „granica z ziemniaka”? Gdzie kupić świeże alpejskie powietrze na wynos?
Etykieta światowej prymuski przylgnęła do Szwajcarii niczym przekonanie, że po alpejskich łąkach naprawdę hasają fioletowe krowy. Tu bez obaw można zostawić na ulicy niezapięty rower czy napić się wody prosto z ulicznej fontanny. Kiedyś „szwajcarskość” reklamowała produkty wysokiej jakości, dziś to zbiór walorów, takich jak punktualność, innowacyjność czy bezpieczeństwo. Ilość pozytywnych skojarzeń, jakie budzi Szwajcaria, nie dziwi, lecz warto je zweryfikować.

Autorka przemierza alpejskie szlaki, trasy kolejowe oraz wybrukowane uliczki helweckich miast. Odkrywa przed nami ten raj wymyślony; państwo, którego nie ma, choć według legendy zaczęło się… na łące.

Grzegorz Przepiórka: Kilka lat temu została odkryta tajemnica tworzenia się dziur w szwajcarskim serze. Czy Szwajcarzy byli rozczarowani, że przejrzano ich sery na wylot? I jak po tym przełomowym, choć przypadkowym odkryciu przedstawia się obecnie lista największych nierozwikłanych zagadek związanych ze Szwajcarią?

Agnieszka Kamińska: Muszę przyznać, że dziury w szwajcarskich serach widuję bardzo rzadko, więc i wiadomość o odkryciu ich tajemnicy jakoś mnie ominęła. A może po prostu gustuję w takich, które nie mają sekretów. Szwajcarzy rzeczywiście lubią otaczać swoje produkty atmosferą tajemnicy. Zagadkowa pozostaje m.in. receptura sera z Appenzell, orzeźwiającego napoju z serwatki Rivella czy chleba żytniego z kantonu Valais. Na pewno przynosi to dobre efekty marketingowe. Jeśli zaś chodzi o inne szwajcarskie tajemnice, to z pewnością kuszące są historie o ukrytych sztabkach złota w podziemnych skarbcach czy o luksusowych bunkrach, które miałyby dać schronienie szwajcarskim politykom na wypadek kryzysu. Ja z kolei w swojej książce próbowałam odkryć tajemnice szwajcarskiej duszy. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ mieszkańcy niemieckojęzycznej części kraju – tej, w której mieszkam – są porównywani przez rodaków z innych regionów do dyń albo kokosów. Przebijanie się przez twardą skorupę, czyli zdobywanie zaufania, to zadanie dla cierpliwych.

Reklama

Skoro już wspomnieliśmy o serach, to jak wyglądałaby deska skomponowana z ulubionych przez panią przysmaków tego rodzaju? Jak Szwajcarzy podchodzą do serwowania serów – swobodnie czy jak do sztuki?

Na mojej desce honorowe miejsce na pewno zająłby wyrazisty, pikantny Gruyère oraz miękki, delikatny w smaku Tilsiter. Lubię też próbować przysmaków od lokalnych serowarów, zwłaszcza kiedy jestem w górach. Tam, w alpejskich schroniskach, wystarczy, że obsługa poda porządny kawał sera na drewnianej desce, do tego pokroi świeży, chrupiący chleb i to jest przekąska, która smakuje najlepiej, szczególnie po trudach wędrówki. Ale Szwajcaria to nie tylko proste jedzenie serwowane w oszczędny sposób. W tym małym kraju jest aż 128 restauracji z gwiazdkami Michelin. Tam z pewnością podawane są sery w bardziej wykwintny sposób.

Po otrzymaniu propozycji przeprowadzenia z panią rozmowy uświadomiłem sobie, że w mojej wiedzy na temat kraju, który leży w samym środku Europy, jest więcej dziur niż sera. Co więcej, do tej pory niewiele mnie on interesował. Z jakich powodów, oprócz serów, warto Szwajcarii dać szansę?

Szwajcaria to niezwykle różnorodny i nieoczywisty kraj: taka wyspa w środku Europy, która za wszelką cenę chce się wyróżnić na kontynencie. I nie chodzi tylko o bogactwo, brak stolicy i wyjątkowe piękno natury. To kraj, w którym współistnieją cztery obszary kulturowe i języki, dwadzieścia sześć kantonów, setki dialektów, ponad dwa miliony obcokrajowców – jest jak układanka składająca się z wielu części, które razem tworzą dobrze funkcjonujące państwo. Społeczeństwo tutaj decyduje samo o sobie za pośrednictwem narzędzi demokracji bezpośredniej, a neutralność sprawia, że Szwajcaria nie angażuje się w globalne konflikty, a jeśli już, to pełni rolę mediatora. To kraj, który istnieje dzięki społecznej umowie i umiejętności wypracowywania kompromisów, stabilny, ale nie nudny. Pełen zjawisk, które wydawałyby się trudne do pogodzenia, jak umiłowanie prywatności i tendencja do wszechobecnej kontroli, nowoczesność oraz istnienie wciąż żywych reliktów odległej przeszłości, długa tradycja przyjmowania imigrantów i mechanizmy ścisłej selekcji. Kto pragnie zajrzeć za fasadę idealnego kraju czekolady, banków i scyzoryków, ten odkryje obraz alpejskiej krainy nie zawsze mlekiem i miodem płynącej, ale na pewno zaskakującej i ciekawej. To właśnie rysy na z dbałością pielęgnowanym wizerunku Szwajcarii czynią ten kraj wartym opisywania. I przez to też, mam nadzieję, warto o nim czytać, odwiedzić i dowiadywać się coraz więcej.

Dla wielu pisarzy i poetów alpejski kraj był ojczyzną z wyboru – żyli tu i zostali na zawsze Thomas Mann, Elias Canetti, Rainer Maria Rilke, Hermann Hesse… Ten ostatni odbierając w 1946 roku najważniejszą nagrodę literacką, wpisał się nawet do katalogu szwajcarskich noblistów, choć z pochodzenia był Niemcem. Swój los ze Szwajcarią związał też polski noblista – Henryk Sienkiewicz zamieszkał w Vevey nad Jeziorem Genewskim. W Hôtel du Lac, z którego okien rozciąga się widok na Alpy, pisarz spędził ostatnie dni życia. W ogrodach hotelu, który zmienił nazwę na Grand Hôtel du Lac, jest pomnik Sienkiewicza, a w lobby wystawione są jego największe dzieła. Ponoć autor Quo Vadis nazywał to miejsce „pięknym więzieniem”.

Przeprowadziła się pani do szwajcarskiego raju z miłości, choć nie z miłości do samego kraju. Czy zdążyła się Pani już zakochać w Szwajcarii czy nadal jest to związek z konieczności? I co w nim drażni najbardziej?

To wciąż związek z rodzaju tych skomplikowanych, choć udało mi się Szwajcarię dla siebie do pewnego stopnia „oswoić”. To, jak wygląda nasze życie tutaj, zależy od wielu różnych czynników: tego, z jakich powodów tu przyjechaliśmy, czy znaliśmy wcześniej język, czy mamy kontakt ze Szwajcarami, czy od początku mieliśmy pracę i wynajęte mieszkanie, czy mieszkamy w mieście czy na wsi, a nawet od tego, jaki to kanton. Co człowiek to historia i ja tych historii słyszałam setki. Mam też swoją, nie zawsze usłaną alpejskimi różami. Nie przechodziłam emigracyjnej fazy ślepego zachwytu Szwajcarią i ona już chyba mi nie grozi. Może właśnie dzięki temu krytycznemu podejściu do kraju mojej emigracji udało mi się napisać książkę. Na pewno znajdą się tacy, którzy powiedzą: żyje w najlepszym kraju na świecie i jeszcze narzeka. Ale przecież dzielenie się samymi „ochami i achami” byłoby niesamowicie nudne! Przez tych kilka lat udało mi się chyba znaleźć w moim związku ze Szwajcarią złoty środek, czyli nauczyć cieszenia się tym, co ten raj wymyślony mi oferuje, a pogodzić z tym, co nie do końca mi tutaj pasuje. Czuję się uprzywilejowana, że mogę oddychać świeżym powietrzem, żyć bez samochodu, w godzinę być w górach, a nawet, że poczta działa (zazwyczaj) bez zarzutu. Brakuje mi za to w Szwajcarii spontaniczności. I morza.

„I'm not Swiss” to tytuł pani bloga. Zastanawiam się, czy wciąż jest on adekwatny, bo przecież z kim przestajesz, takim się stajesz. Co ze szwajcarskości zdążyło do pani przylgnąć w ciągu kilku lat? Jak zmienia się człowiek pod wpływem Szwajcarii?

Chęć zachowania tytułu mojego bloga to jeden z powodów, dla którego wciąż odwlekam starania o szwajcarski paszport. Z czerwoną książeczką stałabym się dla moich czytelników mało wiarygodna ;) Choć Szwajcarką nie jestem i pewnie jeszcze długo nie będę, to szwajcarskość wdychana razem z alpejskim powietrzem poczyniła pewne zmiany w moich zachowaniach. Obserwuję objawy: punktualność i wymaganie jej od innych, pozdrawianie obcych ludzi na ulicy z obowiązkowym spojrzeniem w oczy, pytanie o wolne miejsce w pociągu, nawet gdy widać, że ono po prostu jest wolne. Ja, wcześniej zwierzę miejskie, dzisiaj cenię sobie ciszę i to, że niedaleko od domu jest pole, gdzie mogę wyjść na spacer z psem. Nie wyobrażam już sobie zimy bez tradycyjnych szwajcarskich potraw z sera – raclette czy fondue, ani lata bez przewędrowania wielu kilometrów w górach. Tylko sztuki dyplomacji jeszcze nie posiadłam i wciąż zdarza mi się powiedzieć o jedno słowo za dużo, wyrazić zbyt kategorycznie opinię czy bezpośrednio dążyć w rozmowie do celu. W Szwajcarii ceni się umiejętność komunikacji „na okrętkę”, z pełnym repertuarem small talków. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się tego nauczyć.

Uwaga, cytuję: „– Wiesz, czytam Heidi – zagaiłam kiedyś T. ciekawa jego reakcji.

– Po co?

– Bo chcę poznać tajemnice szwajcarskiej duszy.

– To przeczytaj lepiej jakiś horror”. Które horrory, bądź książki z innego gatunku, najlepiej portretują szwajcarską duszę?

Horrorów w szwajcarskiej literaturze zbyt wielu nie odnalazłam. Bardzo popularne są za to kryminały, których akcja toczy się np. w sennych alpejskich wioskach zapomnianych przez świat. Ja w literackich poszukiwaniach szwajcarskiej duszy zaczęłam od klasyków: dramaty Friedricha Dürrenmatta i Maxa Frischa, felietony Hugo Loetschera z życia codziennego w Szwajcarii w latach 80., oryginalna proza Roberta Walsera, świetnie zresztą przetłumaczona na język polski przez Małgorzatę Łukasiewicz. To podstawy. Z racji zawodowych zainteresowań, staram się też czytać reportaże, na przykład te, które napisała Margrit Sprecher, najsłynniejsza szwajcarska autorka non-fiction, nazywana cesarzową reportażu. Można powiedzieć, że to helwecka odpowiedniczka Małgorzaty Szejnert. Ostatnio poznaję też pisarstwo Annemarie Schwarzenbach, zuryskiej dziennikarki i podróżniczki, bardzo ciekawej i kontrowersyjnej w swoich czasach autorki.

Współorganizuje pani wydarzenia literackie, m.in. Klub Książki i Festiwal Literatury Polskiej w Zurychu. Z jaką recepcją spotyka się w Szwajcarii polska literatura?

Polacy, zwłaszcza ci od lat żyjący na emigracji, są spragnieni kontaktu z polskim językiem i kulturą, dlatego spotkania z pisarzami i krytykami literackimi, organizowane przez Stowarzyszenie Polskie Winterthur, przyciągają tłumy. W ostatnim czasie odwiedzili nas m.in. Justyna Sobolewska, Magdalena Grzebałkowska i Mariusz Szczygieł. Ale i pomysł wystartowania z Klubem Książki był strzałem w dziesiątkę, bo okazuje się, że rozmów o polskiej literaturze bardzo brakowało. Szwajcarzy również chętnie zapraszają do siebie polskich twórców. Wieczory autorskie w Zurychu mieli m.in. Andrzej Stasiuk i Monika Sznajderman, Szczepan Twardoch, Joanna Bator, Ewa Lipska. Dużym wydarzeniem miała być wizyta Olgi Tokarczuk, tuż po otrzymaniu literackiego Nobla. Niestety wybuchła pandemia i spotkanie zostało odwołane. Polskie autorki i polscy autorzy są też regularnie rezydentami szwajcarskich fundacji, zajmujących się wspieraniem kultury. To są również świetne okazje do spotkań. W tym roku zaś – o ile pozwoli na to sytuacja epidemiologiczna – szykuje się duże wydarzenie literackie w Zurychu i Bernie, Festiwal Literacki Przystanek Polska, którego pierwsza edycja będzie poświęcona reportażowi. Zaproszenie przyjęły gwiazdy literatury non-fiction i z niecierpliwością czekamy na moment, w którym wspólnie z organizatorami będziemy mogli rozpocząć promocję wydarzenia. Bardzo się cieszę, że mogę być częścią rady programowej festiwalu. To będzie prawdziwe święto polskiej literatury w Szwajcarii!

Centrum Zurychu, największego miasta i finansowej stolicy Szwajcarii, raz do roku, u progu wiosny, zamienia się w wielkie palenisko. Na środku głównego placu tego jednego z najbardziej wielokulturowych miast w kraju staje wówczas ponad trzymetrowa, wypchana słomą kukła bałwana. Głowa figury o wdzięcznej nazwie Böögg naszpikowana jest dynamitem, a ona sama symbolizuje zimę. To część średniowiecznej tradycji Sechseläuten (dosłownie: dzwony o szóstej), upamiętniającej czas przesilenia wiosennego, kiedy kościelne dzwony zaczynały wybijać czas zakończenia pracy nie o godzinie siedemnastej, a godzinę później. Tego dnia w Zurychu odbywa się uroczysta procesja przedstawicieli cechów reprezentujących rzemieślnicze zawody, które niegdyś były podstawą gospodarki miasta. Po kolorowej i głośnej paradzie organizowanej z wielką pompą nadchodzi czas na podpalenie bałwana. Wtedy zaczyna się najbardziej emocjonująca część dnia.

Wróćmy do wymyślonego raju. Najlepsze zegary, banki, czekolada, powietrze etc. Czy po kilkunastu latach Szwajcaria nie jest już zmęczona rolą prymuski?

Szwajcarzy wkładają duży wysiłek w podtrzymywanie wizerunku kraju, który w Europie pod wieloma względami jest „naj”. I rzeczywiście kraj przoduje w rankingach innowacyjności, miejsc przyjaznych prowadzeniu biznesu, komfortu życia oraz – oczywiście – turystycznych must see. Ale są i inne obszary, w których Szwajcaria prymuską nie jest. Tutejsze miasta, przecież nie metropolie, są w pierwszej dziesiątce europejskich miast o najwyższym notowanym spożyciu kokainy. Szwajcaria jako jeden z ostatnich krajów w Europie przyznała prawa wyborcze kobietom i wprowadziła rozwiązania polityki rodzinnej, jak urlop ojcowski, które dla przybyszy z innych europejskich krajów od dawna są oczywiste. Jeśli chodzi o równouprawnienie, to wciąż nie jest tu jak w raju. Jest wiele do zrobienia, chociażby zwiększenie liczby kobiet na stanowiskach kierowniczych, dostępność opieki pozaszkolnej czy różnicę między wynagrodzeniem kobiet i mężczyzn. Raz na jakiś czas, przy okazji referendów poruszających temat ograniczenia imigracji czy zakazów dotyczących mniejszości muzułmańskiej, w świat idzie też niechlubny sygnał o ksenofobicznych pomysłach populistycznej partii ludowej mającej większość w parlamencie. Szwajcaria ma nawet specjalną agencję, która na bieżąco monitoruje wiadomości o kraju pojawiające się w światowych mediach. Kontrola przepływu informacji to ważny element szwajcarskiego PR.

Reklama

Proszę wybaczyć brak wykształcenia ekonomicznego. Dlaczego w Szwajcarii jest tak obrzydliwie drogo?

Szwajcaria ma bardzo wysokie koszty pracy, średnie wynagrodzenie wynosi tutaj ok. 6,5 tysiąca franków brutto i choć nie ma czegoś takiego jak ogólnoszwajcarska płaca minimalna, to poszczególne branże określają ścisłe wytyczne, co do zarobków pracowników. Frank szwajcarski jest jedną z najsilniejszych walut na świecie. Zwłaszcza w czasach kryzysów globalny kapitał płynie do Szwajcarii, a to oznacza, że przelicznik walutowy np. dla turystów z innych krajów Europy jest jeszcze wyższy. Szwajcaria jest krajem, który nie ma własnych bogactw naturalnych, wiele surowców trzeba importować, a jednocześnie bardzo chroni się rynek lokalnych produktów. Jeśli Szwajcar ma do wyboru kupić kurczaka z Węgier albo ze Szwajcarii, to zapewne postawi na konsumpcyjny patriotyzm, mimo że wymaga to sięgnięcia głębiej do portfela. Przez to w Szwajcarii nie obserwuje się zalewu tanich produktów z krajów o niskich kosztach pracy. Co nie znaczy, że Szwajcarzy lubią beztrosko pozbywać się pieniędzy. Życie w jednym z najdroższych krajów w Europie jest też wymagające dla osób, które zarabiają tutejsze pieniądze. Dlatego mieszkając w Szwajcarii, warto nauczyć się sztuki oszczędzania, wyszukiwania promocji, kupowania produktów z drugiej ręki. Jak pisała w jednym ze swoich opowiadań Olga Tokarczuk: „okazuje się, że obywateli najbogatszych państw świata czasami nie stać na życie we własnym kraju”.

Szwajcarzy zaczynają oszczędzać, kiedy sami jeszcze nawet o tym nie wiedzą, czyli tuż po urodzeniu. Podczas gdy w Polsce popularnym prezentem na chrzciny jest medalik z wizerunkiem świętego czy srebrna łyżeczka, tu dziecko dostaje z tej okazji konto bankowe. Rodzice chrzestni wpłacają na nie regularnie drobne kwoty, aby na osiemnaste urodziny obdarować nastolatka skromnym budżetem na start w dorosłość. W ten sposób młody człowiek uczy się, że „Jeder Rappen zählt” – „Każdy grosz się liczy”, jak to się mówi w niemieckojęzycznej Szwajcarii. Szacunek do grosza wyraża się choćby tym, że płacenie „miedziakami” (szwajcarskie grosze to Rappeny) nie wywołuje grymasu na twarzy kasjerów.

Na szczęście, będąc w Zurychu, można oglądać Alpy za darmo, również za kąpiel w jeziorze w środku miasta nikt nie pobiera opłat. Co jeszcze znalazłoby się w pakiecie szwajcarskich wspaniałości bez ceny?

Czyste powietrze, woda, którą można pić prosto z fontanny czy górskiego strumienia, a przede wszystkim właśnie natura i niepowtarzalne krajobrazy: Alpy, jeziora, rzeki. Oczywiście do tych wszystkich pięknych miejsc najpierw trzeba się dostać. Na szczęście jest wiele sposobów na to, aby przemieszczać się po Szwajcarii wygodnymi i niezawodnymi, ale przez to drogimi, pociągami. Tu naprzeciw pasażerom wychodzą same szwajcarskie koleje, oferując zwłaszcza teraz, w pandemii, kiedy brakuje turystów spoza Szwajcarii, atrakcyjne zniżki. Gorzej jest z kolejkami górskimi i gondolami, których ceny potrafią przyprawić o zawrót głowy, wcale niezwiązany z wysokogórskim powietrzem. Ja wyznaję filozofię, że tam, gdzie nie mogę wspiąć się o własnych siłach, po prostu nie wjeżdżam. Choć rozumiem, że za możliwość podziwiania świata z wysokości niemal 4 tysięcy metrów n.p.m, wielu jest w stanie słono zapłacić.

Pisze pani, że w Zurychu na każdy kilometr kwadratowy przypada statystycznie ponad 1200 osób z siedmiocyfrową kwotą na koncie. Zastanawiam się, jaką skalę mają nierówności społeczne w Szwajcarii? Rosną, z ogólnoświatowym trendem, czy maleją i czy forma bezpośredniej demokracji ma na nie jakiś wpływ? Jak wygląda bieda w tym kraju?

Nożyce statusu materialnego w Szwajcarii są mocno rozwarte. Kiedy spojrzy się na doroczny ranking 300 najbogatszych ludzi w kraju, widać, że są to głównie posiadacze rodzinnych fortun, co oznacza, że naprawdę wielkie pieniądze pozostają od dziesięcioleci w tych samych rękach. Jednocześnie rośnie też klasa tzw. working poor, czyli ludzi, których mimo że pracują i zarabiają, na coraz mniej jest stać w kraju o tak wysokich kosztach życia. Szacuje się, że w kantonie Zurych, najbogatszym w Szwajcarii, ponad 100 tysięcy osób doświadcza na co dzień jakiejś formy ubóstwa. To może być konieczność rezygnacji z wynajmu mieszkania, na które nie stać rodziny albo wycofywanie się z życia towarzyskiego właśnie z powodów materialnych. Według statystyk, z pomocy socjalnej korzysta w 8,5 milionowej Szwajcarii ponad 300 tysięcy osób. Może się wydawać, że to nie jest dużo, ale trzeba pamiętać, że kryteria uzyskania wsparcia od państwa są dość restrykcyjne. Wiele rodzin balansuje na granicy samodzielnego utrzymania się, ledwo wiąże koniec z końcem, ale nie figuruje w oficjalnych statystykach. To bieda ukryta, która wychodzi na powierzchnię dopiero, kiedy już nie ma innego wyjścia. Pandemia koronawirusa wyjaskrawiła nierówności społeczne w Szwajcarii. Pamiętam takie zestawienie obrazków po pierwszym lockdownie: ludzie stojący w kolejce po darmowe jedzenie rozdzielane przez organizacje pomocowe i ludzie stojący w kolejkach pod jednym z luksusowych butików w centrum Zurychu. Bogactwo i bieda – to dwa skrajne oblicza Szwajcarii, które tutaj wydają się wyjątkowo uderzające.

Reklama

Kokaina, topniejące lodowce, a teraz pandemia. Co jeszcze nie trybi w szwajcarskim zegarku?

Szwajcaria, tak jak każdy inny kraj, ma swoje problemy. Niektóre z nich są konsekwencją globalnych przemian, jak np. zmiany klimatu, a inne wynikają ze specyfiki tutejszego systemu. Z dużym zaciekawieniem obserwuję drugą stronę medalu tak wyidealizowanych koncepcji, jakimi są demokracja bezpośrednia i federalizm. Przykładowo referenda, które w Szwajcarii są podstawową formą sprawowania władzy przez obywateli. To, że o każdą ważną dla kraju, kantonu czy gminy sprawę pyta się samych mieszkańców, w teorii brzmi wspaniale. Często oznacza to jednak bardzo powolne tempo zmian społecznych, żmudne wypracowywanie kompromisu oraz skomplikowaną grę interesów, w której zazwyczaj wygrywa ten, kto ma najlepsze lobby i najwięcej pieniędzy. Demokracja bezpośrednia ma w Szwajcarii wielu krytyków. Mówi się o zmęczeniu społeczeństwa, wynikającym z ciągłej presji podejmowania decyzji, co zresztą widać w spadającym udziale w głosowaniach. Im bardziej skomplikowane kwestie rozstrzyga się w referendum, tym niższa jest frekwencja. To tak, jakby Szwajcarzy sami wycofywali się z systemu, który stworzyli. Trzeba też dodać, że duża część mieszkańców Szwajcarii jest z demokracji bezpośredniej wykluczona. Co czwarta żyjąca tu osoba nie ma szwajcarskiego paszportu, a tym samym prawa głosu. Niektóre kantony wprowadziły możliwość udziału obcokrajowców w głosowaniach lokalnych, inne nad takim rozwiązaniem się zastanawiają. Wydaje mi się, że krajowi, który dużą część swojego dobrobytu jednak zawdzięcza cudzoziemcom, powinno zależeć na włączeniu ich także do procesu decyzyjnego – przynajmniej na poziomie lokalnej społeczności. Z kolei federalizm ujawnił swoje słabości w czasie pandemii, kiedy trzeba było szybko podejmować decyzje i to takie, które dotyczą całego kraju. Okazało się, że kantony okopały się na swoich pozycjach i broniły konstytucyjnej niezależności nawet, kiedy sytuacja wymagała solidarnych działań. Skutek był taki, że ludzie przemieszczali się między kantonami, aby móc pójść do restauracji, tam, gdzie jeszcze było to możliwe, lub zrobić zakupy bez konieczności zakładania maski ochronnej. Teraz rzecz wygląda podobnie, jeśli chodzi o szczepienia. Niedawno usłyszałam w telewizji, że „Szwajcaria nie ma jednej strategii szczepień. Szwajcaria ma 26 strategii szczepień”. Czyli tyle, ile jest kantonów.

Trudno wręcz uwierzyć, że w środku Europy kobiety zdobyły prawa wyborcze dopiero w 1971 roku. Proces równouprawnienia ślimaczy się do dziś i to kolejna kwestia, która nie trybi, choć liczba żeńskich miejsc w parlamencie i w rządzie rośnie. W książce sytuację kobiet opisuje pani z perspektywy Polek w Szwajcarii, co uwidacznia mankamenty. A jakie nastroje panują wśród samych Szwajcarek? I jak duży oraz jak zorganizowany jest ruch walki o prawa kobiet?

Zdobycie praw wyborczych na poziomie federalnym to nie był koniec walki Szwajcarek o równouprawnienie, zwłaszcza że w ostatnich kantonach możliwość głosowania i kandydowania na lokalne urzędy kobiety uzyskały dopiero w latach 90.! Dzisiaj jednym z większych wyzwań dla Szwajcarek i cudzoziemek jest godzenie życia zawodowego z macierzyństwem. Tutaj przyjął się model, w którym kobieta rezygnuje z pełnego etatu, kiedy w rodzinie pojawia się dziecko. Część Szwajcarek broni tego rozwiązania, twierdząc, że świadczy ono o elastyczności rynku pracy i zapewnia przywilej łączenia dwóch sfer życia bez konieczności rezygnacji z żadnej z nich. Nie twierdzę, że jest to model zły, pod warunkiem że kobieta ma odpowiednie wsparcie i zabezpieczenie finansowe na przyszłość, bo długoletnia praca np. na pół etatu oznacza m.in. mniejsze możliwości awansu i niższą emeryturę. Przyjeżdżającym do Szwajcarii Polkom, ale i Włoszkom czy Portugalkom, przyzwyczajonym nie tylko do dłuższych urlopów macierzyńskich, a i tego, że dziecko idzie do żłobka, a mama wraca do pracy, trudno jest się przyzwyczaić do szwajcarskich standardów. Zwłaszcza że wiele z nich na pracę dwa razy w tygodniu po prostu nie może sobie pozwolić, ponieważ wykonują nisko opłacane zawody. Tutaj oczekuje się, że dopóki dziecko nie pójdzie do przedszkola, to obowiązki opiekuńcze należą do zadań rodziców. Owszem, są żłobki i nianie, ale generują koszty, które pochłaniają dużą część budżetu przeciętnej rodziny, a ponieważ kobiety zarabiają średnio kilkanaście procent mniej niż mężczyźni, to zwykle one poświęcają swoją pracę zawodową. Zresztą do tego roku w Szwajcarii nie istniał nawet uregulowany prawnie urlop ojcowski. Niestety tych pozostałości patriarchalnego systemu jest więcej. Np. to, że dzieci wracają ze szkoły do domu w porze obiadu (ok. godziny 12) albo że w jeden dzień w tygodniu mają wolne popołudnia. Nietrudno zgadnąć, kto w tym domu na nie czeka. Szwajcarki i cudzoziemki nadal więc wychodzą na ulice, a postulatów nie brakuje. Mam wrażenie, że jubileusz 50-lecia praw kobiet zdynamizował nieco dyskusję na temat równouprawnienia. Helwecja wciąż walczy o to, żeby być kobietą równą mężczyźnie.

Pani książka to podróż przez raj wymyślony. A czy udało się podczas tej podróży dotrzeć do piekła? Co mogłoby nim być?

Na moim blogu, trochę z przekory, trochę ironicznie, stworzyłam kiedyś taką listę: dla kogo Szwajcaria mogłaby być piekłem. Umieściłam na niej m.in. osoby z nietolerancją laktozy, tych, którzy nie lubią mieć pod górkę, językowe beztalencia, kierowców z ciężką stopą czy osoby marzące o własnych mieszkaniach. Moi Czytelnicy, na których zawsze mogę liczyć, podchwycili temat i posypały się też inne propozycje: Szwajcaria to piekło dla lubiących domowe imprezy do rana, niepunktualnych, robiących pranie w niedzielę czy... dla hoplofobów ;) Myślę więc, że każdy może tu odnaleźć swoje małe piekło. I swój raj!

Agnieszka Kamińska - Słupszczanka, rocznik '84, mieszka w Szwajcarii niemieckojęzycznej. Dziennikarka, socjolożka, publikowała w „Rzeczpospolitej”, „Tygodniku Powszechnym”, magazynie reporterskim „Non/fiction”. Autorka bloga I'm not Swiss. Kiedy nie pisze – czyta, pije kawę, chodzi po górach i tęskni za morzem.

Książkę „Szwajcaria. Podróż przez raj można wymyślony” można już kupić w księgarniach online.

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
62
42
15.02.2021 04:56

"językowe beztalencia" hohoho... Ale skromny wstęp...

Jej T. jej teściowa, jej podróż do Hiszpanii i Czech po szkole podstawowej, już od wstępu widać że to przysłowiowy "plecak".

Ustępowanie miejsca w komunikacji publicznej nie jest w żadnym stopniu ocenianiem czyjejkolwiek sprawności fizycznej. Być może autorka książki wstaje potrząsając starca za rękaw i krzyczy...

więcej

1675
536
13.02.2021 12:57

Dobrze się bawię czytając  Iluzja Iluzja


4155
3915
11.02.2021 20:25

Nasza 80 letnia sąsiadka ma córkę.W Szwajcarii ,sąsiadka mówi.Szwajcarzy są bogaci dzięki żydowskim bankom.


1800
3
11.02.2021 16:51

Książka zamówiona, czekam z niecierpliwością. W Szwajcarii byłam raz ale bardzo mnie zaciekawiła.


1175
401
11.02.2021 16:32

W tym tygodniu sobie ją zamówiłam i dzisiaj trafiła do paczkomatu. Będę czytać! Szwajcaria mnie ciekawi, a jeszcze niczego o niej nie czytałam. Tematyka i okładka ogromnie mnie zauroczyły. Nie wiem, jak z treścią.


206
0
11.02.2021 12:02

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd