„Szachownica” to moja interpretacja wydarzeń historycznych – mówi jej autor, Radosław Nawrot

Adam Jastrzębowski
27.12.2020

Powinniśmy się nauczyć rozróżniać prawdziwą historię, od jej sfabularyzowanej wersji – mówi Radosław Nawrot, autor powieści „Szachownica”. Jej akcja opowiada o początkach powstania wielkopolskiego. 27 grudnia przypada rocznica zwycięskiego zrywu Wielkopolan.

„Szachownica” to moja interpretacja wydarzeń historycznych – mówi jej autor, Radosław Nawrot Adam Ciereszko

Szachownica Radosław Nawrot[OPIS WYDAWCY] Poznań, Boże Narodzenie 1918 roku. Miasto czeka na przybycie znanego na całym świecie wirtuoza fortepianu Ignacego Jana Paderewskiego. Maestro nie przyjeżdża jednak na kolejny koncert. Jego obecność zainicjuje serię zdarzeń, które odegrają decydującą rolę w zabiegach o włączenie Wielkopolski do odrodzonej ojczyzny.

Reklama

Powieść przenosi czytelnika do ogarniętego wrzeniem powstańczym miasta, w którym trzech przyjaciół i byłych piłkarzy klubu sportowego Posnania, nagle znajduje się w sercu gwałtownych wydarzeń, które spokojny dotąd Poznań zmienią w pole walki.

Adam Jastrzębowski: Jesteś dziennikarzem, po tej pory pisałeś, także w swoich książkach, głównie o sporcie. To z działalności w tej dziedzinie jesteś najbardziej znany. Skąd taka literacka wolta?

Radosław Nawrot: Zawsze się starałem pisać o różnych sprawach i interesowałem się wieloma innymi dziedzinami życia. Faktycznie, akurat tak się ułożyło, że zawodowo zajmuję się sportem. Opisywałem najsłynniejsze mecze Lecha Poznań, stworzyłem fabularyzowaną biografię Mirosława Okońskiego.  Jednak nie tylko sportem żyję, świat jest zbyt ciekawy, by się ograniczać tylko do sportu.

Dziennikarstwo oparte na faktach jest dynamiczne, pasjonujące. Ale zawsze mi w nim brakowało tego, co mnie kusiło – miejsca na wyobraźnię. Dziennikarstwo jej nie dopuszcza.

Natomiast literatura to ocean dla wyobraźni. To mnie zawsze kusiło; od dziecka pisałem do szuflady różne rzeczy. Kiedyś to były opowiadania, teraz są to dłuższe formy.

Do szuflady?

Wszystko do szuflady. Był taki dzień, gdy już pracowałem w dziennikarstwie, gdy wziąłem tę szufladową twórczość i… ze łzami w oczach spaliłem to wszystko w ognisku. Uznałem, że spełniło to swoją rolę na pewnym etapie mojego życia, ale w gruncie rzeczy była to dziecięca grafomania.

Jenny Blackhurst powiedziała mi w wywiadzie, że ona też, jak każdy pisarz, dużo tworzyła do szuflady. Do dzisiaj zdarza się jej wyciągać z niej drobne elementy: postaci, szkice, cechy charakterystyczne.

Coś w tym jest. Wówczas myślałem, że spaliłem wszystko. Ale okazało się, że część mojej twórczości, za sprawą mojej sprytnej siostry, ocalała. Dwa lata temu przyniosła mi teczkę z tym, co ocalało od tego ognia. Jedyny warunek, jaki mi postawiła to taki, bym tego nie wyrzucił. Okazało się, że jak na tamten wiek 15 czy 17-latka, niektóre rzeczy były całkiem znośne.

Ciekawe, że mówisz o wieku. Czy do pisania tak rozległej formy, jak powieść, trzeba dorosnąć?

Powieść to nie jest tylko kwestia pomysłu, ona wymaga pewnej dyscypliny umysłowej, by stworzyć świat, który jest spójny. Samo pisanie jest wypadkową wielu rzeczy. Tego co doświadczysz w życiu, co przeczytasz, co sam napiszesz – i co zostanie niejednokrotnie skrytykowane.

Reklama

Brakowało ci w dziennikarstwie możliwości kreacji?

Historia mnie od zawsze fascynowała. To jest zetknięcie z czymś, czego już nie ma. Od zawsze chciałem się przenieść wehikułem czasu i zobaczyć jak to naprawdę było. „Szachownica” to moja interpretacja pewnych wydarzeń historycznych, które miały miejsce. Wmontowałem w niego swoich bohaterów.

Czy mecz opisany na pierwszych stronach twojej książki odbył się naprawdę?

Ten mecz piłkarski z października 1912 roku z niemieckim zespołem „Britannii” rzeczywiście się odbył. Dotarłem do opowieści o tym meczu, o tym, co się w nim działo. Mariana Srokę (postać autentyczna!) wyrzucono z boiska za używanie języka polskiego wobec sędziego i kolegów. Jego koledzy z „Normanii” w akcie solidarności zeszli z boiska i w efekcie zostali wyrzuceni z rozgrywek – rozgrywek o mistrzostwo Niemiec. Następnie zmienili nazwę na Posnania i założyli własny związek piłkarski. Edmund Szyc, piłkarska legenda i jeden z ówczesnych założycieli klubu Warta opowiadał potem, że ogromnie zazdrościł Posnanii tej historii.

To wszystko to są fakty. Gdy się dowiedziałem o tej historii, to doszedłem do wniosku, że jak mówimy o walce z germanizacją, to w przestrzeni publicznej funkcjonują: wóz Drzymały, dzieci wrzesińskie, a o tym nikt nie wie. Dlaczego? Bo dotyczy sportu? Czy sport jest w czymś gorszy od innych dziedzin życia?

Zacząłem sobie układać w głowie opowieść, swoistą partię szachów rozgrywanych pomiędzy Polakami a Niemcami w walce o to, jaki Poznań będzie. Sport na tej szachownicy był jedną z kluczowych figur. Do prawdziwych wydarzeń dodałem swoich bohaterów, wprowadziłem ich do tego meczu. Ci trzej chłopcy to są postaci fikcyjne w meczu, który odbył się naprawdę.

Nie bałeś się, że będziesz zaszufladkowany? Jesteś w końcu dziennikarzem sportowym i w swojej powieści od razu, na pierwszej stronie, piszesz o sporcie.

Bardzo się tego bałem i długo się wahałem czy dać tę scenę, a zwłaszcza na początek książki. Ludzie pogardzają sportem, uważają go za zbytek; w literaturze nie ma go prawie w ogóle. Postanowiłem na germanizację spojrzeć przez pryzmat sportu. Gdy Polacy stworzyli swoje rozgrywki, to Niemcy nie chcieli z nimi w ogóle grać. Chociaż ci ich wyzywali na pojedynek! W żadnej innej dziedzinie nie można było się z Niemcami otwarcie zmierzyć i wygrać, tylko w sporcie. A nawet spuścić im manto!

W tamtych czasach sport był też pewnym środkiem wyrazu ówczesnych ludzi.

Szachownica

W Poznaniu żyło się piłką nożną?

Zdecydowanie. Ostatecznie, gdy Niemcy przyjęli wyzwanie Polaków i odważyli się zagrać, wezwali swoją czołową drużynę piłkarską, Union Berlin, do Poznania, by zrobiła tutaj porządek. Zagrała z Wartą, która była wówczas wielką siłą. I ta Warta wygrała z Niemcami 4:2! Na mecz przyszło kilka tysięcy ludzi, to była manifestacja patriotyczna. Śpiewano hymn, śpiewano rotę! Niemcy nie wiedzieli, co mają z tym wszystkim zrobić.

Ale nie rozgonili towarzystwa?

Nie rozgonili. Piłka nożna wzbudzała wówczas ogromne zainteresowanie. Mam wrażenie, że 100 lat temu sport był częścią życia poważniej traktowaną, niż dzisiaj. W czasach germanizacji Polacy i Niemcy nieustannie rywalizowali, na różnych polach. Gospodarczo, kulturalnie, sportowo. Ta rywalizacja tworzyła jedność. Dzisiaj mówimy „gospodarka jest ważna, mniejsza o sport”. A to jest taki sam element życia społecznego!

Przed wojną kluby sportowe powstawały, by przygotować ludzi do walki. Sama nazwa „Warta Poznań” słusznie się kojarzy z przepływającą przez Poznań rzeką, ale miała oznaczać również żołnierską wartę. Przed powstaniem piłkarze tak Warty, jak i innych klubów, mówili „dajcie nam broń, jesteśmy zdrowi, mamy kondycję i dyscyplinę!”. Drwili z nich wówczas przedstawiciele innych organizacji, w tym Sokoła i Zarzewia, uważając, że ważniejsza dla Polaków jest gimnastyka, strzelectwo, szermierka, jazda konna i biegi. To jest prawdziwe przygotowanie do walki. Czego może uczyć piłka nożna? A Warta, Posnania i pozostałe drużyny pokazały, czego uczy: jedności, bycia zespołem.

Co ci sprawiało większą radość: research do książki czy samo pisanie?

Samo pisanie książki to nie jest tylko akt mozolnego wpisywania liter i słów. To odnajdywanie innych światów, kolejnych wątków i faktów, o których się nie miało pojęcia. Cały czas mi towarzyszy pragnienie, by się tą zdobytą wiedzą z ludźmi podzielić. To jest też pewnego rodzaju pułapka – można łatwo przeładować napisany przez siebie tekst niepotrzebnymi faktami.

Książka jest oczywiście wynikiem mojej działalności, ale równie ważne jest dla mnie to, co zostało w mojej głowie, czego się dowiedziałem i nauczyłem.

Wszystkie nazwy ulic w „Szachownicy” są w polskiej wersji językowej. Dlaczego? Gdy Piotr Bojarski pisał „Rache znaczy zemsta”, którego akcja też ma miejsce w okupowanym Poznaniu, to nazwy ulic zapisywał po niemiecku.

Chodzi o łatwość czytania. W tamtych czasach były oczywiście opisane po niemiecku. To był pomysł moich redaktorek i ja się na to zgodziłem, by zamiast „Ritterstrasse” pisać „ulica Rycerska”, czyli dzisiejsza ulica Ratajczaka. Żeby tej niemczyzny nie było tak dużo, bo ona i tak się pojawia. Łatwość w czytaniu wygrała z wiernością historyczną.

O powstaniu wielkopolskim, poza Poznaniem i Wielkopolską, nie mówi się wiele. Nie obawiałeś się, że ta tematyka zamknie twój krąg odbiorców tylko do zainteresowanych sprawami lokalnymi?

Gdy czytam Marka Krajewskiego, którego książki „dzieją się” we Wrocławiu, gdy czytam o Lublinie i Lwowie, to z przyjemnością przenoszę się do tych miast i dzięki temu je poznaję. Poznania jest mało w literaturze i filmie. Pomyślałem, że to dobry pomysł, by osadzić w nim akcję książki. Nie ukrywam też, że chciałem, aby to Poznań był jednym z bohaterów książki. Nie tylko poznaniacy, ale Poznań jako samo miasto.

Starałem się poszerzyć tę opisaną przeze mnie historię; pojawia się Londyn, pojawiają się inne miasta. O powstaniu wielkopolskim można by napisać powieść, której akcja rozgrywa się w jedną noc! A ja twierdzę, że w „Szachownicy” powstanie jest osadzone w jakimś kontekście historycznym i światowym, nie stanowi wydarzenia lokalnego.

Tak jak napisałeś, że Ignacy Paderewski przypłynął najpierw do Gdańska, a stamtąd dopiero do Poznania. To nie jest wiedza powszechnie znana.

Paderewski przybył do Polski, aby się spotkać z Piłsudskim i, najprawdopodobniej, odebrać tekę premiera. Byłoby to bardzo dobrze widziane na Zachodzie; po śmierci Henryka Sienkiewicza to Ignacy Paderewski był najbardziej rozpoznawalnym Polakiem na świecie. Był gwiazdą światowego formatu. Dzięki samej swojej obecności w Polsce Paderewski manifestował istnienie naszego kraju.

Radosław Nawrot

Wtedy przyjechała ikona świata kultury i udało jej się wzniecić powstanie. Czy dzisiaj jakakolwiek gwiazda kultury miałaby takie przełożenie na polskie społeczeństwo?

Nie doceniamy świata kultury i sztuki. Jak melorecytował Marek Kondrat w filmie „Dzień świra”: „Dyktaturami zawsze wstrząsają poeci! Wtedy nas potrzebują, zrozpaczone masy, które nie widzą dalej niż kawał kiełbasy”! Cała polska historia, nie tylko romantyzmu, to historia wieszczy, ludzi kultury i sztuki, którzy są drogowskazami. Paderewski był tego kolejnym przykładem.

Reklama

Ale nawet dzisiaj takie rzeczy się zdarzają. Przecież historia Kazika Staszewskiego i jego piosenki „Twój ból jest lepszy niż mój” to wypisz wymaluj to samo. Siła oddziaływania sztuki, kultury i popkultury jest dużo większa, niż nam się wydaje. Ma siłę bomby atomowej. Taką bombą atomową był wtedy Paderewski, bombą zrzuconą na Poznań.

Akcja z samolotami lecącymi na Frankfurt, która pojawia się na ostatnich stronach powieści, to w końcu prawda historyczna czy nie?

Są co do tego gigantyczne spory, trwają badania na ten temat. Ja się zastanawiałem co z tym zrobić, bo pisząc książkę, czułem się częścią redefiniowania tej historii nalotu na Frankfurt.

I w zasadzie, skoro obecnie historycy twierdzą, że to się nie wydarzyło, to powinienem to wyrzucić. Ale uznałem, że to jest dobra puenta, pasujący mi element książki. To było takie bezczelne, aroganckie pokazanie się. Przypomnienie światu, że jesteśmy. Na szczęście, mamy do czynienia z fabułą, a nie opracowaniem historycznym i mogę sobie na to przekłamanie pozwolić.

A nie obawiasz się, że twoja książka utrwali w ten sposób nieprawdę historyczną?

Docieramy do bardzo ważnej kwestii, jaką jest rozdzielenie historii od wersji fabularnej historii. Często mówimy o tym w kinie: „No przecież tak nie było, jak jest w filmie”. 

No błagam! Powinniśmy się nauczyć, od szkoły podstawowej, rozróżniać te rzeczy. O tym między innymi zrobił Jan Komasa film „Powstanie ’44”. Nie o tym, jakie to powstanie było, ale jak było pokazywane. A to jest zasadnicza różnica.

Radosław Nawrot

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
2857
4
23.12.2020 13:12

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd