Profesor, który pisze kryminały. Wywiad z Krzysztofem A. Zajasem

Ewa Cieślik
21.01.2020

Choć jak sam zaznacza, nie ośmiela się myśleć o sobie jako o pisarzu, Krzysztof A. Zajas ma na koncie kilka poczytnych powieści i może się pochwalić entuzjastycznymi opiniami czytelników. Cenią sobie oni nie tylko niezwykły język powieści autora, lecz także stworzony przez niego duet bohaterów – policjantów Andrzeja Krzyckiego i Lucka Bałysia. Ci powracają w drugim tomie trylogii pomorskiej, zatytułowanym „Skowyt nocy”.

Profesor, który pisze kryminały. Wywiad z Krzysztofem A. Zajasem

Okładka książki Skowyt nocy[Opis wydawcy] Inspektor Andrzej Krzycki leży w szpitalu. Ledwie uszedł z życiem po zatruciu cyjanowodorem. Nie mówi i nie chodzi. W zasięgu wzroku nie ma nikogo, komu mógłby zaufać. Jego przyjaciel, podkomisarz Lucjan Bałyś, został porwany, a zdradzona żona wróciła do Krakowa. Miejscowa policja ma za dużo własnych problemów, by go wesprzeć. Sytuacja nie wygląda najlepiej, a właściwie – w ogóle nie wygląda.

Krzycki ucieka ze szpitala. Brnie przez pomorską ciemność tropem zaginionego przyjaciela, czując na karku oddech prześladowców. Po piętach depczą mu i policjanci, i lokalni mafiosi… z Dudasem na czele.

Za całe wsparcie służy mu suka Lala. Jest ścigającym i ściganym. Piekielną drogę oświetlają pulsujące czerwone światła turbin wiatrowych pracujących przy akompaniamencie przeraźliwego psiego skowytu.

Ewa Cieślik: Jest pan wykładowcą akademickim, profesorem na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmował się pan wielokulturowością dawnych kresów północno-wschodnich, obecnie zgłębia pan zagadnienia perspektywy postkolonialnej. Skąd u pana chęć przejścia od badania do tworzenia?

Krzysztof A. Zajas: Twórczość literacka kusi. Zwłaszcza zatraconego w lekturze humanisty, którym zawsze byłem. A ponieważ jakiś czas temu odreagowałem literaturę poważną namiętnym czytaniem Kinga, Mankella, Nesbø i innych mistrzów kultury popularnej, postanowiłem i sam spróbować. Kiedy latami nauczasz studentów o teorii literatury, uczciwie jest wreszcie kiedyś podjąć samemu ryzyko praktyki. I muszę powiedzieć, że po tym, jak zacząłem się na co dzień zmagać z oporem słowa, z układaniem celnych dialogów, zwartych opisów, akapitów i całych rozdziałów – nabrałem nowej wiedzy. Teraz trochę inaczej myślę o dziele literackim.

Choć wiele osób marzy o tym, by zostać poczytnym pisarzem, domyślam się, że akurat w pana środowisku zawodowym pisanie kryminałów może być różnie postrzegane.

Jeszcze trzydzieści lat temu wstyd byłby znacznie większy, ale ostatnio zaszły w studiach humanistycznych spore zmiany. Przede wszystkim zatarła się granica między literaturą wysoką i niską. Te kryteria – mocno intelektualne – zastąpiono innymi: poczytnością, popularnością, przekładalnością na inne sztuki… a nawet sprzedawalnością, co niekoniecznie jest dobre, nawiasem mówiąc. Autor kryminałów nie musi być autorem podrzędnym. Jeśli chodzi o mnie osobiście, muszę powiedzieć, że środowisko uniwersyteckie zareagowało bardzo przychylnie i życzliwie. Mam wśród pracowników naukowych oraz administracji uniwersyteckiej oddanych czytelników i czytelniczki. To ciągłe dopytywanie na korytarzu, na chodniku pod Collegium Novum, na ulicy Gołębiej, kiedy następny tom z Krzyckim i Bałysiem – to naprawdę fajne!

Reklama

Czy pana wykształcenie i prowadzone zajęcia pomagają w czynnym akcie pisania książek? A może teoria musi ustąpić pola praktyce?

To działa w obie strony. Jak mówiłem, pisanie powieści nauczyło mnie wielu nowych rzeczy w kwestii teorii. Ale również teoria pomogła mi – taką mam przynajmniej nadzieję – w konstruowaniu fabuł powieściowych. Jednak kiedy masz w głowie uwagi Arystotelesa o budowie dobrej tragedii albo Rolanda Barthes'a o strukturze opowiadania, albo nawet naszego Romana Ingardena o miejscach niedookreślenia – to uważasz przy pisaniu. Kontrolujesz się, sprawdzasz, czy cię nie poniosły zwodnicze słowa, wykreślasz i czyścisz bez końca, żeby nie powtarzać tak dobrze ci znanych błędów. Tak, teoria daje sporo. Ale i zajęcia ze studentami wnoszą wiele w moje pisanie. Ważna jest empatia, a oni mi mówią o swoim świecie młodych ludzi, świecie, od którego coraz bardziej się oddalam…

Po pytaniu o proces tworzenia muszę dopytać również o odbiorcę. Czy pisze pan z myślą o konkretnym czytelniku?

Najczęściej wyobrażam sobie zagorzałą czytelniczkę, duszę humanistyczną, nadwrażliwą i inteligentną, ale również trochę wymagającą intelektualnie. Taką, która w literaturę ucieka od trudnej i nieprzychylnej rzeczywistości. Chce w sprawnej opowieści znaleźć potwierdzenie swojej niechęci, a zarazem rozładować to napięcie, poczuć ulgę z rozwiązania okropnej zagadki, czasem po prostu wziąć odwet na świecie. Albo dobrze się zabawić. Jest taki typ ludzi i sam chyba do niego należę. Stąd powieść kryminalna. Wiele lat pisałem wiersze i nic z tego nie wyszło. Coś tam wyrażały, ale ja pozostałem gdzie indziej. Człowiek wrażliwy, rzucony w okropieństwo świata – tu dopiero znalazłem język do opowiedzenia siebie. Mocno przeżywam fakt, że ta moja opowieść ma aż tylu odbiorców.

Krzysztof A. Zajas, autor kryminału Skowyt nocy

Czy kusi pana, by poddać interpretacji literaturoznawczej swoje własne książki? A może robią to pana studenci?

Sam to raczej nie. Interpretowanie siebie to udawanie, że można wyjść z siebie i stanąć obok, krytycznie się przyglądając. Zresztą pisarze nie są najlepszymi interpretatorami własnych tekstów. Owszem, literaturoznawca ma większe szanse, bo dysponuje narzędziami, ale i tak ryzyko jest wysokie. Jednak pisarz i interpretator to dwie różne osoby. Natomiast bardzo mnie cieszy, gdy czytelnicy w opiniach wydobywają różne moje przenośnie, aluzje, ironiczny dystans czy tak zwane podwójne kodowanie. Wtedy jakby się nić porozumienia nawiązywała, jakbyśmy się trochę zbliżali do siebie… Przyjemne. Co do studentów – nie, nie tykają tej sprawy, w każdym razie nie na moich zajęciach. Ja też nie. Chyba jesteśmy w jakimś obustronnym wstydliwym szachu…

Reklama

Czytelnicy znają już trylogię grobiańską, której akcja dzieje się w Małopolsce. Pana najnowsza książka, „Skowyt nocy”, to z kolei drugi tom trylogii pomorskiej. Co zdecydowało o zmianie miejsca akcji z Krakowa na okolice Słupska? I szerzej – jak to się dzieje, że pana książki są tak mocno związane z miejscem akcji? Horror „Oszpicyn” to przecież w dużej mierze opowieść o Oświęcimiu.

Fajnie, że pani o to pyta. Fascynuje mnie związek człowieka z miejscem. Każdy z nas gdzieś się urodził, gdzieś wychował i potem przez resztę życia porównuje wszystko do tamtych pierwszych miejsc, krajobrazów, przeżyć. Dla mnie prawdziwy, naturalny, intymny patriotyzm wiąże się z miejscem urodzenia, a nie z politycznym państwem. To, jak naznacza cię twoje miejsce, jest dla mnie jednym z najciekawszych fenomenów humanistyki. Mickiewicz, Sienkiewicz, Miłosz, Tokarczuk, by poprzestać na naszych noblistach – to piękne opowieści o własnych, intymnych miejscach. I w kryminałach również próbuję korzystać z tej fascynacji, dotknąć sensu życia człowieka w pewnym pejzażu: doliny górskiej rzeki z wieżą kościoła górującą nad wsią, pomorskiej równiny ze skrzydłami wiatraków czy przepięknej wiosennej łąki pod Oświęcimiem, co było akurat moim udziałem. Sądzę, że czytelnikowi wtedy łatwiej uwierzyć moim bohaterom, identyfikować się z nimi, czuć to, co oni czują.

Powieści z dreszczykiem powinny się odpowiednio zaczynać i chwytać czytelnika za gardło już od pierwszej strony. Przyznam, że gdy zaczęłam czytać „Skowyt nocy”, trudno mi się było od niego oderwać. Główny bohater przybity do ściany podziemnego, zatopionego bunkra… Pisząc, trzyma się pan zaleceń i wytycznych czy raczej idzie na żywioł?

Trzymam się wytycznych, ale tylko na początku, ponieważ im dalej w las akcji, tym więcej drzew żywiołu. Pisanie straciłoby dla mnie wiele uroku, gdybym to tylko pisał, co wcześniej wymyśliłem. Umarłbym z nudów nad klawiaturą. Mówi pani o dreszczyku i chwytaniu za gardło… przyznam się, że ilekroć czytam ostatnie sceny między Krzyckim i Lalą, mam łzy w oczach. Inaczej mówiąc, uwiodłem sam siebie. Tak sobie jednak wyobrażam sens tworzenia literatury popularnej, gatunkowej, tej przeznaczonej dla tzw. masowego odbiorcy (nie lubię tego wyrażenia). Powinna pochłaniać, odrywać od życia na chwilę i przeciągać uwiedzionego czytelnika i czytelniczkę na drugą stronę kartki. Jeśli mi się to udało z panią i ze sobą samym, to już bardzo pięknie, to może z innymi również się uda. Przecież dlatego lubimy czytać!

Dzięki dwóm głównym bohaterom w pana trylogii analityczne podejście do kryminalnej zagadki łączy się z humorem. Andrzej Krzycki jest ponury i skuteczny, a Lucek Bałyś beztroski i dowcipny. Czy tworząc tę parę, wzorował się pan na znanych duetach, takich jak choćby Sherlock Holmes i doktor Watson?

Takich duetów jest wiele, Holmes i Watson to tylko początek. Kiedy wymyślałem moich bohaterów, byłem po lekturze Harlana Cobena, który stworzył taki fajny tandem Bolitar–Winwood. Bardzo lubię „Zabójczą broń”, skonstruowaną również na ciekawym i zabawnym duecie. U Chandlera, okropnie mrocznego i brutalnego, jest mnóstwo humoru. U Agathy Christie również… Humor jest potrzebny jako odskocznia, oddech, przerwa w napięciu, jako zaskoczenie. Kryminał wyłącznie mroczny jest za ciężki, można się zakryminalić na śmierć. A poza tym poczucie humoru to wyzwanie dla pisarza. Swego rodzaju test na inteligencję. (śmiech)

„Wejście policjantów do pogrążonego w żałobie domu jest równie zręczne jak wizyta kochanków panny młodej na weselu. Niby nic takiego, ale wszystkim głupio, łącznie z intruzami”. W „Skowycie nocy” jest mnóstwo celnych metafor i określeń, których trudno zapomnieć. Pana język jest wychwalany przez czytelników, wystarczy sięgnąć po opinie użytkowników lubimyczytać.pl. „Pióro tego autora to pod względem literackim najwyższa liga. Słowa się go słuchają jak psiaki dobrego pana”. „Krzysztof Zajas nie ogranicza się do snucia opowieści. On nią czaruje”. Czy takie recenzje dodają literackich skrzydeł?

Bardzo! Wprawdzie boję się czytać recenzje o sobie, ale chyba zacznę, bo to, co pani cytuje, jest wspaniałe! Piszcie mi tego jak najwięcej! W końcu lektura to ma być fun dla czytelnika. Prawda jest taka (uwielbiam tę frazę), że jak człowiek siedzi całymi miesiącami, sam, zgarbiony, z nosem wbitym w ekran laptopa – to często ma poczucie bezsensu i próżności swojej roboty. „Wziąłbyś się, chłopie, za coś pożytecznego, ogród byś skosił, psa zawiózł do weterynarza, wypromował jakiegoś doktoranta… a tu tylko ganianie, mordowanie, kopanie w czułe miejsca. Po co ci to?”. Takie fundamentalne zwątpienia. No więc (nie zaczynaj zdania od „no więc”) jak ktoś potem mówi, że coś fajnie napisałem, to ulga. Mówcie mi to, mówcie.

Krzysztof Zajas, autor kryminału Skowyt nocy

Kryminał to dość wdzięczny gatunek literacki. Z jednej strony dzięki wciągającej fabule i oferowanej rozrywce przyciąga bardzo wielu czytelników. Z drugiej można w nim umieścić różnorakie wątki, nawiązujące choćby do aktualnych problemów społecznych. W poprzednich książkach zawarł pan tematy związane z pedofilią („Z otchłani”), piractwem drogowym („Mroczny krąg”), Holocaustem („Oszpicyn”) czy niezawisłością sądów („Wiatraki”). Z kolei w „Skowycie nocy” czytelnik dowie się sporo o realiach pracy w policji.

Ja nie wiem, czy to są realistyczne realia. Korzystam z doniesień prasowych, opowieści samych policjantów, ale także z motywów kultury popularnej. Skoro postanowiłem napisać kryminał, to próbuję sobie uczciwie i według najlepszej wiedzy wyobrazić pracę głównych bohaterów, czyli policjantów. Z czym się taki śledczy zmaga? Jakie ma dylematy? Gdzie jest granica pomiędzy życiem prywatnym i służbowym? Ja wyglądają rozterki moralne stróża porządku, który się tyle zła ludzkiego naogląda, co żaden inny człowiek? Jak on to w ogóle wytrzymuje i co, kiedy przestaje wytrzymywać? Takie mam, powiedziałbym, wyobrażeniowe punkty wyjścia do konstruowania policyjnych bohaterów. Bo kryminał to niby czysta konwencja, ale jakoś dziwnie bliska naszym codziennym brudom i podłościom.

Reklama

Jak pan ocenia dzisiejszą kondycję kryminałów, także polskich?

Niewygodne pytanie. Jestem dosyć wymagającym czytelnikiem i przeciętność – a tej w literaturze kryminalnej sporo – mnie nie satysfakcjonuje. Streszczanie własnych czy cudzych pomysłów fabularnych potocznym językiem to jeszcze nie literatura. Ta wymaga figury, stylu, języka, a także wielkiej metafory czy alegorii, jak apelowała Olga Tokarczuk w wykładzie noblowskim. Myślę, że tu jest zawsze dużo do zrobienia, w tym przeniesieniu własnego w uniwersalne. Rzadka sztuka. Polski kryminał jest bardzo obfity, ale też mnóstwo w nim przeciętności. Ten czy ów dziennikarz albo autor bloga wyobraża sobie, że może napisać powieść, bo ma laptop i coś tam już publikował. Nie, to tak nie działa. Niektórzy czują ten fałsz i uciekają na przykład w obsceniczną wulgarność, co jeszcze gorsze. Nie wystarczy użyć pornografii, by stać się Houellebecqiem. Owszem, sprzedaje się, ale to jeszcze nie literatura, która jest trudną i wymagającą finezji materią. Ja jeszcze nie ośmielam się myśleć o sobie, że jestem pisarzem. Próbuję pisać i tyle.

A którzy autorzy są pana ulubionymi? W wywiadach często wspomina pan o Stephenie Kingu.

Bo w literaturze popularnej King jest najlepszy. Literackie zwierzę, jak lubię powtarzać. Na nim uczyłem się pisania, które wciąga, tej giętkości, dynamiki słowa, które dotyka świata, dokładnie przylega do rzeczy. Ale moi ulubieni autorzy to Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Hanna Krall, Andrzej Stasiuk… (śmiech) Ostatnio wróciłem do Dostojewskiego. Absolutna genialność! Gdybym miał coś poradzić początkującym pisarzom, powiedziałbym: uczcie się od najlepszych. Oprócz Dostojewskiego na pewno Tołstoj, Faulkner, Remarque, a w kryminale Chandler, Christie, Conan Doyle… Po prostu „Słownik pisarzy świata”.

Skoro „Skowyt nocy” to druga część trylogii, czytelnicy oczywiście zastanawiają się już nad jej ostatnią częścią. Co może pan o niej zdradzić? Czy prace nad nią już się rozpoczęły?

Tak, powstaje, na razie w notatkach i szkicach. Po dwóch tomach mamy jeden niezamknięty wątek Heike Liebner i jej zaginionej siostry. Od tego się właśnie rozpocznie ostatni tom: Pomorze w 1945 roku, Niemcy uciekają przed Armią Czerwoną, szesnastoletnia Gerda wraca do wsi po ukochanego psa, którego w ferworze ucieczki zostawili przy budzie… Jej losy wypełnią pierwszą część, natomiast w drugiej Andrzej Krzycki zostanie ściągnięty z powrotem na Pomorze, tak jak to sam przewidział na końcu „Skowytu nocy”. Stara Niemka siedzi w areszcie w Słupsku i z nikim nie chce rozmawiać oprócz mrukliwego inspektora z Krakowa. A ten przyjeżdża oczywiście z Luckiem… no dobra, wystarczy, reszta dopiero się napisze. Natomiast wiem, jaka będzie ostatnia scena! Lucek przynosi Andrzejowi suczkę w koszyku nakrytym serwetką. Ogłaszam konkurs na imię psinki!

Fot. otwierająca: Wydawnictwo Marginesy

Reklama

komentarze [24]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

176
13
21.01.2020 16:00

Zapraszam do dyskusji.


563
0
21.01.2020 17:56

Ciekawszy byłby kryminalista ubiegający się o profesurę.


3357
169
21.01.2020 19:05

Powinna nazywać się Wichura bo odkąd zaczelam czytać Zajasa mój świat uległ zmianie.
I naprawdę jego kryminały to jakieś tam pitu pitu ale ksiazki z emocjami. śmiem twierdzić że 2020 to rok Zajasa


1456
156
21.01.2020 19:05

Przyznaję się bez bicia, że jeszcze nic nie czytałam .... Chyba czas spróbować czy się rozsmakować ...


43
7
21.01.2020 21:33

Wiele wskazuje na to, że idealnie odpowiadam profilowi odbiorcy, dla którego pisze pan profesor. W moim przypadku właśnie kryminał idealnie sprawdza się jako antydepresant i odskocznia od rzeczywistości w najtrudniejszych chwilach.


43
7
21.01.2020 21:41

A propos imienia dla suni proponuję DUSZA (kiedy nabroi może być Duszka). Pozdrawiam.


0
1006
konto usunięte
22.01.2020 06:52

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


0
1006
22.01.2020 12:39

Faktycznie do Craiga podobny :)


1513
53
22.01.2020 23:10

W ogóle pan autor taki klasycznie męski jest, rzadkość wśród naszych rodzimych pisarzy kryminałów ;)


0
1006
23.01.2020 06:40

Nie no przecież jest pan Krajewski ze swoim aksamitnym głosem. W worku na głowie by robił nawet wrażenie i pan Chmielarz, pomimo rubensowskiej fryzury. A pan Wroński ma klasę i szyk, bo w sumie jest bardzo ważne.
To tak czysto fizycznie zestawiłam. Zauważcie, że nie umieściłam pana Mroza.


1513
53
23.01.2020 20:02

Mróz może jeszcze zmężnieje, dajmy mu czas ;)


0
1006
24.01.2020 04:59

A wiesz, dziadek mi kiedyś opowiadał, że za czasów jego młodości epitet 'przystojny' o mężczyźnie nie odnosił się do ładnej twarzy jak teraz? Przystojny mężczyzna był wysoki, mężny, 'postawny'. Na przykład aktor grający Janosika. Natomiast tzw. ładność nie była kryterium na plus u mężczyzny.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

1399
55
22.01.2020 08:17

Kryminały Krzysztofa A. Zajasa polecam. Najbardziej podobały mi się Wiatraki.


361
282
22.01.2020 09:04

Bardzo dobry, wyczerpujący wywiad- zachęca do sięgnięcia po kryminały Pana
Profesora, będące nowym objawieniem tego rodzaju literatury.
Całkiem cennej...:-))


176
13
22.01.2020 13:46

Dziękuję za miłe słowa i jak najbardziej zachęcam do sięgnięcia po książki!


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

1037
202
22.01.2020 09:57

dlaczego tak bezlitośnie spojleruje się że Lala zginie? "Skowyt nocy" nie tylko przede mną


zgłoś błąd