Muszę pozostać fanem, aby móc dalej pisać fantastykę. Rozmowa z Jakubem Ćwiekiem

Bartek Czartoryski
18.11.2019

Jakub Ćwiek to człowiek nieuchwytny, którego można złapać na każdym kroku. Że niby paradoksalne? Nie w przypadku osoby ciągle objeżdżającej kraj ze swoim stand-upem i wydającej pięć książek rocznie (no dobrze, trzy z nich to reedycje, choć przez autora niekiedy gruntownie przeredagowane), a przy tym nieprzerwanie komunikującej się z czytelnikami, choćby tylko za pośrednictwem transmisji na Facebooku i relacji na Instagramie. Z Kubą Ćwiekiem rozmawiamy o popkulturze, pisaniu powieści, świeżutkim drugim tomie „Stróżów” i byciu fanem. No i choć raz udało nam się nie zamienić ani słowa na temat Stephena Kinga.

[Opis wydawcy] Czy pozornie spokojne anioły mogą mieć na koncie diablo interesujące historie? I to wiele! Archiwa Wydziału Interwencyjnego Nadzoru Anielskiego aż trzeszczą od zagadkowych historii z różnych krańców świata.

Od nadmorskiego kurortu skrywającego przerażający sekret po miasto stworzone dla zabawy bogatych – wszędzie łopoczą anielskie skrzydła. Zwykle niosą wybawienie, ale czasem ich podmuch oznacza śmierć.

W tym tomie poznacie początki WINY i wspaniałej, choć szorstkiej przyjaźni Butcha i Zadry. Dowiecie się również, za co jedno z indiańskich plemion nienawidzi skrzydlatych. 

Oczywiście po raz kolejny zjawi się Kłamca – w samą porę, by namieszać, jak jeszcze nigdy wcześniej!

Nad szóstym tomem cyklu „Kłamca” serwis lubimyczytać.pl objął patronat medialny.

Bartek Czartoryski: Dzisiejsza popkultura to dla ciebie jedzenie na wagę czy fine dining?

Jakub Ćwiek: Raczej food court, gdzie znajdziesz, co chcesz, od fast foodu do restauracji firmowanej jakimś dużym nazwiskiem. Ale mam wrażenie, że bez względu na ten wybór, i tak wszyscy staną w kolejce do McDonalda albo którejś z innych popularnych sieciówek, co mnie boli.

A nie jesteś przypadkiem znany z tego, że nie dzielisz popkultury na lepszą i gorszą?

Powiem inaczej. Mam swoje rozgraniczenia, ale nie chodzi o obiektywnie pojmowaną jakość dzieła czy stwierdzenie, co jest lepsze, a co jest gorsze. Wychodzę z założenia, że jeśli twórca ma coś do powiedzenia i, po prostu, wykorzystuje ku temu środki związane z popkulturą, to jest to posunięcie dobre. Ale jeśli ktoś preparuje produkt na podstawie badań grupy fokusowej i zanim zacznie cokolwiek robić, to sprawdza, czego ludzie by chcieli, mamy wtedy do czynienia z popkulturą złą. Bez znaczenia są wtedy zalety formalne, stylistyczne i jakościowe. Myślę sobie, że podstawą tego wszystkiego jest to, że coś musi płynąć od twórcy do publiczności, a nie odwrotnie.

Reklama

Chyba opisałeś też przy okazji swoje podejście do uprawiania literatury.

Terry Pratchett powiedział kiedyś, że dopiero po napisaniu którejś tam książki odkrył, że istnieje coś takiego, jak fabuła, i bardzo mu się spodobało. I ze mną też trochę tak było. Z początku pisałem swoje teksty po to, że chciałem się pobawić formą i odniesieniami, które znałem, a fabuły wymyślałem pretekstowe. Było to przekuwanie tego wszystkiego, co było dla mnie oczywiste jako odbiorcy, na coś, co będę mógł wykorzystać jako twórca. Z czasem zacząłem korzystać z tych środków rozważniej, pisane przeze mnie historie stawały się coraz bardziej moje, lecz od samego początku chciałem spróbować konkretnego podejścia do czytelnika i nie sprawdzałem, czy mu się to spodoba, czy nie. Nawet jak miałem do czynienia z bestsellerem, którym okazał się „Kłamca”, to stwierdzałem, że okej, że mam już coś, co działa, czyli nadszedł czas spróbować czegoś nowego.

Popkultura stała się dla ciebie na pewnym etapie niejakim ciężarem?

Dopuszczam, że mogłaby się stać. Bo z czasem zauważyłem, że piszę również dla ludzi, którzy mają zupełnie inny krąg odniesień i inaczej postrzegają popkulturę. Nie oglądają aż tyle albo nie grają aż tyle. Przekonałem się już o tym, że nie istnieje uniwersalnie rozpoznawalna ikona, że nie wszyscy załapią nawiązania do Arnolda Schwarzeneggera. Jako twórca korzystający z popkultury muszę budować swoje opowieści tak, aby były one czytelne również bez jej znajomości. Mogę nią ubogacać fabułę czy rozbudowywać daną postać, ale nie mogę czynić z niej centrum, osi historii.

Czytelnicy rozpoznają, co masz wytatuowane na rękach?

Ludzie podchodzą do tego bardzo ostrożnie, boją się interpretować moje tatuaże. Nie każdy przecież rozpozna, że na tricepsie mam odznakę Mad Maxa, nawet jak zna filmy. Ale kiedy dla kogoś mój Bruce Lee jest anonimowym gościem, to może to być dla mnie jakiś tam weryfikator.

Czy dzisiejszej popkulturze potrzebne są jeszcze książki? Obaj przecież wychowaliśmy się przede wszystkim na filmach, a kultura XXI wieku, kultura obfitości i nadmiaru, gdzie tydzień to jak cała epoka i świat zawsze wyprzedza cię o odcinek serialu, zewsząd bombarduje nas tak intensywnymi bodźcami, że literatura wydaje się coraz mniej konkurencyjna.

Chyba coraz mniej chce nam się czytać, ale obwiniam za to rynek czytelniczy. Lecz zacznijmy od tego, że każde medium ma swoje wyróżniki, które są charakterystyczne tylko dla niego. Literatura daje nam możliwość przetwarzania tych wydrukowanych znaczków na indywidualne wyobrażenie i tylko czytanie oferuje nam podobne doświadczenia. Możemy być w dużym stopniu współtwórcami opowieści. Nie mamy co prawda wpływu na fabułę, lecz kształtujemy świat opowieści, korzystając ze swojej bazy wyobraźni. Film ani komiks tego od ciebie nie wymagają. I wypada podkreślać, co książka może nam dać wyjątkowego, bo coraz częściej staje się ona jedynie dodatkiem do czegoś innego. Dzisiaj bywa tak, że dopiero ekranizacja jest etapem końcowym snucia opowieści. Trochę niechcący zrobiliśmy z literatury medium, które, poszerzając możliwości rynkowe, zaczyna zatracać swoją wyjątkowość, staje się nijakie, szczególnie to gatunkowe i popularne.

A jego konstrukcja fabularna przypomina tę znaną z filmu czy serialu.

Tak. Spora część dzisiejszych pisarzy, łącznie ze mną, wychowała się na filmach i na swoje fabuły patrzy obrazami, które przetwarza na język. I to jest okej, o ile szuka się języka literackiego, aby te obrazy opisać. Ale to, o czym mówisz, zaczyna mi przeszkadzać, bo wszystko, co opóźnia fabułę, co rozbudowuje świat i pogłębia postacie, jest postrzegane jako zbędne. Autorzy przestają posługiwać się narzędziami literackimi, tworzą niejako skrypt i nadpisują to, czym zajmuje się na ekranie aktor. Książka staje się wzbogaconym scenariuszem, bo twórca zakłada, że prędzej czy później zjawi się ktoś, kto coś jeszcze kiedyś z nią zrobi. Ale nie, na tym nasza opowieść powinna się zakończyć. Niepotrzebny jest nam przecież jakiś pomost do filmu. A ta moda ciągnie się na tyle długo, że stała się standardem, na którym wychowuje się kolejne pokolenie czytelnicze.

Czyli pisarz staje się w tym układzie pośrednikiem pomiędzy czytelnikiem a innym medium.

Kiedy zaczynałem pisać swoje książki, tworzyłem fantastykę z pełną świadomością tego, że nie ma ona szans zostać zekranizowana, nie u nas. Zdawałem też sobie sprawę, że podejście do gatunku jest takie, a nie inne. Poza tym nawet jeśli ktoś chciałby nakręcić jakiś film, to i tak potrzebne środki będą poza jego zasięgiem. I to dało mi swobodę i lekkość. Ale teraz, gdy piszę również książki niefantastyczne, czasem faktycznie przychodzi mi do głowy, że to może być dobry czas, aby ktoś to sfilmował. Lecz nawet książka, nad którą pracuję, byłaby trudna do zekranizowania. Bo niby wszystko dałoby się łatwo zaadaptować, lecz istotną rolę odgrywa powódź. Kusiło mnie, żeby coś tam przyciąć i ułatwić robotę ewentualnym gościom od efektów, ale nie, pierwszą i najważniejszą rzeczą jest książka – ma ona powstać uczciwie. To filmowcy mogą sobie później kombinować. Nie można myśleć, jak przygotować grunt pod ekranizację. Nie jestem scenarzystą, tylko autorem powieści, który ma za zadanie bezpośrednio przekazać swoją historię czytelnikowi.

Ale „Szwindel” jest owocem twoich zainteresowań filmowych, prawda?

Fundamentem tej książki są jednak moje rozmowy z ludźmi i research książkowy, ale tak, moja fascynacja oszustami i kombinatorami nie zaistniałaby bez „Żądła” czy „Domu gry”, i ten rodowód filmowy jest zdecydowanie ważniejszy niż literacki. A historia ze „Stróżami”, których drugi tom [„Stróże: Brudnopis Boga” – przyp. red.] dopiero co się pojawił, jest jeszcze inna. Bo jedno z opowiadań z tej książki powstało ze scenariusza, który przyszykowałem na potrzeby serialu internetowego, który nam nie wypalił. Ale pomyślałem sobie, że opowieść jest dobra i mógłbym ją wykorzystać. Nie przygotowałem, rzecz jasna, beletryzacji scenariusza, tylko wykorzystałem pomysł zrodzony jako koncept scenariuszowy.

Reklama

Pozostanę przez chwilę przy terminologii filmowej, bo skojarzyło mi się, że twoje dwie premiery z tego miesiąca, czyli powtórne wydanie czwartego tomu „Kłamcy” oraz ten drugi odcinek „Stróżów”, to, jakby nie było, odpowiednio swoisty remaster i reboot.

Pierwotnie „Stróże” mieli być spin-offem, który chodził za mną bardzo długo, aż zaobserwowałem pewien genialny zabieg u J.J. Abramsa w „Star Treku”. Udało mu się stworzyć jednocześnie kontynuację i reboot. To był dla mnie fenomen. Nie miałem pojęcia, że tak w ogóle można. I zadałem sobie pytanie, czy ja również zdołam się na coś takiego zdobyć. Miałem już definitywny finał „Kłamcy”, ale dysponowałem lukami fabularnymi pomiędzy tomami. Zacząłem pracować nad historiami niekoniecznie powiązanymi z jednym bohaterem, aby pokazać ten świat trochę z boku i sprawdzić, co mi z tego wyjdzie. Czy uda mi się doprowadzić tę historię do punktu, kiedy nagle zrobię rewolucję. I okazało się, że mam na to pomysł. Jest to niby to samo uniwersum, ale na tyle przekształcone i przebudowane, na ile mi ten mój świat pozwala. Powiedziałem już, że kolejnego tomu „Kłamcy” nie będzie, ta historia się zakończyła, to zamknięty temat. Lecz „Stróże” pozwalają mi pójść w zupełnie inną stronę. Ale co się będzie działo po trzecim tomie? Nie mam pojęcia.

Z zapałem, jednym tchem mówisz i o pisaniu, i o popkulturze, lecz czy to nie jest tak, że im więcej tworzysz, tym mniej zostaje w tobie fana? Czy to jednak nie działa w ten sposób?

Miałem moment kryzysu, kiedy myślałem, że tak jest. Kiedyś lubiłem jeździć na konwenty i być tym autorem, który ciągle jest z czytelnikami. Na spotkaniu autorskim siedzę na krzesełku przed ludźmi, ale kiedy stamtąd schodzę, wszyscy stajemy się fanami. Tylko że to tak nie działa, jestem rozpoznawany jako ten po drugiej stronie barykady. Bo czym innym jest, jak kumple zrobią ci zdjęcie, gdy się schlałeś na imprezie, a czym innym, kiedy jesteś mikrocelebrytą. I myślałem, że straciłem ten status fana, kiedy stałem się twórcą. Ale tak nie jest. Rokrocznie jeździmy do San Diego i tam znowu jestem anonimowy, pośród swoich idoli, mogę być fanem, a ludzie nie mają pojęcia, kim jestem, i mogę sobie z nimi porozmawiać o popkulturze. Ten wyjazd jest mi niezbędny.

Dla higieny umysłowej?

Tak. I dla higieny bycia fanem. Bo gdybym przestał nim być, to nie mógłbym napisać już nic fantastycznego. Moja fantastyka wypływa bezpośrednio z tego, że byłem, że jestem fanem i toczyłem dyskusje o popkulturze. To, co napisałem ostatnio na Facebooku o „Terminatorze” i mojej teorii odnośnie do Johna Connora, zamieściłem w nowej książce, bo to powieść o łebkach takich jak ja, którzy w latach dziewięćdziesiątych gadają o kinie. A prałem się w życiu z kumplami o filmy częściej niż o dziewczyny. Stąd ten pierwiastek muszę pielęgnować, bo stanę się wyrobnikiem.

Czasem niektórzy komentujący twoje zdjęcia z Comic-Conu wydają się oburzeni, że robisz sobie selfie z gwiazdami. Argumentują, że pisarzowi nie wypada pozycjonować się jako fan.

Powiem tak, mój stosunek do Borysa Szyca był generalnie neutralny, ale kiedy poleciał na galę oscarową i porobił sobie zdjęcia z gwiazdami, zyskał moją ogromną sympatię. Bo jaki może być lepszy dowód na skromność artysty, który jedzie promować ważne dla siebie dzieło, a cyka sobie fotki ze swoimi idolami, gwiazdami większymi od siebie? Bycia fanem nie należy się wstydzić. To jakby wstydzić się romantyzmu, tego, że się kogoś kocha, wstydzić się emocji. I dla wszystkich tych, którzy mówią, że czegoś tam mi nie wypada, mam mniej lub bardziej niecenzuralną wersję „wal się”. To smutni ludzie, którzy na coś tak cudownego, jak pasja, próbują nałożyć kaganiec.

Zdjęcie otwierające: Tomasz Pluta

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

40
0
18.11.2019 11:32

Zapraszam do dyskusji.


554
0
18.11.2019 15:25

Jego stand up to też przeruchane na wszelkie sposoby rzeczy, które widział w kinie albo Internecie?


3714
3476
18.11.2019 15:56

Bardzo są dla mnie jego książki ,nie równe.Od fajnych po bardzo słabe.


1315
32
22.11.2019 15:45

Jakub Ćwiek to pisarz, którego lubię, ale nie czytałam żadnej jego książki. Jakoś do mnie nie przemawiają. Znam go z aktywności internetowej, artykułów w Nowej Fantastyce i wywiadów - i to wystarczy.


98
3
24.11.2019 19:10

Mimo swej wieloletniej popularności, dla mnie Ćwiek jest pisarzem nowym. I muszę przyznać że po bardzo przeciętnym “Kłamcy 1", kolejne tomy podobają mi się coraz bardziej. Nie mogę się już doczekać co znajdę w tomie 4!
Zaś co do kondycji literatury jako medium, o którym również mowa w wywiadzie: zgadzam się ze literatura jest nam potrzebna i nienie możemy dac jej umrzeć....

więcej

1370
35
25.11.2019 15:23

https://www.youtube.com/watch?v=FNm9V6MBow4 Polecam w nawiązaniu do "Stróżów"! \m/


zgłoś błąd