Ścinki z notatnika #1: Łabędź a sprawa Polska

Krzysztof Piskorski
05.03.2014

Od czego lepiej zacząć mój pierwszy tekst dla Lubimy Czytać, niż od tematu, po który fani książki lubią sięgać przy każdej okazji. A jeśli ktoś mi zarzuci, że chwytam nisko wiszący owoc, to mam podwójne usprawiedliwienie: po pierwsze sam jestem fanem książek, po drugie: autorzy felietonów są lepszymi specjalistami od nisko wiszących owoców od zawodowych zbieraczy poziomek.

Moim zdaniem jest dwóch pretendentów do tytułu najczęściej poruszanego tematu książkosfery. Pierwszy to sprawa tego, jak upada czytelnictwo i jak ludzie (ale nie my) mało czytają. Drugi, z mojego doświadczenia jeszcze popularniejszy, to temat książek, które nie powinny być popularne, a jednak są, bo jacyś ludzie (znowu nie my) windują je na szczyty list bestsellerów.

Czasem te dwa tematy zderzą się w nuklearnej fuzji, generując coś o temperaturze i promieniowaniu niedawnej rozmowy na temat literatury środka w Polsce. Mówię o historii, która zaczęła się artykułem stwierdzającym, że autorka taka jak Alice Munro nie miałaby nad Wisłą szans. Łańcuch polemik i nawiązań szybko rósł. Kinga Dunin zastanawiała się, dlaczego tej polskiej Munro nie ma, inni dyskutowali czy jesteśmy rynkowym wygwizdowem, a jeszcze inni – dlaczego literatura popularna jest w Polsce deprecjonowana.

To ostatnie szczególnie ciekawe wygląda w świetle artykułu w pachnącym jeszcze farbą magazynie „Książki”, który leży przede mną. Eliza Szybowicz znęca się tam nad nową powieścią Anny Ficner-Ogonowskiej z brutalnością geparda polującego na świnkę morską z pokrzywionymi łapkami.

Nie winię recenzentki, bo załamywanie rąk nad bestsellerami o dyskusyjnych walorach to – jak wspomniałem – tematyczny evergreen. Gdy poznaje się para bibliofilii, sięgają po niego często w pierwszej kolejności, jakby musieli potwierdzić, czy są na pewno z tego samego obozu. Co ciekawe, podobnym rozmowom zwykle towarzyszą zwroty w stylu: bo wiesz, przeczytałem sobie tak dla żartu. Albo: bo chciałem zobaczyć o czym taki szum. Ewentualnie: bo zajrzałem przypadkiem. Nie jestem bez winy. Też przeczytałem „Kod Leonarda da Vinci”, bo leżał otwarty na podłodze, a ja przewróciłem się, upadłem w niego twarzą, a potem jakoś poszło.

I dlatego właśnie to bestsellerami chciałbym się zająć w pierwszej kolejności. W ich temacie najbardziej fascynuje mnie to, ile razy dany pomysł musi zaistnieć w różnych inkarnacjach, nim obrodzi sukcesem. Przed „Zmierzchem” było wiele powieści o nastolatce zakochującej się w wampirze (choćby „The Silver Kiss” Anette Curtis Klause), przed Harrym Potterem była „The Worst Witch” Jill Murphy oraz „Wizard’s Hall” Jane Yolen, których nikt nawet nie zechciał przetłumaczyć na polski. A przed „Pięćdziesięcioma twarzami Graya”… no cóż, wśród 125 tysięcy książek dostępnych na Amazonie w kategorii romans współczesny, fanki E. L. James znalazłyby równie emocjonujące lektury.

Oczywiście każdy, kto zajmował się antropologią kulturową, powie, że to nic dziwnego. Od początku świata opowiadamy sobie w kółko te same historie, zmieniając tylko imiona, dekoracje, nazwy krain. Cambellowski „bohater o tysiącu twarzy” zostanie z nami na zawsze, niezależnie od tego czy przybierze kostium sprawiedliwego rewolwerowca, rycerza Jedi, Śiwy czy Chrystusa. Podobnie przysłowiowa Mary Sue – perfekcyjnie pusta bohaterka, spotykana w prozie kobiecej i młodzieżowej, w którą każda czytelniczka wsunie się jak w rękawiczkę pokrytą smarem prostych potrzeb emocjonalnych.

Ale skoro na rynku istnieje tyle podobnych do siebie historii, to co sprawia, że jedne giną na tysięcznej stronie internetowych księgarni, a inne trzeba dowozić ciężarówkami? Tu właśnie wchodzimy w arcyciekawe, opisane przez naukę zjawisko. Otóż wszystkie zaskakująco popularne powieści o wampirach czy niespełnionych seksualnie rekinach biznesu można upchnąć pod wdzięczną, wspólną nazwą: „czarne łabędzie”.

#####

Sama nazwa wzięła się z ekonomii, a służy do opisywania zjawisk, których nie jest w stanie przewidzieć ani wyjaśnić konwencjonalna wiedza lub analiza techniczna. Ale ja pierwszy raz zobaczyłem ją czytając pracę Nassima Nicholasa Taleba pod tytułem „The Roots of Unfairness: the Black Swan in Arts and Literature” („Korzenie niesprawiedliwości: czarny łabędź w sztuce i literaturze”). Artykuł można znaleźć w sieci i bardzo go polecam, podobnie jak późniejszą książkę Taleba zatytułowaną właśnie „Czarny Łabędź”.

We wspomnianym artykule, Taleb próbuje znaleźć naukową odpowiedź na pytanie, dlaczego spośród tysięcy podobnych artystów jeden może nagle zyskać kosmiczną sławę i tłumy fanów. Jest tam trochę analizy statystycznej, socjologii, kolorowych wykresów. I jedna, bardzo ciekawa konkluzja. Otóż im lepszy jest przepływ informacji w danym systemie, tym mocniej uwidacznia się efekt „zwycięzca bierze wszystko”; tym większa część rynku trafia w ręce bardzo nielicznych czarnych łabędzi.

Nic dziwnego. Ludzie epoki internetu widzą od razu, że czarny łabędź to w zasadzie wiral. Ale nie taki z niewinnym pyszczkiem shiba inu czy naburmuszonego kota, tylko wiral kulturalny, bardziej trwały, żarłoczny, wsysający do środka swojej narracji miliony czytelników, a potem jeszcze dziesiątki milionów widzów nieuchronnych ekranizacji.

Taki sukces bywa przerażający i niespodziewany nawet dla samego twórcy. Nikt nie wie o tym lepiej, niż Dong Nguyen, 29-letni programista z Wietnamu. W połowie 2013 roku wrzucił do App Store oraz Google Play bardzo wtórną i niedopracowaną grę – „Flappy Bird”. Z początku utonęła, jak 99,9% aplikacji w obu sklepach. Ale w styczniu 2014 wystrzeliła w górę z taką siłą, że stała się na parę tygodni najpopularniejszą aplikacją mobilną na świecie, zaś Dong zaczął zarabiać dziesiątki tysięcy dolarów dziennie. Przynajmniej do czasu, gdy wycofał „trzepoczącego ptaszka” ze sprzedaży, bo miał dosyć popularności. Niestety, taki ruch nie mieścił się w głowach ludziom z zachodniej kultury, gdzie sukces jest święty. Na Twitterze posypały się groźby śmierci nie tylko od fanów gry, ale także od osób, które nie mogły sobie wyobrazić, jak można dobrowolnie odrzucić zarobki i sławę…

Nie wiem, co bardziej mnie zafascynowało: historia Nguyena jako modelowy przykład czarnego łabędzia, czy to, jak zareagowali na nią poważni twórcy z branży gier, którzy poświęcili całe życie doskonaleniu sztuki, zbierali fundusze, składali utalentowane zespoły, a mimo to żaden nie otarł się o podobny sukces.

Ci wszyscy ludzie, śledząc krótką, ale bardzo stromą trajektorię gry Flappy Bird, która zupełnie jak jej bohater prędko zaryła w ziemię, poczuli dokładnie to, co czują pisarze, gdy historyjka rodem z bloga staje się nagle mega-bestsellerem – jak to widzieliśmy w ostatniej dekadzie przynajmniej kilka razy.

#####

Krótko mówiąc: poza Top 10 App Store oraz Google Play, poza Top 100 Amazona jest już tylko wąziutki pasek umiarkowanych sukcesów, za którym rozciąga się gigantyczny cmentarz poległych pomysłów. Podobnie jak poza Top 20 Empiku. Rozmiar tego ostatniego cmentarza mniej-więcej znamy. Według raportu Polskiej Izby Książki, w 2012 ukazało się u nas 34 147 tytułów przy średnim nakładzie 2329 egzemplarzy. Mediany nikt nie liczy, a szkoda. Oddałaby sytuację jeszcze lepiej, schodząc jakoś tak do tysiąca egzemplarzy. Czyli – dziesiątki tysięcy autorów sprzedających prawie nic, a po drugiej stronie kilkusettysięczne nakłady zaledwie paru osób.

„Zwycięzca bierze wszystko”, a resztę gryzą psy. Dokładniej: gryzie ich poczucie niesprawiedliwości, oraz krzywdy, zupełnie jak nominowaną do nagrody Nike pisarkę, która na Facebooku wylewała żale nad kwotą 6800 złotych za 16 miesięcy ciężkiej pracy. Albo jak brytyjską autorkę kryminałów Lynn Shepherd, która wprost zasugerowała J. K. Rowling, by ta przestała pisać, bo zajmuje zbyt wiele rynku i ściąga na siebie zbyt wiele uwagi mediów. Obie panie w rzeczywistości próbują kłócić się z matematyką, która jest nieubłagana. Jeden procent bierze trzy czwarte tortu. Reszta walczy o okrawki.

Nie jest to wcale zjawisko charakterystyczne dla naszego rynku. Gdy wczytamy się w zachodnią publicystykę na temat książek, zauważymy, jak często wskazuje się tam na postępującą zagładę „mid-list writerów”, czyli autorów średniej wagi. Przetrzebia ich stratyfikacja rynku opisana w artykule Taleba, przetrzebia coraz bardziej matematyczna metoda optymalizowania miejsca na półkach księgarskich, krótki czas życia nowości i brak wznowień. Wreszcie, przetrzebia ich technologia, zarówno ta ułatwiająca przesyłanie informacji między czytelnikami na całym świecie (a więc i błyskawiczne rośnięcie literackich „śnieżnych kul”), jak ułatwiająca publikowanie dosłownie każdemu.

Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to przedziwne, technologia przyłożyła rękę do erozji literackiego rynku środka. Nawet te aspekty, które teoretycznie miały ułatwić życie artystom, okazały się obusieczne. O zaletach np. self-publishingu może kolorowo opowiadać Hugh Howey, który sprzedał pół miliona e-booków wydanej własnoręcznie powieści „Wool” („Silos”). Jednak inne zdanie usłyszelibyśmy od pozostałych samopublikujących się amerykańskich autorów, którzy w 2012 roku wydali 321 000 książek. Poza Howeyem i garstką wybrańców większość sprzedała maksymalnie setkę egzemplarzy, głównie wśród przyjaciół i rodziny.

Można oczywiście myśleć, że Howey był po prostu lepszy, niż te 321 000, ale to myślenie bardzo naiwne. Każdy wydawca na świecie wie, że nie ma czegoś takiego, jak łatwo identyfikowalne DNA bestsellera. To znaczy wiadomo dość dobrze jakich cech bestseller nie może absolutnie mieć, a jakie powinien posiadać. Ale nie ma żadnej metody na wyłowienie spośród wielu tysięcy pozycji spełniających te wymogi następnego wielkiego hitu. Stąd większość łabędzi przelatuje zawodowcom przed nosem, jak odrzucona w dwunastu wydawnictwach Rowling czy odrzucona przez czternastu kolejnych agentów Meyer.

Co ciekawe, ten właśnie „mid-list writer”, w Polsce zabity podwójnie (bo działają wszystkie mechanizmy z zachodu, a jeszcze rynek jest mały i na dodatek w większości zajęty przekładami), to właśnie osoba, która miałaby pisać polskie „prawdziwe powieści”, których nieskutecznie wypatruje na horyzoncie Kinga Dunin. Czyli rzeczy nie za artystyczne, nie za komercyjne, takie w sam raz…

Czy nie jest dziwne, że brak literatury środka sprzęga się nam pięknie z brakiem rynku środka, a to jeszcze – z technologią, matematyką, statystyką?

Niestety, takich zmian nie da się odwrócić. Szumiące wentylatory serwerów światowej sieci nie okazały się bitową marsylianką, przynoszącą twórcom równość, tylko wiatrem, który dmucha w skrzydła nielicznym czarnym łabędziom. A reszcie – głównie w twarz.

A jakiś pozytyw? Przynajmniej dzięki temu, gdy fan książki z fanem książki się spotka, mają na co wspólnie ponarzekać.

No a autorzy „średniopółkowcy” mają o czym pisać pesymistyczne felietony zaraz po Światowym Dniu Pisarza.

______________________________________________________________
Krzysztof Piskorski - urodzony w 1982 roku pisarz z Wrocławia, który zaczynał karierę jako twórca fantastyki oraz gier fabularnych. Dwukrotnie nominowany do nagrody literackiej im. Janusza A. Zajdla. Zdobywca złotego wyróżnienia nagrody im. Żuławskiego, laureat europejskiej ESFS Encouragement Award. 

Reklama

komentarze [27]

Sortuj:
165
2
07.03.2014 16:53

To ja tu sobie "Cienioryt" czytam, a tu bach! i taki tekst autora - błyskotliwy.

To trzeba tego wydawcę od Cieniorytu o dodatkowy marketing męczyć, toż to bardzo dobra książka. Niech ludzie się dowiedzą!


110
2
07.03.2014 16:26

"Każdy wydawca na świecie wie, że nie ma czegoś takiego, jak łatwo identyfikowalne DNA bestsellera. To znaczy wiadomo dość dobrze jakich cech bestseller nie może absolutnie mieć, a jakie powinien posiadać. Ale nie ma żadnej metody na wyłowienie spośród wielu tysięcy pozycji spełniających te wymogi następnego wielkiego hitu. Stąd większość łabędzi przelatuje zawodowcom przed...

więcej

538
3
06.03.2014 21:53

Dobrze napisane. Dlaczego jeszcze nic Piskorskiego nie czytałam? Czas uzupełnić półkę "chcę przeczytać" i "przeczytane".


523
306
06.03.2014 12:45

Wiem, że wypowiem się nie do końca na temat, ale jestem zachwycona "Cieniorytem" pana Piskorskiego (nadal czytam, jednak w zawrotnym tempie) i tym milej było mi czytać ten artykuł.

Gratuluję talentu i czekam na kolejne niesamowite książki!


100
7
06.03.2014 11:21

Podoba mi się. Artykuł oddaje wszystkie odczucia zagubionych w możliwościach wyboru świadomych czytelników.


994
161
06.03.2014 11:11

Do zjawiska opisanego w artykule pasuje też tak zwana "zasada Pareto" 20% książek generuje 80% przychodów. Czy też innymi słowy zagarnia 80% rynku.

Jakoś Pottera nie przeczytałem, ani Zmierzchu, więc nawet nie mogę o nich podyskutować :-( Za to nie wstydzę się czytania różnych innych mało ambitnych lektur. Książka nie musi być poważna, ani nawet mądra, ma mnie bawić...

więcej

1155
7
06.03.2014 11:09

Niestety rynek nie jest wyznacznikiem tego, co dobre. Dobre pod względem literackim oczywiście. Z pisarzy, którzy się dobrze sprzedają to dobrze się czyta Marqueza czy paru innych, ale z pisarzy, którzy sprzedają się NAPRAWDĘ dobrze... no nie wiem, da się w ogóle coś z tego czytać? Moja współlokatorka słuchała swego czasu audiobooka "Pięćdziesięciu twarzy Greya", to...

więcej

503
344
06.03.2014 10:36

Jeśli mierzyć artykuł skalą niedosytu, który pozostawia, to w tym przypadku jest to 10/10.


98
24
06.03.2014 09:55

"Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę", nasuwa się samo po przeczytaniu artykułu.
Rynek wydawniczy w Kraju Nad Wisłą to jedna Wielka Tajemnica.
Zagadkowe mechanizmy powodujące, że dana pozycja jest na szczycie, a o innej równie dobrej się nie mówi (czytaj promuje).
Magiczne zasady wybierania książek przez wydawców.
Cyfry, liczby, statystyki - Magia.
Jedyna nadzieją...

więcej

2796
232
06.03.2014 09:53

To zabawne, że teoria, która w zamyśle autora miała nas powstrzymywać przed racjonalizowaniem i 'wyjaśnianiem' niespodziewanych wydarzeń jest w tym felietonie użyta właśnie do racjonalizowania przyczyn porażki i sprowadzona do roli plasterka na zranione ego tych, którzy są poza top 20 ;)


zgłoś błąd