Jak cię widzą, tak cię kręcą, czyli pisarze na ekranie

Bartek Czartoryski
21.12.2019

Nudne jest życie pisarza. Niekończące się sesje przy komputerze, ewentualnie maszynie do pisania, odciski od klawiatury, nużące spotkania autorskie i konieczność wymyślania coraz to nowych odpowiedzi na stare pytania, piekło researchu i nerwowe wyglądanie sprawozdań z wydawnictwa, czy aby zeszła chociaż część nakładu. A może jest zupełnie inaczej? Splendor literackich nagród, topki sprzedażowe, interesujący rozmówcy przychodzący po wywiady, zaproszenia z telewizji, wysokie honoraria autorskie i tak dalej, i tak dalej. Chyba że życie literata to jedno i drugie. Zresztą sama literatura niejednokrotnie próbowała na to pytanie odpowiedzieć, bo i pisarze są sobą, a jakże, niezwykle zainteresowani.

Jak cię widzą, tak cię kręcą, czyli pisarze na ekranie

Lecz nie zajmują mnie dzisiaj wszystkie te autotematyczne dzieła, tylko spojrzenie szklanego obiektywu kamery filmowej, niezupełnie obiektywne i na pewno nieobojętne, ale jednak rzut oka na tę robotę z perspektywy innego medium wydaje się co najmniej ciekawe. Bo kino przyczynia się do budowy pisarskiego mitu nie mniej niż książki (i social media), z życiorysu statystycznego literata najczęściej czyniąc… horror.

I gdy tak o tym myślę, to pewnie mógłbym kawał tego tekstu zawalić filmowymi adaptacjami prozy Stephena Kinga, co chyba nie powinno nikogo dziwić, bo przecież amerykański król literatury grozy bohaterem swoich opowieści najczęściej czyni, cóż, samego siebie. Bo pisarza mamy i na kartach „Lśnienia”, i opowiadania „Sekretne okno”, i „Mrocznej połowy”, a to bynajmniej nie koniec, długo by jeszcze wymieniać. Ale ja skupię się na „Misery”, bo z całej filmografii powiązanej nazwiskiem Kinga, to bodaj projekt Roba Reinera mówi najwięcej o pracy twórczej, i to zupełnie inaczej niż zwykle bywa. Pomijając już nawet samo zagadnienie psychologicznej relacji pomiędzy fanem a pisarzem, to aby przeżyć, więziony przez fanatyczną czytelniczkę swoich powieści romansowych Paul Sheldon musi napisać dalszy ciąg, stając się tym samym istnym odpowiednikiem legendarnej Szecherezady. Bo zwykle filmy traktują przecież o niemocy, o braku weny i próbach rozbudzenia muz. Ba, niejaki Gil Pender z „O północy w Paryżu” nie może zacząć swojej pierwszej powieści, a Woody Allen zdaje się twierdzić, że naszą opoką są klasycy pióra i u nich należałoby szukać odpowiedzi. Czasem lepiej spojrzeć przez ramię, zamiast ciągle patrzeć przed siebie. Choć, oczywiście, mogę się co do interpretacji filmu mylić. O pisarskiej blokadzie opowiada też „Barton Fink” braci Coen, mroczna, acz satyryczna wiwisekcja Hollywood, gdzie tytułowy bohater, dramaturg z niemałymi ambicjami, przenosi się do stolicy kina i próbuje swoich sił jako scenarzysta. A raczej próbuje próbować. I tu można płynnie przejść ku tematowi chałtur.

Istnieją bowiem co najmniej dwa znakomite filmy, które poruszają ten temat, aby odbić się od niego i przejść do rzeczy „większych”. Arcydzieło Billy’ego Wildera „Bulwar Zachodzącego Słońca” to historia pisarzyny Joego Gillisa, który utrzymuje się z bzdur i bzdurek. Aż dostaje zlecenie poprawienia scenariusza filmu napisanego przez dawną gwiazdę ekranu. I choć na pierwszy rzut oka poznaje, że to szmira i grafomania, zlecenie bierze, bo jest z tego kasa. Oto miejsce, do którego dotarł niejeden pisarz – i nie tylko. Dyskusja o tym, gdzie przebiega granica pomiędzy merkantylnym rzemieślnictwem a sztuką jest przecież stale aktualna i zapewne drodzy czytelnicy tego tekstu nie raz i nie dwa wykłócali się na ten temat z interlokutorami o odmiennym zdaniu. Z kolei inny chałturnik, bezimienny ghost writer ze świetnego „Autora widma” Romana Polańskiego, trafia zlecenie, jakich mało, bo ma spisać pamiętnik brytyjskiego premiera, lecz, jak każą prawidła porządnego dreszczowca, odkrywa przy tym niewygodną prawdę i staje się celem sił rządzących światową polityką. Pisarz, stając się bohaterem filmu sensacyjnego, musi zdecydować o tym, czy ujawnić zdobyte informacje kosztem, być może, swojego życia, czy raczej spasować. Prawdziwe życie chyba jednak dość rzadko stawia literatom podobne dylematy.

Kolejnym częstym motywem przewijającym się przez filmy o pisarzach jest nierzadko utożsamiany ze specyfiką ich eremickiej pracy alkoholizm. Inny film Billy’ego Wildera, „Stracony weekend”, opowiada o zmaganiach Dona Birnama, utalentowanego, acz niepotrafiącego zapanować nad swoim życiem pisarza, który błędnie uważa, że butelka to jego sprzymierzeniec zdolny rozpalić dawno utraconą kreatywność, i rozpoczyna kilkudniowy cug. Jak się jego próba skończy, nie zdradzę. Podobnie też nie powiem nic o finale słynnej „Adaptacji”, pysznie napisanym przez Charliego Kaufmana filmie mówiącym niejako… o nim samym, bo bohaterem jest jego imiennik, scenarzysta usiłujący ukończyć scenariusz. O ile jednak jego celuloidowe alter ego to człek starający się pozostać wierny swoim ambicjom, o tyle Donald, brat bliźniak, ufa jedynie komercyjnym rozwiązaniom, które zapewnią mu gotówkę. Stąd jest to również film o konflikcie postaw, ale nie tylko. Lecz rozplątywanie tej iście labiryntowej intrygi pozostawiam wszystkim chętnym, bo „Adaptacja” to rzecz kompleksowo mówiąca o pisarskim żywocie.

Na tym, bynajmniej, nie koniec, bo przecież są i inne filmy, całe ich mnóstwo, umyślnie też pominąłem biografie, gdyż bardziej interesowało mnie, jak mówiłem, spojrzenie kina na osobę pisarza, a nie historie prawdziwe o magikach pióra. Nie znaczy, że taki „Capote” albo „Koniec trasy” to filmy niewarte uwagi, wprost przeciwnie. Co więcej, zaledwie wczoraj miała miejsce jeszcze jedna potencjalnie ciekawa premiera kinowa, szczególnie dla mnie, bo przyszło mi w życiu tłumaczyć książki i komiksy, a „Kod Dedala” opowiada o ludziach parających się tym niewdzięcznym zajęciem. Mało tego. Historia odciętych od świata tłumaczy, przekładających nadchodzący bestseller na swoje języki, jest oparta na faktach. Oczywiście nie wszystko pójdzie po myśli zainteresowanych, bo to, jakby nie było, thriller. Ale jak powszechnie wiadomo, praca tłumacza to czysta adrenalina, ciągłe słowa uznania i sama radość. A może jest zupełnie inaczej?


komentarze [7]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

40
0
20.12.2019 18:10

Zapraszam do dyskusji.


6705
344
21.12.2019 14:26

Nie widzę żadnego filmu o pisarkach. Przypadek?

Warto też wspomnieć o świetnej "Prawdziwej historii" w reżyserii Romana Polańskiego na podstawie powieści Delphine de Vigan  Prawdziwa historia Prawdziwa historia

Mamy statystycznie więcej filmów o pisarzach, które nie są horrorami. Kilkanaście...

więcej

295
69
21.12.2019 21:26

Bardzo ciekawe zestawienie, będę musiał sprawdzić. I ja również bym dorzucił coś od siebie. Począwszy od polskiego rynku, chociażby film na podstawie  Pod Mocnym Aniołem Pod Mocnym Aniołem o tym samym tytule w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego nie dość że przedstawia pisarza z bardzo...

więcej

6705
344
22.12.2019 20:28

Starałam się nie wybierać filmów klasycznie biograficznych, tylko o czymś jeszcze.

A z biograficznych (lub z wątkami biograficznymi) dorzuciłabym jeszcze:
- Capote, reż. B. Miller,
- Wojaczek, reż. L. Majewski,
- Na śmierć i życie, reż. J. Krokidas (mamy tu postaci Williama S. Burroughsa, Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga),
- Sylvia, reż. Ch. Jeffs,
- Hemingway i...

więcej

173
13
22.12.2019 21:03

Jeśli chodzi o filmy oparte o biografie prawdziwych pisarzy, to warto wspomnieć jeszcze "Na śmierć i życie" (Daniel Radcliffe jako Allen Ginsberg, Jack Huston jako Jack Kerouac, Ben Foster jako William Burroughs). A także "Zakochanego Szekspira" - staroć, bo sprzed 21 lat (!), ale jednak zdobywca 7 Oskarów ;) W roli Szekspira Joseph Fiennes, czyli Fred z serialowej...

więcej

Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

1858
1232
22.12.2019 07:09

Kojarzę film o Sylvii Plath, film o Agacie Christie i film o Wojaczku.


81
31
24.12.2019 19:23

Lubię filmy (polecam mega niepopularny Cool surface, stary ale dla mnie całkiem spoko), czy też seriale (znam jeden, ale za to jaki!) o pisarzach. Książek żadnych chyba jeszcze nie czytałam o tym zawodzie.


zgłoś błąd