Powrót na Księżyc

Marcin Zwierzchowski
30.11.2019

Za życia większości z nas upowszechnić się powinny (i stanieć) komercyjne loty na Księżyc. Miasta na Srebrnym Globie z wielkim prawdopodobieństwem powstaną jeszcze w tym stuleciu. Jak będą wyglądać? Odpowiedzi dostarczają autorzy SF.

Nauka i science fiction od zawsze były ze sobą niezwykle silnie związane. Literatura czy kino SF z definicji przyglądają się rozwojowi nauki i czerpią z niej inspirację. Jeżeli jednak chcieć inaczej opisać tę relację, można powiedzieć, że SF i nauka idą razem do przodu, trzymając się za ręce – raz prowadzi jedno, raz drugie, chwyt jest jednak mocny, a w ostatnich latach wręcz się zacieśnia.

Powszechną praktyką jest już zatrudnianie twórców fantastyki naukowej jako konsultantów w tak zwanym foresighcie biznesowym, czyli budowaniu modeli przyszłości na określonych polach, by firmy mogły lepiej planować długofalowe działania. Robią to takie potęgi, jak Nike, Ford czy Boeing, a ostatnio głośno było o ruchu francuskiego wojska, które ogłosiło plany zatrudnienia czworga-pięciorga twórców fantastyki naukowej. Zadaniem tak zwanej Red Team ma być obmyślanie możliwych przyszłych zagrożeń, co pozwoli wojskowym być gotowym na najróżniejsze scenariusze.

Reklama

Twórcy oferują w takim układzie biznesowi i rządom nie swoje zdolności „wróżbiarskie”, ale inspirację – tak jak choćby „Star Trek” nie „przewidział” telefonów komórkowych czy wideokonferencji, a „Raport mniejszości” interfejsów sterowanych ruchem dłoni, ale raczej przyszli wynalazcy obejrzeli te dzieła i postanowili spróbować wcielić w życie to, co zobaczyli.

Przykładem takiej relacji, gdzie fantastyka inspiruje rzeczywistość, a następnie postęp w realnym świecie karmi wyobraźnię kolejnych twórców, jest podróż człowieka na Księżyc. W XIX i XX wieku tacy twórcy, jak Juliusz Verne („Z Ziemi na Księżyc”, 1865; „Wokół Księżyca”, 1869), H.G. Wells („Pierwsi ludzie na księżycu”, 1901) czy filmowiec Georges Méliès („Podróż na Księżyc”, 1902), otworzyli nasze umysły na możliwość wyprawy na Srebrny Glob, zaproponowali (z dzisiejszej perspektywy – zabawne) metody dotarcia tam, a także wizje życia na satelicie Ziemi. Jest tu i wątek polski, bo w latach 1903–11 ukazywała się tak zwana „Trylogia księżycowa” Jerzego Żuławskiego, zapoczątkowana powieścią „Na srebrnym globie. Rękopis z Księżyca”, zekranizowaną pod koniec lat 80. (choć kręconą w latach 70.) przez Andrzeja Żuławskiego.

Jednakże to zwłaszcza Verne i Wells mogą czuć się tu ojcami późniejszego sukcesu z 1969 roku, bo właśnie ich prozą inspirowali się najważniejsi dla technologii rakietowej naukowcy: Konstanty Ciołkowski, Hermann Oberth i Robert Goddard (w jego przypadku o wyborze kariery związanej z podróżami kosmicznymi zadecydowała lektura „Wojny światów”). To im zawdzięczamy projekty pierwszych rakiet, ale sam pomysł na taki, a nie inny pojazd kosmiczny nie zrodził się w ich głowach, ale w umysłach protoplastów science fiction. Naukowcy więc „jedynie” przenieśli pomysły z kart powieści na deski kreślarskie.

Przy czym fantastyka za takie „pożyczanie” obrażać się nie może, bo w drugiej połowie XX wieku nauka spłaciła ten dług z nawiązką – wyścig na Księżyc (rozpoczęty oficjalnie w 1962 roku, w przemówieniu Johna Kennedy’ego) i historyczne lądowanie tam załogi Neila Armstronga zaowocowały skokowym wzrostem popularności kosmicznego SF, dzięki czemu choćby „Star Trek” zyskał nowe życie w paśmie powtórkowym i rozrósł się do jednej z największych franczyz w historii popkultury. Pisarze SF rzucili się zaś do maszyn i powstały takie klasyki, jak „A Fall of Moondust” Arthura C. Clarke’a (1961) „Luna to surowa pani” Roberta A. Heinleina (1966) czy „Równi bogom” Isaaca Asimova (1972).

Teraz zaś wyścig ten znów wystartował, z tym że celem tym razem jest nie tylko powrót na Księżyc, ale również zbudowanie tam stałej siedziby dla ludzi, a w perspektywie – księżycowa turystyka.

Nowy wyścig na Księżyc

Gdy w filmie „Ad Astra” Brad Pitt rusza w podróż na Księżyc, wszystko sprawia wrażenie, jakby wsiadał on na pokład jednego z wielu zwykłych samolotów komercyjnych linii, do tego stopnia, że w czasie lotu otrzymuje kocyk i poduszkę, a przy lądowaniu mokry ręczniczek. To, co na kinowym ekranie obecnie wygląda nieco absurdalnie i zamierzenie jest zabawne, tak naprawdę stanowi realistyczną próbę spojrzenia w przyszłość podróży na Srebrny Glob, które jeszcze za naszego życia powinny spowszednieć tak, jak długie loty transkontynentalne.

Nie bez powodu też hollywoodzki gwiazdor korzysta z usług linii Virgin Atlantic, czyli prawdziwej firmy lotniczej, zarządzanej przez Brytyjczyka Richarda Bransona, którego inne przedsiębiorstwo, Virgin Galactic/Virgin Orbit bierze udział w czymś, co jest nazywane kosmicznym wyścigiem miliarderów.

Poza Bransonem „ścigają” się także właściciel Amazona, Jeff Bezos, którego Blue Origin ma ambicję stworzenia pierwszej bazy na Księżycu (i który w maju 2019 roku zaprezentował projekt swojego lądownika), a także Elon Musk, zarządzający SpaceX, czyli specjalistami od rakiet wielokrotnego użytku. Wprawdzie dalekosiężne plany twórcy Tesli dotyczą Marsa, Księżyc także jest jednak w rejonie jego zainteresowań – w roku 2023 planuje on wysłać na jego orbitę grupę artystów, a już rok później ludzie mieliby znów wylądować na powierzchni satelity. Również na rok 2024 powrót na Księżyc zaplanowała NASA (wspomagana technologią firm Lockheed Martin i Boeing).

Reklama

Przy czym wszyscy oni muszą się pośpieszyć, bo najprawdopodobniej wyprzedzą ich Chińczycy, typowani nie tylko jako ci, którzy najszybciej wyślą człowieka na Księżyc. Eksperci szacują również, że Państwo Środka może potrzebować nie więcej niż dwóch dekad, by zbudować tam własną bazę. Niedawno azjatyccy naukowcy ogłosili, że takowa powstanie na południowym biegunie Księżyca.

W rozwój kosmicznej turystyki szczerze wierzy też Andy Weir, autor głośnego „Marsjanina” (zekranizowanego przez Ridleya Scotta, z Mattem Damonem w roli głównej), którego druga powieść, „Artemis”, rozgrywa się pod koniec XXI wieku, w tytułowym księżycowym mieście. „Zgaduję, że za jakieś pięćdziesiąt lat będziemy mieli prawdziwie komercyjne loty na Księżyc” – mówi pisarz. Na pytanie natomiast, dlaczego mielibyśmy kolonizować ziemskiego satelitę, odpowiada: „Nie mamy żadnej moralnej obligacji, by to zrobić. Sądzę, że tak się stanie, bo tak działa ekonomia. Gdy tylko klasę średnią stać będzie na taką „podróż życia”, komuś innemu będzie się opłacać zbudować resort na Księżycu. I w ten sposób skolonizujemy go”. Zapytany z kolei kiedyś, na ile szacuje cenę takiego biletu, Weir odpowiedział, że prawdopodobnie będzie to koszt około 100 tys. dolarów.

Księżyc All Inclusive?

Jeżeli więc ktoś rozbije świnkę skarbonkę i zdecyduje się kupić takowy bilet, na co będzie mógł liczyć? Zostańmy na chwilę przy Andym Weirze i jego wizji z „Artemis”.

Jest rok 2084.

Nasza podróż zaczęłaby się w Kenii, która dzięki wizjonerstwu jednego ze swoich ministrów wykorzystała swoje równikowe położenie, idealne do startów statków kosmicznych, zmonopolizowała przemysł kosmiczny i zarządza księżycowym miastem Artemis. Lot nie trwałby zbyt długo, szacunkowo około trzech dni. „Księżyc krąży po orbicie okołoziemskiej, więc zawsze jest w stałej odległości od nas. To bardzo bliska odległość” – tłumaczył mi Weir. „Dla porównania: jeśli wyobrażamy sobie boisko do futbolu amerykańskiego, gdzie na jednej linii bramkowej jest Ziemia, a na drugiej Mars, to Księżyc znajduje się kilka centymetrów od nas”.

Na miejscu czekałoby na nas miasto z dwoma tysiącami stałych mieszkańców, na które składałoby się pięć dużych „bąbli”, z wieloma piętrami zarówno pnącymi się w górę, jak i sięgającymi daleko w głąb powierzchni. Rzeczone miasto wprawdzie nie ma ulic, ale przez oszczędność przestrzeni raczej korytarze. Ponieważ jednak de facto jest to resort turystyczny, łatwo znajdzie się tam luksusowe hotele, kasyna, restauracje czy sklepy. Lokalizacja – Mare Tranquillitatis, a więc Morze Spokoju, blisko miejsca historycznego lądowania Apollo 11 z lipca 1969 roku. Wiadomo: kto oparłby się selfiakowi w takiej lokacji?

„Ad Astra” w reżyserii Jamesa Graya w zasadzie potakuje Weirowi, bo baza, w której ląduje Pitt, w największym stopniu kojarzy się z lotniskiem czy centrum handlowym.

Oczywiście wszystko to zupełnie inaczej wygląda z perspektywy obsługi miasta, która na luksusy liczyć nie może. Na szeregowych pracowników czekają pokoje wielkości, jak to określali bohaterowie Weira, trumien, papka z alg na śniadanie, obiad i kolację, a do tego o prywatnej łazience można co najwyżej pomarzyć.

W zasadzie przytakuje mu również Kim Stanley Robinson, autor słynnej trylogii marsjańskiej („Czerwony Mars”, „Zielony Mars”, „Błękitny Mars”), która na lata zdominowała wyobrażenie procesu terraformacji Czerwonej Planety. Niedawno wydał on powieść „Red Moon”, rozgrywającą się w roku 2047, do której napisania się przygotowując, musiał stać się ekspertem od tematu kolonizacji Księżyca. Według niego warunki życia tam będą w zasadzie bliźniacze do tego, czego dziś doświadczają badacze żyjący w placówkach na Antarktydzie – ciasnota, izolacja, na dwór nie da się wyjść bez mnóstwa sprzętu. Przede wszystkim zaś – nikt nie mieszka w takim miejscu na stałe.

To temat, który powraca u wielu twórców – wpływ życia na Księżycu na nasze zdrowie. Robinson zakłada, że obsługa bazy będzie rotować. Weir wspomina, że gdyby jego bohaterka, Jazz, chciała wrócić na Ziemię, czekałyby ją miesiące przystosowywania się do naszej grawitacji. W powieści „Luna: Nów” Ian McDonald z kolei stawia sztywną granicę dwóch lat: wtedy to osoba osiedlona na Księżycu musi zadecydować, czy wraca na Ziemię, czy zostaje tu już na stałe, bez opcji zmiany zdania – po dwóch latach bowiem zmiany w kościach i mięśniach są tak duże, że ziemska grawitacja byłaby dla takiej osoby szkodliwa.

Reklama

Tematem, w którym Weir i Reynolds się nie zgadzają, jest natomiast kwestia lokalizacji. Jak zostało wspomniane, autor „Artemis”, ze względu na atrakcyjność turystyczną, stawiał na Morze Spokoju. Autor „Red Moon”, u którego to Chiny wygrały wyścig na Księżyc, wskazuje na południowy biegun. Głównie ze względu na niemal nieustanne oświetlenie przez Słońce, co pozwoli pozyskiwać energię w ten sposób, a także ze względu na obecność wody w postaci lodu.

Inną opcją, znów wracając do aspektu turystycznego, są według Robinsona tzw. strefy libracji, czyli miejsca na Księżycu, z których można podziwiać wschody i zachody… Ziemi.

Co ciekawe, powieść „Red Moon” w Stanach ukazała się w październiku 2018 roku, a niedługo później – zupełnie jak u Robinsona – Chińczycy ogłosili swoje księżycowe ambicje, wskazując na południowy biegun jako na lokalizację swojej przyszłej bazy.

Dziki (kosmiczny) Zachód

Jak sam Księżyc, również ludzka obecność tam ma mieć swoją ciemną stronę. Znów – dobrze pokazano to w „Ad Astrze”, gdzie wprawdzie baza, w której lądował Brad Pitt, była oazą bezpieczeństwa i konsumpcjonizmu, wystarczyło jednak wypuścić się łazikiem nieco poza jej obręb, by spotkać… księżycowych piratów! Brzmi to zabawnie, ale za pomysłem tym stoi w pełni realna obawa, że Księżyc, na którym nie obowiązują żadne granice państwowe, nikt więc nie ma nad nim jurysdykcji, będzie niczym Dziki Zachód, z prawem silniejszego jako głównym kodeksem.

Idrapramit Das w opowiadaniu „Księżyc to nie pole bitwy” przestrzega właśnie przed militaryzacją Srebrnego Globu. Szerzej zaś opisuje to Jarosław Grzędowicz w powieści „Hel 3”, której finalna część rozgrywa się w księżycowej bazie i która rysuje niezbyt przyjemny wizerunek tamtejszych realiów.

U naszego rodaka w roku 2058 ludzkość swój przyczółek ma w pobliżu krateru Posidonius, na Morzu Jasności. W teorii chodzi o turystykę, stąd hotel Tvardovsky, tak naprawdę jednak to po prostu kolejna baza wojskowa, czyli element w rozgrywce ziemskich mocarstw pragnących zagarnąć Srebrny Glob dla siebie. Nowosowiety i Unia Amerykańska (u Grzędowicza Ziemia AD 2058 wygląda nieco inaczej niż nasza) proponują na przykład podział Księżyca na strefy ekonomiczne, jak na Antarktydzie. Prawnicy doszli jednak do wniosku, że w sumie Księżyc prawnie to wody międzynarodowe, czyli ziemia niczyja. A więc skończyło się na strzelaninie.

(Co interesujące, tytułowy pierwiastek helium-3 z powieści Grzędowicza, który jest przyczyną całej tej księżycowej przepychanki, przez Kima Stanleya Robinsona jest bagatelizowany – podkreśla on, że na powierzchni satelity występuje on w tak małych ilościach, że jego wydobycie nie będzie się opłacać. Jeżeli więc ludzkość ma osiąść na Księżycu, to raczej nie z tego powodu.)

Nieco porządku, choć nowego, wprowadził w to Ian McDonald we wspomnianej „Lunie” (na chwilę obecną na cykl składają się powieści „Nów” i „Wilcza pełnia”). Otóż w XXII wieku ludzie żyją na Księżycu w kilku podziemnych miastach (wzorowanych nieco na tym, jak obecnie wygląda Dubaj), funkcjonujących w kilku strefach czasowych. Prawo, które tu obowiązuje, to kontrakty, coś jakby w feudalnych relacjach. Wszystkim rządzi pięć rodzin, tak zwanych Pięć Smoków, kontrolujących podstawowe aspekty lokalnej ekonomii: Mackenzy z Australii (wydobycie minerałów), Asamoah z Ghany (agrokultura), Vorontsovowie z Rosji (transport), Sunowie z Chin (technologia) i Cortas z Brazylii, wydobywający helium-3, czyli paliwo do ziemskich reaktorów fuzyjnych. Wszyscy oni działają w ramach kontraktu z zarządzającą Księżycem firmą Lunar Development Corporation (LDC). A tak naprawdę wszystko to przypomina kruchą równowagę sił między mafijnymi rodzinami, co zresztą podkreśla sam McDonald, wskazujący na inspiracje „Ojcem chrzestnym” i nazywający „Lunę” „Grą o tron” w kosmosie.

U McDonalda na Srebrnym Globie nie obowiązuje zwykłe prawo, jedynie prawo kontraktowe, przez co wszystkie aspekty tamtejszego życia podlegają umowom i negocjacjom – śluby (można mieć do trzech żon/mężów; powszechny jest poliamoryzm), rozwody, morderstwa…

Przy czym jeszcze dalej w kwestii księżycowych eksperymentów społecznych poszedł John Kessel w powieści „The Moon and the Other”. W tej wersji przyszłości w roku 2149 na Księżycu żyje 3,2 mln ludzi. Mieszkają oni w skrytych pod powierzchnią satelity miastach-państwach, w sumie aż w 27 – każde w pełni samodzielne, z własnym systemem prawnym. Izolacja ta jest natomiast wykorzystywana do implementowania różnych alternatywnych modeli społecznych.

Kessel pochyla się zwłaszcza nad jednym miastem, The Society of Cousins, gdzie panują rządy matriarchatu – mężczyźni oddają tu prawo głosu i sprawowania władzy w zamian za możliwość skupiania się nie na nudnej pracy, ale na rozwijaniu swoich pasji sportowych, artystycznych, seksualnych. Głosować mogą tylko ci, którzy zapłacą „cenę” w postaci podjęcia się jakiegoś wyjątkowo nudnego i ciężkiego zajęcia.

Kessel idzie więc w swojej wizji dość daleko, przy czym zaznaczyć trzeba, że – inaczej niż choćby Weir czy Robinson – raczej nie stawiał on na budowanie realistycznego modelu przyszłych wydarzeń, co po prostu wykorzystywał fantastykę jako narzędzie do eksperymentów myślowych dotyczących sposobów organizacji społeczeństw.

Niezależnie jednak od tego, jak będzie wyglądać nasza przyszłość, Księżyc raczej będzie zajmował w niej istotne miejsce. Żyjemy bowiem w czasach przełomów, gdzieś w punkcie zaraz przed tym, gdy rzeczywistość i fantastyka naukowa się wymieszają. Jeszcze przez chwilę musimy zadowolić się snami o Srebrnym Globie, a te śnimy coraz częściej (właśnie minęło 10 lat od premiery filmu „Moon” Duncana Jonesa).

Pięćdziesiąt lat temu człowiek stanął na Księżycu. Wygląda na to, że za kolejne pięć dekad sami będziemy mogli to zrobić. Trzeba tylko uzbierać te „drobne” 100 tysięcy dolarów.

Fot. otwierająca: NASA

Reklama

komentarze [11]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

48
0
28.11.2019 16:09

Zapraszam do dyskusji.


3715
3477
30.11.2019 10:08

Kiedyś był to sens rywalizacji,między wschodem a zachodem.Dzis to mi się wydaje chyba, już zbędne


2739
127
30.11.2019 12:06

Niestety nie. Do wyścigu dołączyły Indie i Chiny. Bo co jest na księżycu? HEL3! Chińczycy wprost powiedzieli, że to ich tam interesuje. Wyścig rozgorzeje na nowo - już się zaczął.

https://www.geekweek.pl/news/2019-11-18/chinczycy-nie-ukrywaja-ze-na-ksiezycu-interesuje-ich-tylko-izotop-hel-3/


3715
3477
30.11.2019 12:08

Podejrzewam że, będzie to wyglądało inaczej niż w książce czy filmie.Cala ta wyprawa.Bedziemy swiatkami walk polityków


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

894
32
30.11.2019 15:54

Bardzo ciekawy artykuł. Dla mnie o tyle wartościowy, że o powieści Red Moon jak dotąd nie słyszałem, natomiast każda z książek Kima Stanleya Robinsona, którą dotąd przeczytałem wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Gwoli uzupełnienia dodam jeszcze, że zwieńczenie trylogii Luna (polski...

więcej

421
329
30.11.2019 17:54

Dzień dobry,

Ciekawy tekst, ale pozwolę sobie na odmienne zdanie wobec przedstawionego przesłania ogólnego. Nie chcę być marudą, bo chciałbym jedynie zmienić perspektywę i pokazać coś, co według mnie jest bliższe prawdy.

Na początek pytanie do Pana Marcina. Skąd, zawarte we wstępie tekstu, przekonanie o nieuchronności czy potrzebie ludzkiej do zasiedlenia Księżyca?

Z...

więcej

48
0
03.12.2019 10:18

"Skąd, zawarte we wstępie tekstu, przekonanie o nieuchronności czy potrzebie ludzkiej do zasiedlenia Księżyca?"

Ponieważ trwa wyścig miliarderów, by na Księżyc powrócić, niektórzy już mówią o budowaniu tam stałych baz. Taką chęć ogłosili również Chińczycy. Trudno więc nie wierzyć, że to kwestia tylko czasu, skoro ludzie/kraje z ogromnymi budżetami się za to biorą.

"Z...

więcej

421
329
06.12.2019 20:37

Moja ogólna niezgoda na nakreślony w Pana tekście plan na przyszłość wynika nie z lektur SF, ale obserwacji nauk podstawowych i historii XX wieku. To nie jest gwarancja bycia bliższym prawdy, a jedynie wytłumaczenie źródeł mojego sceptycyzmu. Po prostu mam inne zdanie na możliwości Ziemian w XXI wieku. Będziemy się zmagać z absorbującymi wyzwaniami globalnymi TUTAJ.
Nie...

więcej

Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

6
1
01.12.2019 22:27

Myślę że nic się w kwestii eksploracji Księżyca nie będzie działo nadal tak jak się nic nie stało i nie działo. Czemu? To wynika z kwestii Geopolitycznej zaczyna być ona dużo bardziej trudna niżeli była wcześniej. Niema jednego obecnie SuperMocarstwa które na spokojnie może zająć się pięknymi i wzniosłymi projektami... Ci których stać na eksplorację kosmosu będą musieli w...

więcej

3
1
04.12.2019 22:52

Z „księżycowych” powieści przypomina mi się jeszcze „Luna to surowa pani” Heinleina. Księżyc jako kolonia karna, albo gułag - to tez może się wydarzyć. No i nie zapominajmy o serialu „Kosmos 1999” - tam księżyc jest składowiskiem odpadów 😀


45
37
06.12.2019 09:46

Lubię fantastykę kosmiczną, choćby wspaniałe książki Stanisława Lema, jednak realne podróże ludzi w kosmos (nie na orbitę okołoziemską) i tworzenie stałych baz na Księżycu i Marsie widzę słabo: na razie mamy dużo przechwałek, gadulstwa i piaru różnych wizjonerów w rodzaju Richarda Bransona lub Elona Muska, ale prawdziwych lotów i baz mieszkalnych jak nie było, tak nie ma....

więcej

zgłoś błąd