Autorzy hard SF – architekci nieistniejących krain

Michał Cetnarowski
17.11.2019

Ty, który czytałeś książki Dukaja albo Stephensona, na pewno znasz ten stan: uczucie jak cios encyklopedią w głowę albo wrażenie po zbyt dużej dawce eliksiru wieloskokowego, kiedy wykrzywiają się myśli i odkształcają słowa, a gardło wypełnia synestezyjna jasność euforii i przerażenia. Mówię o tej chwili, kiedy czytasz pierwsze zdanie nowej książki, potem akapit, i już wiesz, że oto znów wrzucono cię do króliczej nory kreacji totalnej; że jeśli tylko przedrzesz się przez ten pierwszy próg, zapłacisz na wejściu, dane ci będzie wypłynąć na najgłębsze wody wyobraźni.

„Dzwony świętego Marka uderzały zmiennym tonem, gdy Pączek podjechał na łyżworolkach pod salon fikacji, aby zmodernizować czaszkolet. Łyżworolki były nowe i rozwijały szybkość w dowolnych granicach od stu do stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, w zależności od tuszy użytkownika i obleczenia jej – bądź nie obleczenia – w kombinezon aero. Pączek uwielbiał przylegające do ciała skóry, które uwidaczniały splot jego mięśni. Przed dwoma laty, podczas poprzedniej wizyty w salonie, zażyczył sobie implantu kolonii pasożytów – maleńkich szkodników, których ze względu na rozmiar ujrzeć ani poczuć nie sposób – i które przez swoje elektryczne flukta symulowały włókna mięśni (…)”.

Albo:

„Mgła wirowała wokół dorożki, z miękkich kształtów białoszarej zawiesiny pan Berbelek usiłował odczytać swoje przeznaczenie. Mgła, woda, dym, liście na wietrze, sypki piasek oraz ludzki tłum — w nich widać najlepiej.

Głowa ciążyła mu ku skórzanemu obiciu. Wciągnąwszy głęboko do płuc wilgotne powietrze, obronił się przed morfą nocy, drobny człowieczek w drogim płaszczu, o zbyt gładkiej twarzy i zbyt dużych oczach. Podniósł z siedzenia gazetę zostawioną przez poprzedniego pasażera. W brudnym świetle mijanych latarni pyrokijnych z trudem odczytywał herdońskie czcionki: litery jak runy, jak strzępy jakichś większych znaków, z prawej tłuste i grube, ku lewemu bokowi blaknące. Twardy papier miął się i łamał w orękawicznionych dłoniach. KSIĘŻYCOWA WIEDŹMA ZAKOCHANA. KIM JEST WYBRANEK? Szpalta obok — rycina z morskim potworem i nagłówek: PIERWSZY NIMROD KOMPANII AFRYKAŃSKIEJ ZAGINIONY NA MORZU. Komentarz polityczny rytera Druga–z–Kohle: Czyż doprawdy tak trudno było przewidzieć sojusz Jana Czarnobrodego z kratistosem Siedmiopalcym? Rzym, Gothland, Frankonia i Neurgia będą się teraz musiały ugiąć pod snem Czarnoksiężnika. Podziękujmy naszym dyplomatom za ich wspaniałą pracę!”.

Cytaty pochodzą, kolejno, z „Diamentowego wieku” i „Innych pieśni”, ale każdy porządny fan podobnej literatury bez trudu przytoczy tutaj swoje przykłady. Czym charakteryzują się podobne lektury? I czemu wciąż je czytamy – prawda, że nie masowo – skoro dla wielu przypomina to wizytę w salonie sado-maso, w trakcie której niespiesznie depilują ci ciało woskiem i jednocześnie umilają czas borowaniem siekaczy?

*

Reklama

Z podobnego sposobu obrazowania słynie przede wszystkim ten rodzaj fantastyki, którą nazywamy hard SF. W odróżnieniu od soft science fiction, projektującej swoje historie w oparciu o „miękkie” nauki humanistyczne, takie jak socjologia, hard SF określała początkowo fantastykę naukową eksplorującą przede wszystkim koncepcje z zakresu nauk przyrodniczych: fizyki, matematyki czy chemii. W latach 90. zeszłego wieku ta intuicyjna i wyraźna granica uległa jednak zatarciu, skoro cała science fiction stała się dużo bardziej interdyscyplinarna, a większość książek spod tego znaku poruszała się płynnie pomiędzy robotyką, teoriami ekonomicznymi, archeologią, biologią molekularną lub politologią.

Epoka MTV była też czasem ostatecznego fiaska traktowanych na serio teorii futurologicznych; Stanisław Lem czy jego kumple po fachu z Klubu Rzymskiego jeszcze w latach 70. zeszłego stulecia mogli na serio uważać, że ich prognozy dotyczące przyszłości są oparte na naukowych podstawach i rygorystycznej metodologii. Jednak fiasko takich projektów, jak ten Francisa Fukuyamy, który w eseju „Koniec historii?” z 1989 roku ogłosił, że wraz z upadkiem komunizmu proces historyczny „zatrzymał się” i powszechnie zwyciężyły kapitalizm oraz liberalna demokracja, pokazały, że problem jest dużo bardziej skomplikowany. Historia – jakby na przekór Fukuyamie – w 1989 roku nie tylko nie zamarzła w „najlepszym dla niej” kształcie, ale dostała wręcz przyspieszenia i zmeandrowała w obszary, których nikt nie mógł przewidzieć. Nie dlatego, że nie skorzystał z wystarczających mocy obliczeniowych – tylko raczej z tego powodu, że podobne dokładne prognozy są niemożliwe w ramach tego, co wiemy o świecie. No właśnie.

Teoria ekonomii zna pojęcie „czarnego łabędzia”, spopularyzowane przez Nassima Nicholasa Talebawydarzenia kompletnie niespodziewanego, ale o takiej sile oddziaływania, że zmienia totalnie dotychczasowe zasady gry, powoduje praktycznie wyzerowanie systemu i rozdanie kart na nowo. Takim wydarzeniem może być np. katastrofa naturalna, trzęsienie ziemi, tsunami, dżuma, zmiana koryta rzeki, po której wyludniało się niejedno średniowieczne miasto. Może to być także niespodziewane odkrycie – że pracę ludzkich i zwierzęcych mięśni można zastąpić wysiłkiem żelaza i pary; że samochody bez trudu zastąpią konie i dorożki; że rewolucja w sferze obyczaju ma moc nie mniejszą niż decyzje polityczne na najwyższym szczeblu, co pokazała wojna w Wietnamie i ruch dzieci kwiatów. Wszyscy znamy też przykład internetu, który zaczynał jako alternatywny system łączności wojskowej na wypadek wojny nuklearnej – żeby zaledwie po 30–40 latach zmienić globalną ekonomię, politykę, popkulturę, sposób uprawiania nauki czy nawet sposób pisania felietonów okołoliterackich, takich jak ten. Lokalne i globalne przykłady można zresztą mnożyć – ważniejsza jest konstatacja, że nie można przewidzieć wpływu podobnych zdarzeń lub procesów na rzeczywistość, ponieważ niosą one ze sobą zupełnie nową jakość i dotyczą zbyt wielu zmiennych, żeby podobna prognoza mogła być rzeczowa.

Science fiction, jeśli wciąż miało być „naukowe”, nie mogło nie brać tego pod uwagę.

Czy to znaczy, że SF w ogóle zrezygnowało z ambicji prognozotwórczych dotyczących przyszłości? W żadnym wypadku. Od teraz było tylko wiadomo, że autorzy podobnych tekstów w najlepszym razie kreślą futurystyczną mapę światów alternatywnych: które nie zaistnieją, ale co by się stało, gdyby zaistnieć mogły? Wygłoszone tak prognozy się nie ziszczą – ale i tak wpłyną na przyszłość, skoro już raz zostały opisane i pomyślane. Uważam, że m.in. stąd brał się w ostatnich latach wysyp science fiction katastroficznej, przestrzegającej przed kataklizmami przyszłości, z ekologicznym na czele – może jeśli będziemy wystarczająco głośno krzyczeć, zmiany zostaną spowolnione, a może i zatrzymane? Albo tekstów takich, jak te niżej opisane – wymykających się łatwym definicjom i poruszających wiele zagadnień na raz.

Głównymi cechami tej „science fiction nowego typu” byłyby spójność kreacji i – według słów Jacka Dukaja, jednego z głównych polskich twórców tego typu literatury, który posiłkował się tutaj pojęciem ze świata gier wideo – immersja, czyli to, w jakim stopniu dane dzieło potrafi przekonać do wykreowanego fikcyjnego świata. Znaczenie ma tutaj jego bogactwo w detale i oryginalność, nietypowość fabuł i brawura w wyciąganiu logicznych konsekwencji z początkowych założeń takiego neverlandu. Z braku lepszego określenia te z mistrzowską precyzją nakręcone zegarmistrzowskie kreacje zwykło się określać mianem literatury hard SF – ale już widać, że chodziło raczej o metodę tworzenia podobnych dzieł, a nie ich przyrodoznawczą tematykę.

Reklama

Podobne teksty charakteryzuje najczęściej wysoki próg wejścia. Problemem (wyzwaniem) nie jest to, że żeby czytać takie historie, potrzebujesz doktoratu z fizyki kantowej, umiejętności posługiwania się dwunastoma językami obcymi i najlepiej jeszcze, gdybyś potrafił własnoręcznie naprawić maszynę parową. Rzecz w tym, że to książki, które nie podają wszystkiego na tacy. Przeciwnie – energochłonny proces rekonstruowania świata, jego historii i naszpikowanego neologizmami języka, a nawet biogramów bohaterów i ich psychologicznych motywacji, stoi w centrum tej zabawy i jest autoteliczną wartością samą w sobie.

Podobna olimpiada wyobraźni ma przy tym swoje ukryte, drugie dno. Badania nad głębokim przeżywaniem fikcji dowodzą bowiem, że to m.in. właśnie ona ćwiczy nasze mózgi w empatii i kreatywności. A to są już konkretne umiejętności, które powinny się przydać w życiu i pracy nie tylko dziś, ale i w jednej z alternatywnych rzeczywistości near future. Literatura hard SF byłaby w tym kontekście oldskulową siłownią ducha, w której ćwiczysz się do bycia człowiekiem: zagwarantowane masz tu tylko odrapane betonowe ściany, żelazo, pot i łzy – i jeszcze cholerną satysfakcję, jeśli wyczerpujący trening przepracujesz sumiennie od początku do końca.

Po jakie tytuły sięgnąć, chcąc trochę spocić zwoje mózgowe? Poniżej podaję mój subiektywny przewodnik po pięciu tytułach, których lektura – z odpowiednim nastawieniem – powinna sprawić niemałą frajdę.

Punktem wyjścia podobnej listy byłaby niedawna premiera „Do błyskawicy podobne” Ady Palmer. Pierwszy tom cyklu opowiada o utopii odległej przyszłości (a może dystopii – granica w takich przypadkach zawsze jest cienka), w której głównym tabu są płeć, narodowość czy światopogląd bohaterów, a światem rządzą Pasieki, mające określony profil ekonomiczny, polityczny i prawny. Autorka, akademicka ekspertka od renesansu i oświecenia, wie, o czym pisze – historia najeżona jest odwołaniami do oświeceniowych idei filozoficznych – a do tego z gracją wymyka się publicystycznym pułapkom, w które łatwo byłoby wpaść, gdyby powieść miała być tylko bronią w politycznych sporach.

„Diamentowy wiek” Neala Stephensona. Wybrałem tę jego książkę, choć równie dobrze mogłaby się tu znaleźć cyberpunkowa „Zamieć”, mocno osadzona w filozofii antycznej i podejmująca temat podróży między światami „Peanatema” czy „7ew”, realistycznie opisana kosmiczna postapokalipsa. „Diamentowy wiek” (czy w tłumaczeniu nowszego wydania: „Epoka diamentu”) to historia świata, w którym dokonała się rewolucja nanotechnologiczna, niosąc ze sobą szereg zmian zarówno dla jednostek, jak i tworzonych przez nie wspólnot. Co bowiem może stanowić najwyższą wartość w świecie, w którym praktycznie bezkosztowo można uzyskać każdy przedmiot, a przeżycie przestało być uzależnione od pracy?

„Diaspora” Grega Egana. „Biblia posthumanizmu” – historia z XXX wieku, w którym ludzkość podzieliła się na byty fizyczne, cyfrowe i pośrednie, zamieszkując robotyczne ciała. Jakie wyzwania mogą stanąć przed cywilizacją, która pokonała śmierć i osiągnęła nieśmiertelność? Co to znaczy być człowiekiem – w świecie, który dowolnie manipuluje wszystkimi cechami, do tej pory intuicyjnie łączonymi z homo sapiens?

„Inne pieśni” Jacka Dukaja. Podobnie jak przy Stephensonie, pasowałby tu w zasadzie każdy tytuł z bibliografii pisarza: „Perfekcyjna niedoskonałość”, „Lód” czy wznowiona właśnie w wersji papierowej „Starość aksolotla”, wcześniej dostępna tylko na czytnikach. „Inne pieśni” wyróżniają się jednak nawet na tym wybornym tle. Trudno żeby było inaczej, skoro autor nie tylko kreśli tutaj świat o odmiennej fizyce – opartej na koncepcji praw przyrody Arystotelesa – ale jeszcze robi to z olśniewającym rozmachem. A wszystko to opowiedziane za pomocą porywającej fabuły i wyrafinowanego literackiego języka, który – umówmy się – nie zawsze jest najsilniejszą stroną podobnych utworów.

„Uśpione archiwum”, Wawrzyniec Podrzucki. Pierwszy tom dziś już nieco zapomnianego (niesłusznie) cyklu. Autor – zawodowo zajmujący się biologią molekularną – opisuje w nim rzeczywistość ogromnego Drzewa: nanostruktury o kosmicznej skali, której postludzcy mieszkańcy prezentują całe spektrum najróżniejszych strategii przystosowawczych i odmienne poziomy rozwoju technologicznego. Seria dorównuje najlepszym przedstawicielom światowej klasyki hard SF – żeby nie powiedzieć, że wiele z nich przewyższa – i zdecydowanie warto, żeby nie wypadła z czytelniczego obiegu.

 

Reklama

komentarze [15]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

43
0
14.11.2019 14:43

Zapraszam do dyskusji.


617
0
17.11.2019 13:57

Kocham takie książki!


3714
3476
17.11.2019 14:06

Ha je mało rozumiem,bo mam chory umysłu


894
32
17.11.2019 15:21

Miałem przyjemność czytać Diasporę i przyznaję, że na początku, zanim nie przywykłem do specyficznego stylu autora, było to dość trudne doświadczenie. Później zostałem oszołomiony wizją zrodzoną z potęgi wyobraźni Grega Egana.


2670
552
17.11.2019 19:04

Dla mnie wyzwaniem dla moich szarych komórek były książki Petera Wattsa. Jednak jestem zakochana w klasyce gatunku. Z przyjemnością sięgnę po przytoczone pozycje z których znam jedynie Dukaja.


1105
291
18.11.2019 06:30

Peter Watts to dla mnie ostatnio TEN autor hard SF. Wynika to po części z faktu, że jest on biologiem z zawodu (a więc duchowym kuzynem). Ale nawet gdy nie mówimy o trylogii Rifterów, z założenia bardzo opartej na biologii morskiej, ale raczej o takich pozycjach jak "Poklatkowa rewolucja" czy "ślepowidzenie" - talent tworzenia sytuacji i miejsc w kosmosie jest u tego...

więcej

1399
269
20.11.2019 09:25

Ja tylko w kwestii formalnej, nowe wydanie "Diamentowego Wieku" nosi tytuł Epoka diamentu, przy okazji poprawiono tłumaczenie, nie ma już Pączka ani neszczęsnego 'lturysty", który powstał bo tłumaczowi zjadła się spacja.


282
67
20.11.2019 16:31

Dzięki. Spadłeś mi z nieba tą listą. Już parę miesięcy temu próbowałam znaleźć podobne pozycje
https://lubimyczytac.pl/dyskusja/69/20859/inne-swiaty


364
34
21.11.2019 15:55

Nigdy nie mogłem połapać się w tych kategoriach i odłamach s-f, hard s-f, cyberpunk. Jednak w tym przypadku wydaje mi się, że "Zamieć" raczej nie pasuje do hard s-f (może bardziej cyberpunk ?). Chociaż, to i tak nie ma znaczenia. Miło jest powspominać takie książki i może jakiś czytelnik, który nie miał z nimi styczności zainspiruje się tym artykułem.


11
0
21.11.2019 23:45

Eliksir wielosokowy, no chyba że z %, to wtedy wieloskokowy jak napisałeś :)


zgłoś błąd