Reklama

Książki nie tylko dla dzieci. O pewnym podróżniku i pewnym rozbitku

Tomasz Pindel
20.10.2019

Trafić do kanonu literatury dziecięcej i młodzieżowej – to najwyższy honor dla dzieła. Daje gwarancję bycia czytanym przez kolejne pokolenia i status milowego kamienia w dziejach literatury. Istnieją jednak książki, którym obecność w owym kanonie tak naprawdę robi krzywdę – choć może nie tyle im, ile nam, czytelnikom.

Mam na myśli przede wszystkim dwie żelazne pozycje każdej listy klasyków dla młodszego czytelnika: „Przypadki Robinsona Crusoe” Daniela Defoe oraz najsłynniejszą powieść Jonathana Swifta, znaną szeroko jako „Podróże Guliwera”. Bez wątpienia miażdżąca większość użytkowników LC natknęła się na te pozycje na swojej czytelniczej drodze, a do tego znamy je wszyscy z dziesiątek ekranizacji i adaptacji wszelkiej maści. Podejrzewam jednak zarazem, że znacznie węższa już grupka obcowała z pełnym i autentycznym tekstem owych arcydzieł. Sęk w tym, że najczęściej trafiają w nasze ręce ich wersje skrócone. W przypadku Robinsona w obiegu pozostaje kilka kanonicznych polskich przekładów (jak choćby Mirandoli i Anczyca), które tak naprawdę są adaptacjami, co łatwo poznać już po wyglądzie tych nader szczuplutkich tomików – gdzie im tam do grubaśnego oryginału. Podobnie sprawa prezentuje się z Guliwerem, którego najczęściej ogranicza się do dwóch pierwszych podroży: wszyscy pamiętamy pobyt u malutkich mieszkańców Lilliputu oraz przygody w krainie olbrzymów, ale już wyprawa do Laputy i sąsiednich miast oraz finalna ekspedycja do krainy inteligentnych koni Houyhnhnmów pozostają (nie tylko ze względu na trudności fonetyczne) w mroku niepamięci. Cóż to oznacza? Ano to, że nasze wyobrażenie o tych dwóch obiektywnie wybitnych dziełach angielskiego oświecenia oparte jest na uproszczonych tekstowo i znacząco skróconych adaptacjach. Obecność w kanonie dziecięco-młodzieżowym sprawiła, że dziecięco-młodzieżowe wersje w znacznej mierze wyparły oryginały. Dorastamy w przekonaniu, że książki panów Swifta i Defoe czyta się w wieku pacholęcym, odfajkowujemy je przeto na wczesnym etapie czytelniczego rozwoju i wydaje nam się, że temat mamy z głowy.

Tymczasem obie te powieści są tak naprawdę fascynujące, jeśli poznamy je w pełnej ich formie i krasie. Rozumiem oczywiście, że ich atrakcyjne fabuły sprawiły, że ktoś kiedyś wpadł na pomysł, by je „sprzedać” młodocianej publiczności. Dzielny rozbitek radzi sobie na bezludnej wyspie. Śmiały podróżnik trafia do najdziwniejszych krain świata. Bardzo pięknie, tyle że przecież książek o rozbitkach i podróżnikach mamy dziś całe multum. Owszem, Defoe był pierwszy jeśli o bezludne wyspy idzie, ale młody czytelnik może przecież sięgnąć sobie choćby po przystępne i – mam wrażenie – wciąż interesujące powieści Julesa Verne’a, który z wątku – wybaczcie brzydki neologizm – „rozbickiego” wycisnął naprawdę sporo. Mamy „Dwa lata wakacji” (nawet z chłopięcymi bohaterami), „Tajemniczą wyspę” czy „Szkołę Robinsonów”. Nie brak rzeczy współcześniejszych – ja wiem, że „Władca much” Goldinga nie był pomyślany jako książka dla dzieci, ale dla młodzieżowego czytelnika będzie jak znalazł. Przykłady można mnożyć, zaś w przypadku egzotycznych podróży do fantastycznych krain – no hej, połowa literatury dla dzieci jest z grubsza o tym.

„Przypadki Robinsona Crusoe” czy „Podróże Guliwera” – a raczej „Podróże do wielu odległych narodów świata”, jak nazywa się pełny polski przekład powieści pióra Macieja Słomczyńskiego – pełne są treści, które dla dziecka będą nieciekawe i nieprzyswajalne. W posłowiu do przepięknej rysunkowej wersji opowieści o rozbitku, narysowanej przez Ajubela, kubański pisarz Leonardo Padura pisze tak:

Moja niechęć do angielskiego rozbitka bierze się chyba nie tyle z jego charakteru, ile raczej z pewnej bardzo dawnej pomyłki, której i ja padłem ofiarą: Daniel Defoe wcale nie napisał, jak to się z czasem przyjęło, powieści dla dzieci i młodzieży, tylko starannie przemyślaną analizę stanu sumienia dorosłych, przeprowadzoną z perspektywy właściwej epoce i klasie społecznej autora – mieszczanina, purytanina, protestanta. Anglika, na przełomie wieków XVII i XVIII. Kazać dziecku mierzyć się z postacią stworzoną jako egzemplifikacja tezy filozoficznej to coś, co znacznie wykracza poza typowe pole walki dobra ze złem, po którym porusza się literatura dla dzieci, i może wywołać efekty, jakie sam u siebie obserwowałem (ten Robinson – jest dobry czy zły? Ani jedno, ani drugie: sądzę, że jego osobowość trzeba mierzyć inną miarą). Balast filozoficzny i historyczny, którym Defoe obciążył swojego bohatera, uczynił z niego postać papierową – to bardzo dorosły przykład klasowej i politycznej propagandy, której celem jest gloryfikowanie pewnego społecznego, gospodarczego i religijnego modelu (…). Defoe bez wątpienia szukał innych odbiorców, na pewno nie dzieci, i w swoich czasach do nich dotarł, co sprawiło, że powieść okazała się bestsellerem i klasykiem ideologicznej propagandy.

No i właśnie: paradoks polega na tym, że jeśli szukamy w „Przypadkach Robinsona Crusoe” tego, co w obiegowej opinii stanowi kwintesencję tej książki – czyli barwnej opowieści o zaradnym panu w egzotycznych okolicznościach przyrody – to będziemy zawiedzeni. Znaleźć tam za to można sporo innych i intrygujących rzeczy.

Jednak przypadek powieści Jonathana Swifta wydaje mi się znacznie dotkliwszy, bo udziecinnienie tego dzieła równoznaczne jest z treściową kastracją. Kto czytał „Podróże do wielu odległych narodów świata”, ten wie, jak bardzo drapieżna jest to książka, jak bezlitośnie rozprawia się z ludzkością. Swift, wzorem innych twórców oświecenia, skupiał się w swoim pisarstwie na chłostaniu swoich bliźnich za ich liczne przywary, a czynił to w szczególnie bezpardonowy sposób. Dość przypomnieć jego pomniejsze dziełko, znane jako „Skromna propozycja”, które nawoływało światłych Anglików, by w ramach rozwiązywania problemu biedy w Irlandii przeznaczyć tamtejsze dzieci z ubogich rodzin na mięso na londyńskie stoły. Perypetie Lemuela Gullivera utrzymane są w takim właśnie tonie ciętej i zajadłej kpiny – to nie są zabawne historyjki o spotkaniach z dziwnymi ludami, tylko błyskotliwa satyra na europejskie społeczeństwo i ludzkie zachowania. Ówcześni czytali tę powieść jako aluzję do brytyjskich realiów, a wręcz satyrę z kluczem, ale dziś widać doskonale, że obserwacje serwowane przez Swifta są najzupełniej uniwersalne (niestety – trzeba by dodać). Pod tym względem szczególnie poruszająca jest ostatnia podróż, w której Swift odsłania całkowicie swą głęboką mizantropię. Szlachetne konie patrzą na ludzi – yahoosów, jak ich zwą – bez złudzeń i wyrozumiałości, dostrzegając całą ich głupotę i zło, przez co kiedy nasz bohater wraca do świata ludzi, nie jest w stanie znieść ich widoku. Mocne to jest i naprawdę dające do myślenia. I bądźmy szczerzy – to nie jest propozycja dla dzieci. Nie żebym uważał, że dzieciom należy wciskać tylko sentymentalny literacki kit – przeciwnie, jestem wielkim zwolennikiem wszelkiej „niegrzecznej” literatury dla najmłodszych – ale do pewnych dzieł trzeba jednak czytelniczo dorosnąć.

No cóż, kanon jest kanonem i go nie zmienimy, warto jednak przyglądać mu się nieufnie i sięgać do pewnych pozycji, które tylko udają dziecinną niewinność, kryjąc w sobie drapieżne i fascynujące wnętrze.

A czy Wy, P.T. Czytelnicy, trafiliście na inne równie niewłaściwie zaszufladkowane książki?

Reklama

komentarze [8]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

105
12
19.10.2019 15:08

Zapraszam do dyskusji.


1575
11
20.10.2019 10:55

W sumie nic nowego się nie dowiedziałam. O tym, że jego powieść to satyra wiem od kilku lat, gdy studiuję kierunek związany z wiedzą o książkach. Ale i tak warto, by było, gdyby inni to przeczytali.


264
38
20.10.2019 13:40

Zawsze jakoś boli mnie „niewłaściwe” podejście do „Przygód Alicji w Krainie Czarów” Carrolla i jej kontynuacji. Oczywiście, są to książki pisane z myślą o dzieciach, ale czy tylko o nich? Świetnie opisał to Maciej Słomczyński w swojej przedmowie.
Te dwie powieści Carrolla mają w sobie nie tylko fantastyczne obrazy, według mnie są także filozoficzne, dotyczą świata snu....

więcej

1252
126
20.10.2019 14:36

A ja poczułam się ogromnie rozczarowana Małym Księciem. Najprawdopodobniej przeczytałam go za wcześnie i nijak nie mogłam pojąć skąd się te wszystkie ochy i achy na temat tej książki wzięły. Do dziś nie potrafiłam powrócić do jej lektury.


2813
855
21.10.2019 02:11

 Podróże Guliwera Podróże Guliwera to jedna z moich najukochańszych książek z dzieciństwa. Przeczytana kilkakrotnie, w tym samodzielnie po raz pierwszy w wieku jakichś 7 lat :) A  Przypadki Robinsona Crusoe Przypadki Robinsona Crusoe

więcej

1924
1213
21.10.2019 07:06

A nasza polska  O krasnoludkach i o sierotce Marysi O krasnoludkach i o sierotce Marysi w sumie też jest bardziej nie dla dzieci, bo to w istocie satyra na zło jakie tkwi w człowieku. Mnie ta lektura w dzieciństwie podniosła włosy na głowie.


696
6
21.10.2019 23:25

Bardzo ciekawy i wnikliwy tekst, chociaż moim zdaniem Robinson - powieść zasadniczo bez fabuły - nie zdaje testu czasu i, jakkolwiek pozostaje interesującym zabytkiem, trudno czytać tę książkę z przyjemnością. W pełni zgadzam się natomiast, że Gulliver to niesamowite i wnikliwe dzieło (warto jednak zwrócić uwagę, że społeczeństwo "szlachetnych koni" tylko wydaje się...

więcej

966
66
22.10.2019 13:23

To trochę mechaniczne myślenie - książka o podróżach, można z niej wysnuć pouczające wnioski, no i nie ma seksu (uch-och)*, no to skróćmy ją trochę (albo i bardzo) i będzie jak znalazł dla młodzieży!

Także i wspomniany w poprzednim tekście autora Don Kichot został poddany tej procedurze i zredukowany do heheszków z narwanego fantasty z miską w roli hełmu na głowie.


* Z...

więcej

zgłoś błąd