Gabinet kolekcjonera, czyli wyznania bibliofila

Róża_Bzowa
31.03.2019

Dawno, dawno temu, za siedmioma wzgórzami i siedemnastoma zakrętami mieszkała sobie pewna kilkunastoletnia dziewczynka. Pasjami uwielbiała czytanie książek, a po głowie krążył jej pomysł zgromadzenia w domowej biblioteczce książek z całego świata, prawie jak w Borgesowskiej Bibliotece Babel. Kolekcjonerstwo miała we krwi.

Rodzinie, krewnym, przyjaciołom i znajomym –
z miłością, za wspieranie moich książkowych obsesji

Znaczki, pocztówki i erotyka obok „Zrób to sam”

Ta dziewczynka w dzieciństwie z fascynacją obserwowała tatę zbierającego znaczki z całego świata oraz kolekcję rozmaitych guzików mamy, bo a nuż jakiś się przyda. Dzięki znaczkom poznała więcej nazw krajów niż na lekcjach geografii w szkole, a guziki nauczyły ją szacunku do drobiazgów i wzbudziły w niej umiłowanie piękna w różnych jego przejawach. W obu dziedzinach, i nie tylko w nich, ogromną rolę odegrała także domowa biblioteka – znacznie obszerniejsza niż w jakimkolwiek innym domu znanym młodej kolekcjonerce in spe oraz bardzo różnorodna. Czego tam nie było! Słowniki, leksykony i encyklopedie, atlasy roślin, zwierząt, grzybów i geograficzne, biografie sławnych ludzi, klasyka literatury pięknej polskiej i światowej, motoryzacja i sport, dziewiarstwo i kulinaria, filozofia i religia, kultura i sztuka, etnologia i majsterkowanie oraz, oczywiście, erotyka. Były tam także publikacje dla kolekcjonerów, np. o starych zegarach, które świetnie się oglądało.

Nasza młoda jeszcze bohaterka idzie zatem w ślady swoich rodziców i najpierw gromadzi to, co wtedy zbierały wszystkie inne dzieci – pocztówki. Potem puszki po napojach, zwłaszcza zagranicznych, następnie plakaty ulubionych zespołów z ukazujących się wtedy pierwszych czasopism o muzyce popularnej oraz kasety z muzyką zespołu Depeche Mode. Jeszcze później wycinki z prasy na temat jej ulubionych filmów, oglądanych w telewizji publicznej (jako że innej wtedy nie było) o nieprzyzwoitych dla dziatwy szkolnej porach, czyli po północy. Zbiera także doświadczenia życiowe, międzyludzkie i czytelnicze oraz dochodzi do zadziwiającego wniosku, że najbardziej uniwersalne i ponadczasowe okazują się te ostatnie. Mija lat mało wiele i kilkunastoletnia już dziewczyna podejmuje decyzję o zbieraniu książek z całego świata. Jeszcze nie wie, że wiele lat później napisze o tym tekst i opublikuje go w najpopularniejszym internetowym serwisie o książkach w kraju.

Złapać chociaż jedną sztukę, czyli o sztuce wyboru

– Chcę zbierać książki z całego świata. Ale jakie? – rozmyślałam jako początkująca Kolekcjonerka i drogą eliminacji („Biblia”? Za gruba i za droga. „Alicja w Krainie Czarów”? Ale jeden tom czy razem z „Po drugiej stronie lustra”? „Kubuś Puchatek”? Też dwa tomy, odpada) doszłam do wniosku, że idealną książką będzie „Mały Książę”. Tekst jest uniwersalny, nie zahacza o kwestie światopoglądowe i w dodatku, w zależności od aktualnego wieku czytelnika, można w nim znaleźć inne ulubione fragmenty. Dzieci cieszy dialog Księcia i Lisa o oswajaniu jako sposobie na nawiązanie przyjaźni, młodzież docenia romantyczne rozmowy Małego Księcia i Róży oraz melancholijne refleksje o poczuciu samotności wśród ludzi, zaś dorośli, którzy nie utracili do końca dziecięcej wrażliwości, po latach przemyśleń rozumieją znaczenie stwierdzenia o ważkości tego, co niewidoczne dla oczu. Zatem do dzieła, dziewczyno!

Czasy były zgrzebne i mało globalne (informacja dla czytelników z pokolenia Z, czyli postmilenialsów: w XX wieku przeciętny człowiek nie tylko nie miał dostępu do Internetu, ale często nawet nie posiadał komputera; dostępny dla wszystkich aparat telefoniczny miał postać budki telefonicznej z aparatem na kartę magnetyczną; zwykłe studenckie konto bankowe miało oprocentowanie 4,5; ale za to po mało popularne książki trzeba było jechać do księgarni w Warszawie, ewentualnie w Krakowie), zatem początkowo skupiłam się na różnych polskich wydaniach książki. W ten sposób odkryłam, że choć kanoniczne stało się tłumaczenie Jana Szwykowskiego, w języku polskim tekst utworu dostępny był w kilku przekładach (obecnie jest ich już ponad dwadzieścia). Czy wybierałam świadomie? Nie, łapałam wszystko, co mi wpadło w ręce. Potem stopniowo zaczęłam gromadzić wydania zagraniczne, czemu sprzyjały...

...podróże krewnych i znajomych Królika

Sama też wtedy stałam się bardzo mobilna. Jakoś tak w czasie studiów i później zaczęło mnie nosić po świecie. Zjeździłam Europę wzdłuż, wszerz i na ukos, zapuszczając się także na Bliski Wschód. Odkryłam wtedy, dlaczego jest to najlepszy sposób na powiększanie mojej kolekcji – sprzyjał bowiem nie tylko poznaniu autochtonów, ich księgarni oraz relacji z książkami (np. jedno z wydań włoskich kupiłam na straganie w samym centrum Rzymu, zaś greckie – na kramiku nad morzem), ale także okazał się wspaniałym źródłem anegdot i emocjonujących opowieści. Moja ulubiona rozgrywała się w Jerozolimie. W czasie, gdy reszta grupy oddała się zakupom obuwia z wielbłądziej skóry lub posilała falafelami, ja udałam się z dzielnicy arabskiej do żydowskiej, pokonując po drodze mur (fizyczny i mentalny). Jeśli interesuje cię dalszy ciąg tej historii, zapraszam na tę stronę.

Korzystając z wielu znajomości oraz licznej rodziny w linii prostej, krzywej, ukośnej i przyszywanej, rozpuściłam wici o kolekcji oraz podkręciłam poziom motywacji do poszukiwań wydań „Małego Księcia” podróżujących często osobników przez malownicze opowieści oraz zapewnienia o dozgonnej wdzięczności, wdzięcznej pamięci i inne bliżej niesprecyzowane obietnice. Co ciekawe, wszyscy bardzo entuzjastycznie podeszli do tematu, do tego stopnia, że nie tylko często przywozili prezenty książkowe i snuli opowieści, lecz także czuli się czasem zobowiązani do wytłumaczenia się z braku książki. Łukasz, jeden z moich kuzynów, pokornie wyjaśniał, iż tylko dlatego nie kupił mi szwedzkiego „Księcia”, że ten był horrendalnie drogi (jedyny egzemplarz w całym mieście, twarda okładka), a kuzyn miał do wyboru kupić i zostać tam albo nie kupić i mieć na benzynę. Wybrał drugą opcję, a ja wcale nie miałam mu tego za złe (nigdy nie zapomnę twoich dobrych chęci, Łukasz).

NieprawdoPodobna Osoba i inni magicy

Zorganizowana, efektywna, zaplanowana i zorientowana – to chyba najkrótsza charakterystyka nieprawdoPodobnej Osoby, skądinąd mojej siostry, nie w pełni jednak oddająca jej niespożyte siły i możliwości. Używając uroku osobistego, perswazji, przekupstwa, pochlebstwa i innych metod zacieśniania więzi międzyludzkich, zmobilizowała ona rzesze ludzi (od bocznych gałęzi rodziny, przez koleżanki, znajome i znajome znajomych) do poszukiwania wydań książki na rubieżach Europy, a nawet Azji. Dzięki niej moje zbiory wzbogaciły się m.in. o: Macedończyka, Estończyka, Ormianina z Armenii i Duńczyka oraz Chińczyka w stylistyce mangi (jesteś nieoceniona nPO).

Moja druga siostra, FastOlka, też nie należy do osób mało przebojowych ani aspołecznych. Jej wysłannicy rozpierzchli się dosłownie po całym świecie i dostarczyli mi, za jej pośrednictwem, m.in. portugalskiego Brazylijczyka, Meksykanina i Tajwańczyka oraz trzech książąt perskich. Mój szwagier Piku z kolei uraczył mnie piękną historią o niderlandzkim Holendrze. Aby spotkać tego księcia, Piku przemierzał ulice, uliczki oraz mroczne zaułki stolicy Holandii. Wpadła mu w oko pewna mała księgarenka, właściwie antykwariat, wielkości niewielkiego pokoju. Wszedł i ujrzał zagracone papierzyskami pomieszczenie, w którym królował malowniczy staruszek, wyglądający, jakby go ktoś zahibernował i obudził po 50 latach. Piku rozpoczął smaczną pogawędkę, w wyniku której zyskał dopiero zainteresowanie antykwariusza, który przypomniawszy sobie, że w zasadzie sprzedaje tu książki, pozwolił jednej z nich na podróż do kraju w środku Europy (buziaki dla pani i pana H).

Wyspiarski przyjaciel Pyś dostarczył mi całe dynastie książęce. Jednego z nich, tagalskiego Filipińczyka, wymęczył u koleżanki z pracy, skrupulatnie przypominając jej przez kilka miesięcy, coby nie zapomniała z ojczystego kraju przywieźć mu książkowego prezentu, który przekazał mnie. Inny ważny dla mnie Pan z Końca Europy wyspecjalizował się w Afrykańczykach i Azjatach, dzięki czemu zapoznałam się naocznie m.in. z językiem africaans oraz bengalskim z Bangladeszu i wietnamskim. Dostałam też od niego najmniejszą (Peruwiańczyk) i najbardziej rozłożystą książkę w kolekcji (rozkładanka w języku angielskim), co doskonale ilustruje łączące nas kontrasty (azaliż Waćpan przyjąć raczy ukłony dziękczynne od skromnej białogłowy?).

Blog, czyli ogarnianie ogromu

Czas upływa, książek przybywa, ludzie podróżują, a ja wciąż walczę z myślami, jak to wszystko ogarnąć? Skąd osoby, które nie mają ze mną bezpośredniego kontaktu, mają wiedzieć, co już mam, a czego nie mam? Jakim cudem sama mam to pamiętać przy kolekcji rzędu kilkudziesięciu języków i książkach liczonych już w setkach? Nadeszło nowe tysiąclecie, Internet trafił pod strzechy, a blogi zaczęły wchodzić na salony. Idąc za ciosem, założyłam blog o kolekcji oraz galerię zdjęć okładek. A potem przestałam podróżować, powstały sklepy internetowe i serwisy aukcyjne, zaś poszukiwania nabrały tempa, ale straciły swój czar i niepowtarzalny urok. Cóż bowiem może być inspirującego i rozpalającego wyobraźnię w kilku kliknięciach myszką i wstukaniu kilku liter w wyszukiwarkę?

Nie do przecenienia jest jednak kontakt z innymi pasjonatami oraz czytelnikami bloga. Przestrzeń, która pełniła dla mnie rolę porządkująco-dyscyplinującą i w zasadzie traktowana była przeze mnie jako rodzaj osobistych notatek oraz podręcznej ściągawki, stała się miejscem spotkania z innymi ludźmi, w dodatku czytającymi! Czasami bardzo wnikliwie czytającymi, zadającymi trudne pytania, pomocnymi i krytycznymi. Czego można chcieć więcej dla podniesienia motywacji do pisania? Może tylko dwukrotnego wydłużenia doby.

Rywalizując o współpracę

Poszukując książek w sieci, znalazłam strony innych kolekcjonerów. Z niektórymi nawiązałam kontakt e-mailowy, a innych poznałam osobiście. Kolejnych podziwiam, jak Oskara (216 języków!), od którego w ramach wzajemnej wymiany otrzymałam piękne i trudno dostępne wydanie „Małego Księcia” w błękitach. Jeszcze innych się boję, bo jak ogarnąć kolekcję liczącą 353 języki, a tomy to już w tysiącach (strona kolekcji tutaj)?

Wciąż się zastanawiam, jak traktują zbieranie inni kolekcjonerzy, ale dla mnie ma ono urok zadania bezkonkurencyjnego, a przez to bardziej nastawiam się na współpracę niż rywalizację. Dzięki temu przez wspólną koleżankę poznałam bliżej Kolekcjonerkę Podróżną, z którą radośnie obdarowujemy się nawzajem wydaniami, których nie ma ta druga, najczęściej przy kawie, dzieląc się ciekawymi opowieściami o książkach i nie tylko (Dana, dziękuję pięknie za wszystkie książki i wspaniałe opowieści).

Z założenia unikam wszelkich pozorów snobizmu oraz ekskluzywności mojego zajęcia. Dlatego z chęcią pokazywałam kolekcję (była nawet w innym mieście) osobom znajomym i obcym. Poznałam przy tej okazji kolekcjonera porcelanowych naparstków z całego świata oraz kolekcjonera pudełek zapałek z różnych krajów i polskich edycji limitowanych tychże. Rozmyślnie nie kupuję gadżetów z postaciami z książki czy ekranizacji, staram się także omijać wzrokiem wiadomości ze sklepu oferującego tylko produkty związane z książką i jej bohaterami (zajrzyjcie na tę stronę). Jeśli już dostanę coś z tego rodzaju rzeczy (np. porcelanę, notes), to staram się ich używać, a nie traktować jak eksponaty. Zupełnie nie wiem więc, dlaczego najpopularniejszym postem na moim blogu okazał się tekst ze zdjęciami o ciastkach.

Bezmierny urok liczb

Teraz coś dla Ciebie, Czytelniku o ściśle logicznym umyśle, kochającym cyfry, dane, fakty i wnioski, czyli – zdaniem Małego Księcia – Dorosłym. Oto garść twardych faktów, coś do twojej kolekcji rzeczy ważnych i policzalnych.

Mam w mojej kolekcji wydania książki „Le Petit Prince” (tytuł oryginalny) Antoine’a de Saint-Exupéry'ego w 104 językach i dialektach, z których trzy języki należą do wymarłych (i żaden z nich nie jest łaciną, choć rzeczona także znajduje się w tym zbiorze). Mam aż 64 polskie wydania książki w 21 przekładach na nasz język. Wszystkie woluminy zajmują cztery i pół półki, co stanowi połowę regału. Gromadzenie zbiorów trwa już 25 lat. Największa książka w kolekcji ma wymiary 37 cm na 29,5 cm, najmniejszy tomik: 5 cm na 3 cm, zaś najgrubszy wolumin spina okładka o 7-centymetrowym grzbiecie. Czytelnicy bloga o kolekcji mieszkają w Polsce (zdecydowana większość) oraz w 65 innych krajach na wszystkich kontynentach. Żadna z książek, które otrzymałam w prezencie, nie została zdublowana – nawet w przypadku tego samego języka (kataloński) ofiarodawca kupił inne wydanie.

Możliwe, skrupulatny Czytelniku, że czytasz właśnie już mój trzeci tekst o małoksiążęcej kolekcji na portalu LC. Czy z powyższej wyliczanki płynie, Twoim zdaniem, jakiś wniosek?

Podkładka pod kubek czy cenny depozyt

Zbiory mam, ale jak je przechowywać? Zamknąć w sejfie i odkurzać raz do roku? Przeznaczyć na nie osobny pokój? Wyeksponować w pięknie podświetlonej witrynce? Zaprezentować na półkach głównej ściany w salonie? Ustawić alfabetycznie w biblioteczce obok innych książek (konia z rzędem temu, kto alfabetycznie ustawi choćby wszystkie wydania perskie i arabskie)? Trzymać pod łóżkiem, by móc w każdej chwili sięgnąć i poczytać? Kolekcja stoi po prostu w biblioteczce, zajmuje wydzielone pół regału. Książki poustawiane są według kilku porządków jednocześnie (czasem się wykluczających): wielkości, języka, wydawnictwa, koloru, daty otrzymania itd. Najważniejsze, że mogę wszystko znaleźć, choć – przyznaję – bywają momenty trudne.

Mieć czy być... zbieraczem opowieści?

Podejrzliwy czytelnik pewnie zapyta w tym miejscu: może taka kolekcja to nic innego jak kompensacja jakichś braków psychicznych albo, po prostu, zwykła żądza posiadania? Przyznam się zatem cichutko: jestem człowiekiem ery analogowej. Lubię papierowe książki, ale jeszcze bardziej lubię wspomnienia o tym, w jakich okolicznościach daną książkę przygarnęłam do domu, co się wtedy działo w moim życiu albo z kim mi się ona kojarzy. Najbardziej zatem cenię nie te cenne i rzadkie albo przybyłe z najdalszych krańców globu, ale takie, które przyniosły ze sobą jakąś ładną historię. W rzeczywistości bowiem zbieram opowieści i emocje, które się z nimi łączą. Książka to dla mnie ludzie, którzy mi ją ofiarowali, sprzedali, wskazali drogę do księgarni, podali do ręki albo opowiedzieli coś o niej. Czy zatem jestem materialistką?

A co Wy kolekcjonujecie? Może zbieraliście coś kilka lat temu? Gdzie przechowujecie swoje kolekcje? Pamiętacie jakieś ciekawe opowieści związane ze swoimi zbiorami? A może znacie kogoś, kogo fascynują jakieś nietypowe rzeczy, które kolekcjonuje?

 

Reklama

komentarze [71]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

6657
330
28.03.2019 18:06

Zapraszam do dyskusji.


248
0
31.03.2019 11:26

Wow. Szacunek.
A myślałem, że ja jestem bibliofilem.
Przybijam wirtualną piątkę. :)


0
0
31.03.2019 12:25

Osobiście mogę tylko gratulować i pozazdrościć kolekcji, bo jest się czym szczycić.
O swojej nie będę mowić, bo nie ma się czym chwalić. Chociaż był czas, że zbierałam książki z bajkami. Za wyznacznik służyły prace i nazwisko ilustratora. Królem pozostaje Szancer, ale mam też książki ilustrowane przez Stankeva, Spirina, Ingpena czy Brunovsky'ego. Teraz, gdy biorę którąś z...

więcej

6657
330
01.04.2019 00:31

Zdecydowanie na temat.
Dziękuję za piękną hazardową opowieść :-)

Także pasjami lubię prace Jana Marcina Szancera, mam kilkanaście książek przez niego zilustrowanych.

Uwielbiam także kreskę Antoniego Uniechowskiego do tego stopnia, że pozbyłam się nowego wydania "Lalki" B. Prusa, a kupiłam za bezcen trzytomowe wydanie PIW-owskie z 1987 roku z ilustracjami Mistrza:
 Lalka. Powieść w trzech tomach t. I

więcej

Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

1567
261
31.03.2019 12:36

Ależ się fantastycznie czytało! Podziwiam zacięcie i pomysł na zbieractwo a imponującej kolekcji zazdroszczę :) Utożsamiam się intensywnie z autorką bo sama od dawien dawna zbieram wydania „Mistrza i Małgorzaty” – zbiorek mam skromniutki ale i tak niesamowicie cieszy oko. Czasami gdzieś w tyle głowy przejdzie mi przez myśl, że po co mi ten „Mistrz...” po chorwacku no ale...

więcej

895
32
31.03.2019 12:36

Ha, ja od pewnego czasu staram się ograniczać i kontrolować przy zakupie książek. Ale widzę, że niesłusznie, bowiem jak pokazuje Twój przykład, może towarzyszyć temu tyle emocji i przygód. Dlatego z żalem stwierdzam, że kolekcjoner ze mnie żaden - właściwie jedyne, czym mogę się pochwalić to kilka książek z serii Biblioteka Japońska wydawnictwa Wilga:

 Złota pagoda

więcej

511
165
31.03.2019 12:45

Szczerze podziwiam :) Sam zbieram książki z datami w tytule - 1914, 1939, 1944, 1945, 1956 (1984 byłoby za proste, poza tym chodzi o opracowania historyczne), i wiem po sobie że zbieractwo nie jest normalne, ale z drugiej strony co jest?


3720
3481
31.03.2019 12:54

Ja kupuję średnio 5-6 książek w miesiącu.Kupuję.Taką literaturę,która dla większości.Jest kiczem nie wartym, uwagi.


1254
75
31.03.2019 20:54

Większość nie zawsze ma rację, co zwłaszcza w Polsce jest chyba oczywistą oczywistością...


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2674
555
31.03.2019 13:11

Podziwiam. Kiedyś zbierałam serię tatrzańską z parzenicą, ma około 10 książek, a później "Arcydzieła Wielkich Myślicieli"- paru tomów mi brakuje. Zbierałam też "Wielcy malarze" i Historię sztuki w 20 tomach. Chociaż staram się moje zbieractwo ograniczać. Zbierałam książki Michała Hellera, ale stwierdziłam stop, najpierw muszę przeczytać to co mam. Podziwiam stałość w...

więcej

1253
126
31.03.2019 13:28

Ja zbieram publikacje na temat Dolnego Śląska, zarówno w formie papierowej jak i elektronicznej. Interesuje mnie głównie historia i przyroda, a szczególnie geologia, mojej ukochanej małej ojczyzny. Mam również całkiem sporą kolekcję tolkienistyczną - różne przekłady, oryginalne wersje oraz eseistykę.
Jest jeszcze między innymi ewolucja synapsydów - tu niestety są to prawie...

więcej

2762
128
31.03.2019 13:51

Strona niedostępna: https://sztambuch-rozy.blogspot.com/2007/02/jeruzalem-jesli-zapomne-o-tobie-niech.html :(

Doskonale rozumiem... chociaż to kolekcjonerstwo bo chyba nie czytasz hieroglifów czy wszystkich tych języków? :D Tak czy inaczej kolekcja wspaniała i wartościowa.

Sam również jestem kolekcjonerem - zbieram polskie wydania fantastyki naukowej 1945-1989....

więcej

6657
330
31.03.2019 14:44

Można spróbować tak:
https://sztambuch-rozy.blogspot.com/

i kliknąć z lewej etykietę "hebrajski".

Hieroglifów nie czytam, ale mam ambicje przeczytać w tylu językach, w ilu będę w stanie.
Na razie jest to możliwe po polsku, wielkopolsku, śląsku, czesku, angielsku, rosyjsku, chorwacku. Liczę na więcej :-)


6657
330
02.04.2019 00:05

Link w tekście już działa (po korekcie) :-)


2762
128
02.04.2019 12:57

Pięknie dziękuję, przeczytam z miłą chęcią. Ciekawi mnie ta wersja hieroglificzna, dobra okazja by poćwiczyć po lekturze "Mowy Bogów" :)


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

zgłoś błąd