Ogniwa większego łańcuszka, czyli siedem książek z prywatnej top listy

Michał Cetnarowski
02.08.2020

Dobra, miejmy to już za sobą. Otóż muszę się Wam do czegoś przyznać. No ale co zrobić, skoro taka jest prawda: nie lubię, no naprawdę nie lubię facebookowych łańcuszków. Co nie zmienia faktu, że ten felieton jest właśnie kolejnym ogniwem w jednym z nich.

Ogniwa większego łańcuszka, czyli siedem książek z prywatnej top listy

Chodzi o popularną ostatnio listę siedmiu ważnych lektur, które wpłynęły na wasze czytelnicze życie. Na pewno podobny wpis albo nominacja przewinęły się choć raz u Was na wallu. Należy wklejać tylko okładki książek, bez żadnych uzasadnień i recenzjowania.

I już tu zaczynają się schody.

Reklama

Metoda wyboru metody wybierania

Nie chodzi nawet o to, że trudno znaleźć jedną odpowiedź na pytanie, co to są „książki ważne”. No bo: ważne, ale w jakim momencie? Kiedy dopiero stawiałeś pierwsze czytelnicze kroki – czy też istotne dla ciebie ostatnio? A może to te, z którymi najbardziej się mordowałeś, i być może nawet nie doczytałeś ich do końca (kto ogarnął cały „Finneganów Tren”, niech pierwszy rzuci kamieniem)? Czy też takie, które weszły ci jak chłodny koktajl w parny dzień i wymasowały zwoje mózgowe na glanc, ale dziś pamiętasz z nich właśnie tylko tę błogość, a treść jakby uleciała? A jeśli czytałeś słabą książkę, kiedy poznałeś nową dziewczynę, i na starcie przyznałeś autorowi +10 do prestiżu? Albo bardzo dobrą, ale właśnie rzucił cię chłopak i cały świat przesunął się z barwami w spektrum szarości? Jak to ocenić, zestawić, przeliczyć jedne emocje na drugie?

Mówiłem już Wam, że łańcuszki internetowe to bardzo skomplikowana sprawa…?

Do tego dochodzi ten zwykły odruch człowieka, który od kilku(nastu) lat pisze o czytaniu (i czyta o pisaniu, ale to temat na inny felieton). Jak to tak: wstawiać same okładki, bez choćby dwóch zdań wyjaśnienia, co cię tak pozamiatało? Ale dodanie nawet dwóch zdań też niczego nie załatwi – bo jak w twitterowym skrócie napisać o książkach, które cię definiowały? I nagle okazuje się, że to, co miało być sympatyczną zabawą wśród znajomych, zamienia się w węzeł gordyjski nie do rozwikłania. (Jednak dopuszczam też możliwość, że to po prostu reakcja obronna w momencie, kiedy człowiekowi Facebook wejdzie za mocno).

Pierwsze ogniwa

Ale dobra, oto jest. W końcu dałem się złamać. Nominowany podstępnie przez kumpla, robię tylko ten unik, że zamiast mordować się przez tydzień w socialmediach, od razu walę kawę na ławę w jednym konkretnym wpisie. Miejmy to już za sobą. Przyjęta metodologia to oczywiście najdzikszy i zupełnie niekonsekwentny miks wszystkich tych dramatycznych emo-rozterek, które opisałem powyżej. No ale czy może być inaczej, kiedy w grę wchodzi tak poważna sprawa jak czytanie?

Reklama

To zapewne jedno z najbardziej klasycznych genesis w fantastycznym światku: na początku był „Władca pierścieni” J.R.R. Tolkiena. To właśnie tę książkę rozpoznaję jako swoją pierwszą „dorosłą fantastykę”, którą przeczytałem, gdy miałem, bo ja wiem, trzynaście, czternaście lat? W połowie postnych w popkulturę lat 90. wędrówka po Śródziemiu była jak wizyta w Disneylandzie. Jakby ktoś rozpakował ci pod czaszką cały fantastyczny świat. Nie wiem, ile czasu czytałem te dobre półtora tysiąca stron trylogii w kanonicznym tłumaczeniu Marii Skibniewskiej, ale do dziś pamiętam dotyk obłożonych szarym bibliotecznym papierem okładek i zapach tych grubaśnych skarbów. Lubię myśleć o tym trzynastoletnim dzieciaku jeszcze bez okularów, za to wciąż z włosami na czaszce, jak w zaciszu pokoju zaczyna pierwszą tak epicką podróż, nie spodziewając się zupełnie, gdzie prowadzi ta droga, żyjącego przez te długie miesiące zarówno w przyziemnej szkole, jak i w czarownym Shire, pośród cudów, elfów i entów.

„Ubik” Philipa K. Dicka. Z Tolkienem powtarzałem zapewne ścieżkę czytelniczą wielu z Was. Do Dicka za to przekonał mnie… nauczyciel języka polskiego. Pomiędzy Mickiewiczami i Słowackimi rzucił kiedyś jego nazwisko i zabrzmiało to tak, jakby mówił o kimś, kogo wszyscy znają. Ja nie znałem. Wypożyczyłem zatem z biblioteki „Ubika” – pierwsza działka za darmo – i z miejsca wpadłem. Potem przeczytałem wszystko tego autora, co było wówczas dostępne, łącznie z biografią PKD pióra Lawrence’a Sutina, i do dziś kolekcjonuję kolejne dickiana, jeśli tylko nawiną się pod łapki (jakiś czas temu ukazała się na przykład kapitalna biografia „Człowiek, który pamiętał przyszłość” autorstwa Anthony’ego Peaka). Każdy z Was miał pewnie podobne fazy na czytanie danego autora seriami (sam swego czasu zaliczyłem tak cugi z Chandlerem czy Vonnegutem jr). Dziś ta intensywność siłą rzeczy osłabła, ale wciąż od czasu do czasu lubię wracać do twórczości Philipa. Może dlatego, że cały czas mam przeświadczenie, że Dick to jeden z najprawdziwszych świętych literatury, jurodiwy heretyk, który trafia się raz na tysiąc lat. Zauważyliście też, że z upływem lat coraz większy smutek bije z tych tekstów? Może dlatego wciąż są tak dobre. Dziś najchętniej sięgam po „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” – tak różne od filmowego „Blade Runnera” – i po „Przez ciemne zwierciadło”. Ta ostatnia książka to może najbardziej intymna i przejmująca powieść Philipa, w której opisuje on, jakie spustoszenia zrobiła w jego otoczeniu kultura dragów, tak popularnych w latach 70. w słonecznej Kalifornii, i tak istotnych dla twórczości Dicka.

„Solaris” Stanisława Lema. Do Lema dojrzewałem długo i na serio zapałałem uczuciem dopiero na studiach. Tylko czy mogło być inaczej, skoro pierwsze podejście to był kompletny niewypał? No bo pomyślcie – kto przy zdrowych zmysłach każe dzieciakowi w szóstej klasie podstawówki czytać „Bajki robotów”, i to jeszcze zestawione z „Weselem w Atomicach” Mrożka… Absurd porównywalny do tego, co działo się na kartach tych opowiadań. Ale w końcu uznałem, że nie ma już na co czekać. Za drugim podejściem zażarło od razu – może właśnie dlatego, że sięgnąłem po „Solaris”. Potem z miejsca rzuciłem się w wir nadrabiania listy lektur i na pierwszy ogień poszły „Opowieści o pilocie Pirxie” (pycha), „Niezwyciężony” (mniam), „Biblioteka XXI wieku” (mistrzostwo), „Cyberiada” (palce lizać). Ten proces trwa zresztą do dzisiaj, a doczytując kolejne tytuły z obszernej bibliografii mistrza, w zasadzie za każdym razem odkrywam, że Lem jako prozaik i myśliciel nie zestarzał się ani trochę, nawet jeśli zakładał, że mózgi elektronowe, które przeorają nam życia, będą miały kształt wielgaśnych skrzyni, a nie delikatnych szklanych płytek do noszenia w kieszeni.

„Jądro ciemności” Josepha Conrada też poznałem na studiach. Krótka nowelka ogłuszyła mnie jak obuchem – znałem już filmowy „Czas Apokalipsy”, teraz poznałem fundament, na którym postawiono ten gmach. Co ciekawe, nigdy nie przemawiało do mnie najbardziej dosłowne odczytanie ksiązki Conrada: każące widzieć w niej w zasadzie tylko doraźną krytykę kolonializmu i prawie-historyczny zapis zbrodni Leopolda II. Gdyby „Jądro ciemności” miało traktować tylko o tym, z miejsca przebiłby je każdy reportaż, który literalnie opiera się na faktach. Dlatego tak lubię „Serce ciemności” – najnowsze „spolszczenie” tekstu Conrada dokonane przez Jacka Dukaja – które ucieka od tych publicystycznych dosłowności. I dlatego takie wrażenie zrobiło na mnie swego czasu także „Serce Mroku” tego samego autora, przenoszące akcję z noweli Conrada w głęboki kosmos, na planetę opanowaną przez nazistów, którzy wygrali II wojnę światową, po czym zmagania między państwami rozgorzały między gwiazdami. Każde z tych odczytań dodaje nowych kontekstów do oryginalnego „Heart of Darkness” i poszerza pole czytelniczej walki; dzięki takim inicjatywom stare teksty wciąż żyją i wciąż mają coś do powiedzenia w nowych, dziwnych czasach.

Reklama

Z ostatniej chwili

„Tehanu” i „Inny wiatr” Ursuli LeGuin czytałem bardzo niedawno. Może dlatego zwieńczenie pięcioksięgu Ziemiomorza traktuję w sumie jak jeden tytuł. Za młodzieńczym podejściem do LeGuin przeczytałem tylko pierwsze trzy – „kanoniczne” – tomy tego monumentalnego i bardzo osobnego cyklu fantasy. Dziś już wiem, że bardzo dobrze się stało. Napompowany adrenaliną po bitwie w Helmowym Jarze, szukałem fantasy, w którym znajdę podobne chłopackie starcia, potwory i wyzwania. Tymczasem już w pierwszych księgach Ziemiomorza LeGuin okazała się dwa razy dojrzalsza, poważniejsza, stonowana. Co mógłbym wówczas zrozumieć z „Tehanu” i z „Innego wiatru”, które wyróżniają się swoją kameralnością nawet na tle innych tomów cyklu? Nie mówię, że dziś jestem dużo mądrzejszy – to brawurowe przypuszczenie – niemniej wszedłszy w smugę cienia, być może trochę lepiej rozumiem Geda Krogulca: prostego czarnoksiężnika, co stał się potężnym arcymagiem, który musiał stracić wszystko, żeby znów stać się człowiekiem. A jego związek z Tenar, gdy mają już swoje lata – to absolutny majstersztyk, jeśli chodzi o przedstawianie w literaturze dojrzałych romansów.

„Limonow” Emanuela Carrére to też odkrycie ostatnich miesięcy. Niby biografia, literatura faktu, a jednak... Czytało się to jak najlepszą beletrystykę, pisaną prostym, a mimo to sugestywnym językiem, bez podlizywania się bohaterowi albo czytelnikom, a jednocześnie z prawdziwą empatią i fascynacją. Zmarły na początku tego roku Eduard Limonow oprócz tego, że był pisarzem, miał też sporo za uszami, ale jednocześnie wydaje się prawdziwym „bohaterem większym niż życie”, który każdego Conana zjada na śniadanie. Podobne odkrycia naturalną koleją rzeczy rozgałęziają się zresztą na następne tytuły, książki i autorów. Na półce zatem czekają już „Ja, Ediczka” samego Limonowa, świeżutki zbiór esejów Carrére „Dobrze jest mieć dokąd pójść”, a na czytniku grzeje się „Klasztor” Zachara Prilepina, który jako jedna z postaci pojawia się w „Limonowie”. Zobaczymy, czy wśród tych tytułów kryje się kolejne olśnienie.

Komiksy TM-Semic. Rozpatrując rzecz pod względem wagi czy prestiżu, z komiksów na tej liście powinni znaleźć się na pewno „Strażnicy” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa, może najważniejszy komiks w historii tego medium; z chęcią dorzuciłbym też „Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera albo „Sandmana” Neila Gaimana – być może najbardziej literacki komiks wszechczasów. Albo „Skalpa” Aarona/Guéry. Ale prawda jest taka, że to tylko późniejsze racjonalizacje i zadzieranie krytycznego nosa. Pierwsze i najważniejsze były tamte kruszyny: comiesięczne zeszyty sprzedawane w kioskach „Ruchu”, niepozorne przy wymienionych wcześniej monolitach graphic novels. A jednak. Zbyt wiele osób w okolicach czterdziestki powtarza dziś, że komiksy TM-Semic to była dla nich lektura formacyjna, żeby to mógł być przypadek. Punisher polujący z Wolverinem na przemytników zwierząt w afrykańskiej dżungli, wesele Spider Mana, Superman wygnany z Ziemi w podróż wśród gwiazd, Batman wspinający się na promień światła razem z Jokerem zamkniętym w Arkham… Przynoszone co miesiąc przez mamę komiksy były jak czarodziejskie pierścienie i miecze świetlne w jednym: prawdziwe portale do innych, bardziej kolorowych światów. Dziś te wszystkie historie zlewają mi się w barwną mozaikę, cudny fresk – w którym jedne fragmenty już się może zatarły, ale inne wciąż świecą świętym blaskiem. Niedawno na przykład powtórzyłem sobie zebrany w jednym tomie „Batman: Knightfall” – i okazało się, że te wołania z przeszłości wciąż potrafią sprawić mnóstwo frajdy. Cóż, właśnie tak hartowała się stal.

Zamiast epilogu

To tyle tych wstydliwych konfesji. Tu na siłę stawiam kropkę, choć przecież wiadomo, że takie wyliczenia nie kończą się nigdy. Drugą ich niezbywalną cechą jest to, że za dziesięć – dwadzieścia, trzydzieści i więcej – lat, ta lista będzie zapewne wyglądać inaczej. Proces lektury trwa aż do ostatniej kartki.

A teraz, żeby rytuałowi stało się zadość, do opisu najbardziej pamiętnych książek nominuję oczywiście Was. Jakie tytuły Was uformowały i czy wciąż do nich wracacie? Wpisujcie miasta.

Reklama

komentarze [21]

Sortuj:
598
27
03.08.2020 16:08

7 to bardzo mała liczba... No ale spróbuję.
1.  Mag Mag
2.  Drogi wolności Drogi wolności
3.  Żar Żar
4.  Czarodziejska góra Czarodziejska góra

więcej

24
5
03.08.2020 15:32

1. Harry Potter i kamień filozoficzny
2. Lalka
3. Lista Schindlera
4. Dr. Jekyll i pan Hyde
5. Ziemia Obiecana
6. Solaris
7. Mitologia Nordyca (Gaimana)

Ciężko wybrać tę magiczną siódemkę a jeszcze ciężej ustalić kolejność, dlatego też u mnie jest przypadkowa.
No, poza Harrym Potterem, bo była to ta książka która wciągnęła mnie w świat czytelnictwa.


6396
536
03.08.2020 14:54

Jutro lista może być inna.

1. Wojna o czułe miejsca don Emmanuela.
2. Paragraf 22
3. Miłość w czasach zarazy
4. Folwark zwierzęcy/Rok 1984
5. Galapagos
6. Cyberiada
7. Fechmistrz

Po namyśle, takich siódemek mógłbym stworzyć kilka.


650
371
03.08.2020 13:23

Myślę, że 7 książek to jednak za mało, choćby 10 to już lepiej brzmi, 7 to tak ni w pięć ni w dziewięć. Jednak i ja spróbuję, oprócz książek jako pełnoprawną pozycję liczę opowiadania, które mnie całkowicie rozłożyły na łopatki:
1. Bóg Wie
2. Przeminęło z wiatrem
3. Sto lat samotności
4. Przestrzeń objawienia
5. Lewa ręka ciemności
6. Ostatnie pytanie
7. Szklana zupa


1083
47
03.08.2020 12:20

Trudny wybór...Może:
1.  Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia
2.  Ania z Zielonego Wzgórza Ania z Zielonego Wzgórza

więcej

650
371
03.08.2020 13:26

Uwielbiam Na wschód od Edenu, cudowna powieść.


656
605
03.08.2020 11:16

"... przewinęły się choć raz u Was na wallu" - szkoda, że nie znam hiszpańskiego. Bo to "wallu", to chyba po hiszpańsku, nie? A po polsku nie można by było na LC?


156
1
03.08.2020 09:30

Trochę się spóźniłem, ale dodam od siebie swoją listę okładek :)
 Rok 1984 Rok 1984
 Brak tchu Brak tchu
 Ojciec chrzestny Ojciec chrzestny
 Sycylijczyk

więcej

1607
179
02.08.2020 19:40

Moja pierwsza dorosła książka to  Mały Wielki Człowiek Mały Wielki Człowiek
oraz fenomenalny  Lot nad kukułczym gniazdem Lot nad kukułczym gniazdem


241
73
02.08.2020 17:52

Aldous Huxley - Kontrapunkt, Alejo Carpentier - Podróż do źródeł czasu, Filokalia. Teksty o modlitwie serca, Tomasz Merton - Zen i ptaki żądzy i Modlitwa kontemplacyjna

więcej

278
28
02.08.2020 17:36

Eugeniusz Zamiatin - "My" - najlepsza z dystopii i pierwsza z tego gatunku, od którego jestem uzależniona;
J. K. Rowling - "Harry Potter i..." - bo kogo z mojego pokolenia nie ukształtowała historia o chłopcu, który dostał się do Szkoły Magii? (sama przez wiele lat liczyłam na list, który dojdzie z opóźnieniem...);
Dennis Lehane - "Miasto Niepokoju" - początek obsesji na...

więcej

650
371
03.08.2020 13:27

Ooo, My, Grona gniewu i Miasto niepokoju, super pozycje, też bardzo lubię te książki.


6396
536
03.08.2020 14:41

Duży plus za Zamiatina. Grona gniewu też.


zgłoś błąd