Wcielenie kobiety nowoczesnej

krosciucha
30.01.2020
Okładka książki Tamara Łempicka Virginie Greiner, Daphné Collignon
Średnia ocen:
6,8 / 10
38 ocen
Czytelnicy: 128 Opinie: 4

Komiks przedstawiający krótki i burzliwy (ale nie jakoś wybitnie, jeśli wczytać się w jej losy) okres życia Tamary Łempickiej – czy jak chce tytuł oryginalny, Tamary de Lempickiej – to pozycja nieodbiegająca od wcześniejszych tego typu książek wydanych przez wydawnictwo Marginesy. Kolejna biografia kolejnej interesującej osóbki, tak samo wspaniale wydana, genialnie narysowana i niezadowalająca pod względem fabularnym jak poprzednie, która – jako że wydano ją z końcem 2019 roku, stanowi świetne zamknięcie pewnego cyklu. Od komiksowej biografii Artemizji Gentileschi przeszliśmy bowiem długą drogę. Te dwie panie – artystki – różnią się tak, jak różniły się czasy, w których przyszło im żyć.

Łempicka jest raczej mało znaną artystką – oczywiście jeśli porównywać ją ze sławami pokroju np. Picassa – ale rozpoznawalną, do czego na pewno przyczyniają się dwa fakty: jest kobietą i ma charakterystyczny styl. W historii sztuki znajdziemy bardzo mało wzmianek o kobietach artystkach, stąd każda kolejna jest niemal na wagę złota. Łempicka stanowi symbol szalonych lat 20., jest ikoną stylu zwanego art deco. Była biseksualna i wyzwolona, umiała się zabawić, świetnie odnajdywała się tak w światku rozrywkowych bogaczy, jak cyganerii, miała niebanalną urodę i zamiłowanie do malowania kobiecych aktów. Tego wszystkiego możemy dowiedzieć się z fabuły komiksu Greiner i Collignon, resztę jak zwykle dopowiada posłowie. Komiks przedstawia bardzo krótki wycinek jej życia – kilka szalonych dni i nocy dzielonych pomiędzy rodzinę i pracę, zabawę i malowanie. Problem stanowi fakt, że nie znając dobrze jej biografii – jak to byłoby w przypadku bardziej znanych artystów – nie da się w pełni docenić owego fragmentu dziejów. Może poszukiwanie nowej modelki do jednego z najsłynniejszych obrazów było momentem przełomowym – a może nie. Tego nie wiemy, ale raczej nic na to nie wskazuje.

A więc otrzymujemy krótki urywek historii Tamary, który jednak oddaje całkiem nieźle jej niezwykłość. Przede wszystkim Łempicka jest kobietą wyzwoloną, o czym nieraz wspomina w kłótniach z mężem, „pięknym Tadeuszem”. To ona utrzymuje rodzinę – co niebagatelne! – z pracy artystki malarki. To zjawisko, które nie przeszłoby tak łatwo w dawnej Europie (kto czytał chociażby zmagania Artemizji w dobie baroku, ten wie, o czym piszę). W szkole Lhote'a, do której uczęszcza Tamara, są też inne kursantki. Jednocześnie Łempicka, jako kobieta nowoczesna, nie zostaje w tyle, jeśli idzie o zabawę – dotrzymuje kroku mężczyznom, którzy nie tak dawno temu jako jedyni mogli być bywalcami klubów. Robi ze swoim życiem, co chce. Maluje „po męsku”, to jest od wieków tworzone przez płeć brzydką akty kobiece, i to w sposób szokujący, otwarty, pełen nieukrytego pożądania. Tamara wręcz nie może malować bez upojnego życia nocnego, bez kontaktów biseksualnych, pozamałżeńskich – co stanowi kolejną jej ważną cechę, która czyni z niej ikonę tego okresu – czy bez wychodzenia z domu. Jest przełamaniem wszystkich starych stereotypów na temat kobiet. Chyba najbardziej znaczące jest to w momencie, gdy mąż zarzuca jej, że kocha sztukę bardziej od własnej córeczki – a Tamara nie zaprzecza. Takie zdanie byłoby czymś zrozumiałym, gdyby chodziło o artystę mężczyznę, ale szokuje, gdy mowa o kobiecie. A Tamara taka była – wierna przede wszystkim swojej sztuce.

Właśnie dzięki ukazaniu artystki jako wcielenia kobiety nowoczesnej można wybaczyć zdawkowość i banalność fabuły, która wydaje się pozbawiona jakiegoś jednego głównego wątku, nie ma celu, brakuje jej wyraźnej puenty. Tamara kłóci się z mężem – i nic z tego nie wynika. Szuka tajemniczej modelki, której cień, nieadekwatnie tajemniczy, pojawia się nawet i na okładce – i po znalezieniu jej też nic się w zasadzie nie zmienia w jej życiu. Takie przedstawienie historii Tamary może zawieść. Na pocieszenie, poza niezłym symbolem wyzwolonej kobiecości, dostajemy rewelacyjną kreskę pani Collignon.

Komiks narysowany jest genialnie – to bezsprzecznie najlepsza pod względem stylu rzecz, jaką oglądałam od Marginesów. Ciepłe, szalenie eleganckie kolory – brązy, biele, czernie, rewelacyjnie skontrastowane ze sobą. Kolory kładzione jak cienie, w idealnej harmonii, te faliste, delikatne linie – cudownie obłe, gdy idzie o podkreślanie kobiecych kształtów, a zwłaszcza ten nieziemski kolor platynowy, dodający jakiegoś wysmakowania, wysublimowania – to cechy nadające komiksowi Collignon rys niepowtarzalności. Każdą kartkę można powiesić sobie na ścianie, bo to prawdziwe dzieło sztuki. Styl Collignon wydaje się tak gustowny, że pokusiłabym się o nazwanie go patynowym – bo patyna nadaje lekko staroświecką dostojność, ponadczasowość. Konserwuje, jak to ma zrobić z postacią Łempickiej ten komiks.

Wydaniu nie można absolutnie nic zarzucić. Przeraża oczywiście cienkość tomiku – jest cieńszy od deski do krojenia chleba – ale przecież koniec końców nie ilość się liczy, a jakość. Nie jest to może biografia, która rzucałaby na kolana – choć może pod względem rysunkowym rzeczywiście jest się bliskim głębokiemu ukłonowi.

Komiks o Tamarze Łempickiej to solidne, dopracowane dzieło, przypominające nieco broszurkę z zarysowanym symbolem kobiety wyzwolonej, kobiety szalonych lat 20., a przy tym bezkompromisowej artystki. Da się historię artysty przedstawić lepiej (przykład niedaleki: „Pablo. Integral” Birmant i Oubreriego, o Paryżu z lat ciut wcześniejszych), ale nie ma dramatu. Co wyróżnia komiks, to wspaniała, wysublimowana kreska Collignon, dla której – jeśli nie dla szczątkowej fabuły – warto zapoznać się z tym tomikiem. Ale dla tych, którzy zainteresowani są odkrywaniem nieznanych, a często zapomnianych artystek, rzecz obowiązkowa. Dla reszty – można sobie odpuścić, chyba że ktoś pragnie zachwycić się stylem rysowniczki. Pod tym względem nikt nie powinien być zawiedziony.

Agata Majchrowicz

Kup książkę

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
zgłoś błąd