Sławne kościotrupy

krosciucha
24.01.2020
Okładka książki Siedem szkieletów. Historia najsłynniejszych ludzkich skamieniałości Lydia Pyne
Średnia ocen:
4,5 / 10
8 ocen
Czytelnicy: 51 Opinie: 3

Nie do końca zdrowe zainteresowanie kościotrupami i jak najbardziej normalne zafascynowanie początkami ludzkości powinny zostać zaspokojone lekturą „Siedmiu szkieletów” Lydii Pyne. Powinny. A jednak autorka, biorąc się za bary z tak fascynującymi kwestiami... kompletnie przegrywa batalię, dostarczając czytelnikowi nudnawą, przegadaną, dłużącą się historię siedmiu sławnych trupów sprzed wieków. A raczej próbę przedstawienia ich drugiego życia – tego kulturowego.

Pyne jest antropolożką, która zgubiła się pomiędzy opowiadaniem historii homininów a próbą wytłumaczenia ich sławy. Tym sposobem dostajemy książkę przepełnioną zadziwiającą mieszanką powtórzeń, nużących wywodów i interesującej treści, która dostarcza co jakiś czas skoków zainteresowania niepozwalających całkowicie odpaść z lektury, ale niewystarczających do tego, aby całość zapadła w pamięć. W zasadzie Pyne nie udaje się nawet wytłumaczyć, dlaczego wybrała akurat te siedem (i tylko tyle?) skamieniałości – a nie jakieś inne. Te „gwiazdy paleoantropologii” są wyselekcjonowane wybitnie subiektywnie, co stanowi spory problem w pozycji popularnonaukowej – prezentuje bowiem przez to niepełny obraz nauki. Jakiś wycinek, który ciężko umiejscowić sensownie w większej całości.

Każdy z nas pewnie coś słyszał o początkach ludzkości – jakieś neandertalczyki czy australopiteki. Nie wiem, dlaczego Pyne nie zdaje sobie sprawy z tego, że większość jej czytelników zapewne ma spore braki w wiedzy, a więc takową pasowałoby solidnie uzupełnić. Ale nie – autorka nie dość, że zarzuca tu i tam niewytłumaczonymi zagadnieniami z antropologii (skąd mam, u licha, wiedzieć, co to znaczy brekcja czy kartowanie?), to nie zniża się nawet do tego, aby uszeregować prezentowane szkielety chronologicznie – pomijając łatwą do przeoczenia malutką infografikę ze wstępu. Mało tego: przy opisie poszczególnych przypadków nie przedstawia żadnych cech poza czasami wzrostem czy wagą – i stąd nie wiadomo, czym w zasadzie różniła się Lucy od Sediby (pomijając gatunek). Cały czas człowiek zastanawia się nad wyborem takich a nie innych przykładów. Chociażby dlaczego Pyne postanawia nie wspominać człowieka z Jawy, po czym jednak go prezentuje na szybko, przy okazji Flo?

I jak można tak nudno opisać frapujący przypadek oszustwa wszech czasów, podrobionego okazu z Piltdown?! Sama jego obecność to ogromny plus dla publikacji, ale styl… styl może wykańczać. Wodolejstwo czy zbitki powtarzających się, niewiele znaczących trudnych terminów to największe minusy książki Pyne, inne to po prostu złe tempo opowieści czy… pomijanie tych najciekawszych treści. Czy nie należałoby się bardziej skupić na poszukiwaniu oszusta w przypadku Piltdown (choć, jak to rozumie autorka: traktowanie okazu jako oszustwa „sprowadza go do statusu obiektu materialnego”, co jest dla mnie masłem maślanym)? Jak można nie napisać nic o tajemniczych Ebu Gogo, floreńskich hobbitach? Nie rozumiem tego ni w ząb – moje zainteresowania zupełnie nie pokrywają się z tymi autorki. Zresztą kwestia zęba też ciekawa – niejaki Zdansky wsunął sobie jeden do kieszeni na wykopaliskach w Zhoukoudian. Co dalej z tym artefaktem – nie wiadomo.

Oczywiste natomiast jest to, że Pyne intryguje kapryśna sława skamieniałości. Jest to, przyznajmy, zjawisko naprawdę ciekawe, jednakże bardzo niewdzięczne, bo pomimo tylu prób analizy dalej wymyka się opisom. Nie wiadomo, co dokładnie decyduje o sławie danego przypadku. Amen. Dodatkowo dobija to, że najciekawiej o sławie autorka pisze… w posłowiu. Trochę denerwuje świadomość, że tyle się człowiek namęczył, a wystarczyło od razu skoczyć na koniec książki.

Nie chcę zarzucać przykładami stylu autorki, ale podam choć jeden, żeby wiadomo było, na co się czytelnik pisze: „Obiekt, który został tak starannie wydobyty z warstwy gleby i osadów jaskiniowych, został teraz umieszczony w nowej stratygrafii kulturowych warstw i materiałów”. Zdenerwował mnie pewien cytat w książce: „Prawdopodobnie powinniśmy teraz mówić o «kobiecie pekińskiej», a nie o «człowieku pekińskim»… bo przecież wiadomo, że kobieta to nie człowiek, powiedział niejaki Ahlberg, szwedzki naukowiec. No i może ten fragment, w którym autorka myli szczękę z żuchwą… nie do pomyślenia, biorąc pod uwagę, że jest antropologiem. Bo pomylenie liryki z prozą to inna sprawa; tak samo można przełknąć przegadaną interpretację wiersza o dziecku z Taung.

Jak w przypadku każdej chyba pozycji – i ta nie jest pozbawiona zalet. Wspaniałe zdjęcia, choć szkoda, ze czarno-białe i niekiedy marnej jakości. Jaskinie, znalazcy, wreszcie kapitalne rekonstrukcje i dioramy dziecka z Taung czy neandertalczyków – może nie wnoszą tak wiele ale umilają dosyć monotonną lekturę. Cieszy szersze spoglądanie na dany przypadek i wspominanie o jego wpływie na kulturę. Jeszcze bardziej raduje potrącanie przez Pyne tematów okołoantropologicznych, np. problemy z eksponatami okiem kustosza czy podkreślanie wagi odlewów i dostępu do kości.

Chociaż „Siedem szkieletów” nie należy do specjalnie fascynujących lektur, nie jest też pozycją całkowicie zmarnowaną. Ci jednak, którzy nie są zafascynowani powodem, dla którego dana skamielina stała się sławna – powinni ją sobie odpuścić. Na pewno znajdą się tacy, których kręci wskrzeszanie starych kości dla celów kulturowych, to jest tworzenie jakichś wariacji zombie z przodków ludzkości. Jeśli by tak podejść do dzieła Pyne – staje się ona o wiele bardziej znośna w odbiorze. „Status wziętej kopalnej gwiazdy polega więc na zrównoważeniu nieustannie chwiejnego potrójnego punktu mediów, komodyfikacji i interpretacji”. A czytanie tej pozycji na cierpliwości, wyrozumiałości i fascynacji tematem.

Agata Majchrowicz

Kup książkę

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
zgłoś błąd