Pennywise delektował się strachem, zaś w ustach Outsidera rozpływa się…

Ewa-Książkówka
19.07.2018

Bo to już nie jest ten sam King co kiedyś… Ręka do góry, kto choć raz przeczytał to zdanie, które odnosiło się do jednej z najnowszych książek Stephena Kinga. Jestem pewna, że takich rąk w górze zobaczyłabym przynajmniej kilka. Zapewne nie mniej znalazłoby się osób, które właśnie to zdanie podzielają. Bo jak to? Jak autor „Christine”, „Cujo”, „Bastionu” czy chociażby „Ręki mistrza” mógł zejść nieco ze swojego utartego szlaku i spróbować czegoś innego? Jak śmiał?!

Ano śmiał i zaczął to robić już przy okazji tworzenia trylogii „Pana Mercedesa”, a kontynuował w przypadku najnowszego, literackiego dziecka, czyli „Outsidera”. Ponownie zatopił się w kryminalnym bagienku pełnym trupów, z małym urozmaiceniem wynurzającym się z jego głębin. A konkretnie? Konkretnie mamy tu historię uwielbianego przez społeczność miasteczka Flint City, trenera tamtejszych drużyn baseballowych, Terry’ego Maitlanda. Ten sympatyczny i niegroźny z pozoru człowiek pewnego dnia zostaje oskarżony o brutalne morderstwo (z seksualnym podtekstem) na małoletnim. Wszelkie dowody, takie jak ślady DNA, nie pozostawiają złudzeń, jednak Maitland ma solidne alibi.

Brzmi banalnie? Ha! Chyba jak wiele blurbów opisujących główne wątki książek Kinga (choć przyznaję, że ten z okładki „Outsidera” faktycznie nie daje nadziei na coś wyjątkowego). Nie zapominajmy jednak, że tym, co w przypadku jego książek jest typowe, jest element zaskoczenia. Raz zaskakuje za pomocą samych bohaterów, raz za pomocą zwrotów akcji, a innym razem za pomocą toku wydarzeń. W „Outsiderze” mamy w gruncie rzeczy wszystkie te elementy, ale w bardzo wyważonej formie. Akcja nie pędzi na oślep, suspens nie mrozi krwi w żyłach, ale nie można mówić o nudzie w trakcie czytania tej opowieści. King tym razem nie zastosował zabiegu dobrze nam znanego z poprzednich powieści, gdzie pół książki to typowe dla niego wodolejstwo, a drugie pół to konkretna akcja. Tutaj napięcie rozkłada równomiernie i nasila je nieco pod sam koniec.

Skoro już przy słowie „koniec” jestem, to kilka słów o zwieńczeniu „Outsidera”, bo ono właśnie stało się, można rzec, kością niezgody pomiędzy czytelnikami opowieści. Jednych cieszy taki obrót wydarzeń, a drudzy marudzą, że całość wypadłaby świetnie, gdyby King nie zdecydował się na ten odrealniony wątek. Mnie osobiście mocno dziwi ten zarzut, bo przecież pierwsze wzmianki o tym, że autor zdecyduje się na fantastyczny wątek, pojawiają się w treści dość szybko. Nie mamy tutaj do czynienia z rasowym kryminałem, w którym ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się nadnaturalny motyw – King sukcesywnie nas do niego przygotowuje. Nie rozumiem więc tego niezadowolenia...

W moim odczuciu książka wypada całkiem dobrze. Powiedziałabym nawet, że King wyrabia się na polu kryminalnym i daje się zauważyć, że czuje się w nim doskonale. A wątki fantastyczne? Nie są nowością w jego przypadku – one były, są i jeszcze będą. Za ich pomocą pisarz przenosi na papier swoje lęki, fobie – daje im upust i poniekąd się od nich uwalnia (albo raczej od ich nadmiaru). Przy okazji zmusza swoich czytelników do przemyśleń, bo… ilu takich outsiderów spotykamy na co dzień? Ludzi o wielu twarzach? Ile masek sami przybieramy?

By dać się wciągnąć w wir przemyśleń, by odpłynąć w zawsze świetnie wykreowaną rzeczywistość, by ponapawać się nienagannym i niezawodnym warsztatem, by pokochać lub znienawidzić bohaterów, by poznać ciąg dalszy tytułu mojej opinii – po to i z wielu innych powodów warto sięgnąć po „Outsidera”.

Ewa Szczepańska

Kup książkę

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
zgłoś błąd