Lato, czyli raj utracony?

Grzegorz Przepiórka
21.06.2020

„Lato przyszło na całe lato” – pisze Annie Dillard. Nadeszło z oszałamiającą płodnością i różnorodnością, próbując nam oznajmić obfitość świata, ba! wszechświata. Mając lato na wyciągnięcie ręki, moglibyśmy czuć się prawie jak w raju, gdyby nie jedno ALE, przez które powoli zmierzamy do piekła. 

Lato, czyli raj utracony?

Wszechświat nad strumieniem

Reklama

Czy żeby odczuć i uświadomić sobie obfitość malinowego chruśniaku, nie lepiej się do niego udać w letniej porze, aniżeli czytać wiersz Leśmiana? Oczywiście, że tak. Nic nie zastąpi bezpośredniego przeżywania. Jak jednak słusznie zauważył Gary Snyder, jeden z bohaterów książki, o której będzie mowa w dalszej części: „doświadczenie jest ważne, sęk w tym, że ludzie  nie doświadczają nawet swoich doświadczeń!”. I nie jest to nawet nasza wina, po prostu świat przyspieszył, a my z nim. W szaleńczym pędzie, jak już wiele lat temu zauważył Milan Kundera („Powolność”), nie tylko postrzeganie natury, ale i wiele innych ważnych aspektów życia jest nam dane zaledwie w wersji demo. Do tego dorzućmy jeszcze bombardowanie terabajtami danych i voilà: „Ślepcy” Breughla, jak się patrzy. De facto przyczyn jest znacznie więcej, ale do rzeczy.

To właśnie poeci, jak chociażby wspomniany Leśmian, oraz niepoeci, którzy z jakiegoś powodu upodobali sobie przyglądanie się przyrodzie, mogą nie tylko poszerzyć naszą perspektywę, ale również zaopatrzyć w nieszablonowe filtry, pozwalające zobaczyć w naturze coś więcej lub w ogóle ją dostrzec. Takim „literackim okularem” jest nagrodzony Pulitzerem w latach 70. ubiegłego wieku „Pielgrzym nad Tinker Creek”, przetłumaczony na polski w 2010. 

Annie Dillard, autorka książki, na rok wysiada z cywilizacyjnego bolidu i oprowadza nas po skrawku Appalachów nad tytułowym strumieniem. Przechadza się, obserwuje spektakl w przyrodzie i zapisuje. Zaczaja się na piżmaka, przygląda modelowaniu krajobrazu w cyklu kilkuminutowych zmian światła, bierze pod lupę plankton, ogląda jeden liść po drugim itd., a to czego nie może dotknąć obejmuje wyobraźnią, jak mikroświat w glebie:

„dokładnie pod moim spoczywającym na trawie ciałem, żyją też inne stworzenia, równie realne jak ja […] Weźmy na przykład górną warstwę gleby, grubości około trzech centymetrów, i cały wijący się w niej pod moimi rękami świat. W górnej, trzycentymetrowej warstwie ziemi leśnej biolodzy znaleźli «przeciętnie 1356 żywych organizmów na każdy tysiąc centymetrów kwadratowych, w tym 865 roztoczy, 265 skoczogonków, 22 wije, 19 dorosłych chrząszczy i kilkudziesięciu przedstawicieli 12 innych gatunków»”. 

Nagle ze skrawka eksploduje WSZECHŚWIAT. Mnogość form, ekstrawagancja natury obecnej, ale i przeszłej (90% gatunków, które wykreowała ewolucja od początku istnienia Ziemi, to już historia). Aby otrzymać pełny rachunek obfitości, trzeba jeszcze pomnożyć różnorodność przez płodność: „Jest właśnie koniec czerwca i cała przyroda aż kipi”. Gdyby ktoś jednak zżymał się na intensywną produkcję, to może przekona go inżynierska fantazja, z jaką przyroda konstruuje swoje złożone formy. Ręka w górę, kto wiedział, że „w głowie gąsienicy zwykłej ćmy trociniarki znajduje się dwieście dwadzieścia osiem różnych mięśni”. 

Niech nas nie zmyli otoczenie – wokół jest wiele podobnych miejsc jak nad Tinker Creek. Wystarczy je dostrzec. Potrzeba powolności, koncentracji, odrobinę emocji, ale przede wszystkim należy odwrócić uwagę od nas samych i skierować ją na zewnątrz – doradzałaby z pewnością Dillard. Brzmi banalnie, ale jakże jest to dzisiaj trudne do wykonania, kiedy tyle razy dziennie pytamy: „Smartfonowe lustereczko powiedz przecie...”. 

Kto by chciał przeskoczyć o level wyżej, ten może, jak autorka, spróbować poszukać z naturą wspólnego języka:

„Przyglądałam się wrzecionowatemu, pokrytemu chitynowym pancerzem odwłokowi konika, pasiastemu jak gąsienica czołgowa, i miałam się już odwrócić, kiedy zauważyłam jak oddycha – puf, puf – i wtedy nabrałam do niego sympatii. «No właśnie – powiedziałam – puf, puf?» 

Reklama

Wakacje w kosmosie

Jeśli już pławimy się w bogactwie świata, to czemu by nie pójść na całość. Łukasz Łamża, filozof i dziennikarz naukowy zabiera nas z nad Tinker Creek na wakacje w kosmos. Na początek proponuje miejsce bardzo gorące – podróżujemy 14 mld lat w przeszłość, by dotrzeć w okolice Wielkiego Wybuchu. Tak naprawdę to nie była eksplozja, jak można by sądzić, dlatego bez obaw, jeśli ktoś nie wykupił ubezpieczenia. Nieodzowne natomiast będą okulary z bardzo dobrym filtrem, gdyż w programie wycieczki są galaktyki, w tym przyglądanie się z bliska gwiazdom, a nawet zaglądanie do ich środka, by przekonać się, jakie reakcje tam zachodzą. Słupki rtęci podczas lata (tym razem nie z radiem a) z Łukaszem Łamżą będą sięgać bardzo wysoko. Tysiące kelwinów nie tylko w jądrach gwiazd, ale i we wnętrzach planet. A do tego myśl, że Mars, Merkury, Ziemia i wszystkie inne globy w jednym z 2704 układów planetarnych (sic!) powstały z drobinek pyłku galaktycznego o średnicy 1 mm. Uwierzycie?! 

Czytam i czytam „Wszechświat krok po kroku” i zaczynają mi się już wysypywać te cuda, jak czereśnie ze skrzyń podczas rekordowych zbiorów. I wiem, że nie przejem wszystkiego na raz. Na szczęście Łukasz Łamża zdaje sobie sprawę, że wszechświat może nie pomieścić się w głowie, dlatego do pisania swojej popularnonaukowej, fascynującej pozycji podchodzi z głową. Proponuje metodę trzech przybliżeń, wraz z kolejnymi wchodzimy coraz głębiej w temat, nie ryzykując, że utoniemy w galaktycznych głębinach. Autor nie stroni od naukowego podejścia, zachęcając, by nie obawiać się flirtu z nauką, ale jednocześnie pisze po ludzku, z perspektywy osoby zachwyconej wszechświatem, przy tym skupiając uwagę na zjawiskach namacalnych (jeśli ktoś chciałby liznąć teorii względności to nie ten adres). Dla spragnionych popularnonaukowego pokarmu polecam też filmy Łukasza Łamży na You Tube, zwłaszcza cykl „Czytamy naturę”.

Hola, hola, ale czy czegoś tu nie brakuje? Cóż to za kosmos bez życia? Bez komórek, bakterii, eukariontów, pierwotniaków i tego, co z nich wyrosło. Tenże wielki popis ewolucji i kreatywności wszechświata Łamża bierze na warsztat w trzeciej części książki. Nie spodziewajmy się jednak historii rozwoju życia od struktur lipidowych po człowieka. Celem autora jest pokazanie logiki, z jaką funkcjonuje i rozwija się życie, a nie utwierdzanie nas w zgubnym antropocentryzmie. Pozostaniemy więc na poziomie struktur komórkowych, białek, DNA, metabolizmu i zapewniam, że nie czeka nas nuda – ileż tu się dzieje, ileż procesów, zmiennych, by przekazać energię, informację, rozmnożyć się i wzrastać. Ileż inteligencji już na poziomie drobinek wszechświata. 

Był awers, czas na rewers, czyli wielkie ALE

Książka Stanisława Łubieńskiego miała ukazać się na początku roku, ostatecznie ujrzała światło dzienne w czerwcu. Pasuje jak ulał na lato, gdyż opowiada o obfitości. Tym razem to jednak nie galaktyczne ogrody ani flora i fauna będą obfitować, ale człowiek (w sumie też fauna). Tenże przecież produkuje ostatnio niezliczone ilości dóbr wszelakich, aby zaspokoić wszystkie potrzeby, nawet te, o których konsument jeszcze nie pomyślał, że je ma. Wraz z nimi, jako produkt uboczny, powstaje horrendalna masa śmieci, ewentualnie same dobra po niedługim czasie zmieniają status na śmieciowy, gdyż biznes musi się kręcić, a gospodarka wzrastać. 

Tak, książka Stanisława Łubieńskiego to „Książka o śmieciach”. Według mnie pozycja obowiązkowa i numer jeden, choć smutny, na czerwcowej liście przebojów.

Autor z wrażliwością ornitologa i człowieka zatroskanego o świat pokazuje, jak bardzo nabałaganiliśmy, a właściwie, mówiąc bez ogródek – jak zasyfiliśmy całą planetę. „Pokazuje” bądź „unaocznia”stanowią słowa klucze w tym przypadku, gdyż śmieci to dla nas śmierdząca sprawa i wolimy ich nie widzieć od momentu, kiedy znikają w plastikowym worku ani nie wiedzieć, co się z nimi dalej dzieje. 

Tymczasem to coraz mniej możliwe, bo śmieci przybywa, są wszechobecne, nie rozpływają się (może z wyjątkiem biodegradowalnych), a co więcej, coraz częściej wracają do nas jak bumerang. Mają swój come back chociażby w powietrzu, które wdychamy, w produktach spożywczych z gleb, którym z pewnością daleko do arkadyjskiej czystości, i w rybach z oceanów i rzek nafaszerowanych makro-, mikro- i nanoplastikiem. W przenośni i, o ironio, dosłownie – opływamy w śmieci. Łubieński rozbiera je na części pierwsze, tropi, krążąc po śmietnikach, dzikich wysypiskach, zakładzie przetwórstwa i spalarni. Czyta się tę książkę lepiej niż kryminał czy thriller, tylko gardło ściska dużo bardziej, bo śmieci to nie fikcja. 

Z trudem przebija się w tej książce nadzieja. Trudno się dziwić. Świat pozostaje na śmieciowym kursie, a jego zmiana wymaga rewolucji dużo większej niż segregacja odpadów. Czy poradzimy sobie z wielkim ubocznym produktem antropocentrycznego rogu obfitości? Czy ociężały od obfitości człowiek Zachodu potrafi się myślowo obrócić? 

Łubieńskiego uwikłanie w śmieci zaczyna się latem, na wakacjach, na plaży, od wyłowionej z piachu skarpetki-śmiecia. Iluminacja przyszła akurat o tej porze roku, kiedy jest najwięcej światła. Wykorzystajmy ten czas. Być może pomocna w tym okaże się poezja...

Ciepło, cieplej, gorąco

Zanim jednak przejdziemy do poezji, pozostańmy jeszcze chwilę w klimacie śmieci. Nie bez powodu to proponuję – przecież śmieci mają ogromny wpływ na lato. 

Na temperaturę, wilgotność, ilość opadów i ich gwałtowność, na częstość występowania susz (kolejna zwiastowana jest właśnie tego lata), co generuje szereg innych reperkusji, takich jak problemy z dostawą wody do kranów (w ponad 300 miastach polskich w ubiegłym roku), czy okresowe przerwy (pierwszy raz od czasów PRLu) w dostawie prądu, związane z niskim poziomem wody w rzekach uniemożliwiającym chłodzenie elektrowni, niższe zbiory płodów rolnych, a w związku z tym wyższe ceny produktów spożywczych. 

Konsekwencji jest znacznie więcej, ale już te wymienione mogą porządnie zdestabilizować nasze życie, a wyłączona klima z powodu „pustki w gniazdku” popsuć humor i zdrowie. Co gorsza, przyszłość wcale nie rysuje się lepiej. Zanosi się na dalszy wzrost całorocznej średniej temperatury –  która tylko od lat 70. wzrosła w Polsce z 7-9 st.C – i na coraz gorsze, suchsze, z przedłużającymi się falami upałów pory letnie. Ale to pikuś w porównaniu z tym, co jeszcze może nas spotkać. Jest całkiem prawdopodobne, że nasze praprawnuki nad Bałtyk nie będą jeździć do Jastarni, ale do Płocka lub Zielonej Góry. 

Nie jest to żadne science-fiction ani oderwana od ziemi teoria płaskiej ziemi, ale fakty, obserwacje potwierdzone naukowo, liczby, co do których panuje w świecie naukowym konsensus. Z tego względu nauka to nie demokracja, ale dyktatura – jak piszą autorzy książki „Nauka o klimacie”. Stanowisko naukowców jest jasne – klimat się zmienia i to w tempie niespotykanym na przestrzeni ostatnich setek tysięcy lat. Śmieciem, który ma na tę zmianę decydujący wpływ jest CO2, dwutlenek węgla, gaz, który powoduje, że lata stają się coraz bardziej gorące, a zimą mamy coraz większy problem, by pojeździć na nartach. I niech nie próbują drwić ci, którzy szusować jeżdżą w Alpy, tamtejsze lodowce też ulegają topnieniu. 

Mamy na Ziemi rekordową temperaturę od 100 tys. lat, a jednocześnie obecne stężenie CO2 jest najwyższe w ciągu ostatnich kilkudziesięciu milionów lat. Przypadek? Wypuszczamy do atmosfery 1000 ton emisji dwutlenku węgla co sekundę. Pochodzą one ze spalania paliw kopalnych – węgla, ropy, gazu – których przez ostatnie 30 lat przetworzyliśmy więcej niż w całej historii ludzkości. 

Podane powyżej liczby to tylko promil tych, które przedstawiono w „Nauce o klimacie”. Ale nie tylko z powodu wyliczeń książka Marcina Popkiewicza, Aleksandry Kardaś, Szymona Malinowskiego ma wysoką wartość. Jej moc polega też na tym, że w przystępny a rzeczowy sposób, oczywiście bazujący na najnowszych naukowych ustaleniach, przybliża maszynerię, jaką jest klimat, a przy tym umożliwia przeżycie małego olśnienia wywołanego rozumieniem zjawisk, które przecież są naszą codziennością, jak chociażby promieniowanie słoneczne, chmury, wiatr, deszcz i ich zależności. 

Na tym etapie książki jest bardzo miło i przyjemnie – klimat jest zrównoważony, stabilny, pozwala nam na rozwój od tysięcy lat, innymi słowy epoka zwana holocenem. Niestety to już przeszłość. Wkroczyliśmy w antropocen i lepiej wcześniej otworzyć szerzej oczy, bo przyszłość klimatu zaskoczy nas bardziej i szybciej, niż sądzimy. Jeśli przekroczymy punkty krytyczne – 1,5 czy 2 st. C więcej w skali globu, spowodowane brakiem ograniczenia emisji gazów cieplarnianych – nie spowoduje to jedynie, że latem będzie nam bardziej gorąco, ale uruchomi całą serię nieodwracalnych następstw.  

Można zacząć już teraz, choćby od zbadania swojego udziału w emisji dwutlenku węgla za pomocą kalkulatora na stronie ziemianarozdrozu.pl. Od nas zależy, czy uda nam się przykręcić wystarczająco kurek z CO2. Od naszych decyzji politycznych, od stylu życia (czy będzie konsumpcyjnie rozbuchany czy odpowiedzialny) – polecam w tym miejscu wcześniejszą książkę Marcina Popkiewicza „Świat na rozdrożu”. Wiele zależy też od naszej aktywności w szerzeniu świadomych postaw wśród tych, którzy z lenistwa wolą polegać na fastfoodowych mitach i opiniach, aniżeli naukowo potwierdzonych faktach. Do tego celu z pewnością przyda się „Nauka o klimacie”, która jest jak młot na ignorancję. 

Co i kto uratuje świat?

„Poezja może uratować świat” – kiedy kilka tygodni temu usłyszałem to zdanie po raz pierwszy, mimo całej mojej admiracji dla mowy wiązanej i polonistycznego przygotowania, pomyślałem o jego autorze tak, jak pewnie wy myślicie w tym momencie o mnie – koleś urwał się z choinki. Prawdopodobnie on pomyślał podobnie, kiedy pierwszy raz zetknął się z książką „Inne możliwości”. Jej autorka też próbuje się uszczypnąć, inaczej nie pytałaby aż sześciu amerykańskich poetów i to nie byle jakich, bo laureatów Pulitzera, czy poezja rzeczywiście ma aż taką moc. Można ten łańcuszek ciągnąć dalej. Gary Snyder, jeden z rozmówców, też otwarcie przyznaje się, że na biorąc do rąk książkę Johna Felstinera „Can Poetry save the Earth?”, uznał całą sprawę za szaleństwo. W tym szaleństwie jednak musi być metoda, skoro na przestrzeni jednego akapitu mamy aż tylu konwertytów. 

Reklama

Zacznijmy od tego, jakiemu celowi owa metoda ma służyć. Przede wszystkim, rozprawieniu się z Kartezjuszem. Po nim bowiem odziedziczyliśmy sposób myślenia, będący przyczyną większości nieszczęść, jakie przysparzamy dzikiej naturze i planecie. Człowiek to odcieleśniony umysł, którego nic nie łączy z dookolną przyrodą, zwierzęta zaś to zaledwie automaty, pozbawione myślenia czy odczuwania – tyle w skrócie Rene Descartes. Przeskakujemy na początek XXI wieku i możemy wierzyć lub nie, ale dominacja, eksploatacja, przedmiotowy stosunek do pozaludzkiej przyrody, to w pewnej mierze globalne echo idei, których skutku wspomniany filozof z pewnością się nie spodziewał. 

Cóż, listopadowa noc sprzed 401 lat, kiedy nastąpił moment przełomowy dla kartezjańskiej myśli już się nie wróci. Co miało się wtedy Kartezjuszowi przyśnić, to się przyśniło. Teraz rzecz w tym, by wyobrazić sobie inne możliwości, gdyż zmiana zaczyna się nie gdzie indziej jak w wyobraźni. To za jej pomocą inaczej możemy określić nasze miejsce w przyrodzie. Zamienić postawę „ponad” na „obok”. I poszukać nowej narracji, by o tym opowiedzieć. Któż zaś w eksperymentowaniu z językiem i flirtowaniu z wyobraźnią ma więcej do zaoferowania niż poeci. Kto ma więcej wspólnego z ogrodnikami niż autorzy mowy wiązanej, jak zauważa W.S. Merwin.

Można jednak przytomnie zauważyć: cóż z tego, że poezja ma potencjał uwrażliwiania, poszerzania percepcji i zmiany myślenia, skoro tylko „Niektórzy lubią poezję […] Nie licząc szkół, gdzie się musi,/ i samych poetów, / będzie tych osób chyba dwie na tysiąc” (Wisława Szymborska). A ona sama zazwyczaj przebywa na wyżynach sztuki dla sztuki, gdzie jej twórcy raczej nie myślą brudzić sobie piór polityką. Zresztą... cóż mogą ci oderwani od rzeczywistości, pochłonięci natchnieniem słabeusze. 

Błąd! A właściwie cała seria błędów. Skorygujmy. Po pierwsze, wystarczą ci, którzy czytają, bo skoro biorą się za czytanie wierszy, to w ich duszy jest iskra, a może nawet płomień, by zapalać innych. Po drugie, tzw. zwrot ekologiczny w poezji, który przybliża Julia Fiedorczuk, zrywa ze stereotypem pasywności. Kryzysowa sytuacja mobilizuje – wszystkie ręce na pokład, również kreślące wersy. Poeci dostrzegający największe wyzwanie współczesności, jakim jest kwestia klimatyczna, stają się aktywistami nie tylko poprzez swoją twórczość, ale angażując się w inne działania na rzecz ochrony środowiska, m.in. przyłączając się do protestów. Gwarantuję, że po przeczytaniu tej książki zmienicie zdanie o poetach. A może nawet – by wyjść poza strefę komfortu i odkryć inne możliwości – sięgnięcie po twórczość Amerykanek i Amerykanów, z którymi rozmawia Julia Fiedorczuk lub po jej „Psalmy”, które gorąco polecam.

Tyle ode mnie. Jeżeli ktoś zechciałby się podzielić swoimi wrażeniami, lekturami na temat obfitości lata oraz „obfitości” antropocentrycznej, to serdecznie zapraszam do komentowania.    

*Grzegorz Przepiórka – ukończył filologię polską (edytorstwo), kulturoznawstwo (Instytut Badań Literackich) oraz Polską Szkołę Reportażu. Pasjami czyta, wędruje, podróżuje (od pewnego czasu rowerem) i przeprowadza wywiady. Zastępca redaktora naczelnego w periodyku architektoniczno-budowlanym. 

Fotografia otwierająca: Karolina Grabowska / Pexels

Reklama

komentarze [7]

Sortuj:
206
0
19.06.2020 11:23

Najtrudniej jest zacząć, więc pozwolę sobie na głos jako pierwszy. Dwa uzupełnienia.

Jedno z dzisiaj, mniej pocieszające:
https://www.theguardian.com/environment/2020/jun/21/italian-team-covers-glacier-with-giant-white-sheets-to-slow-melting

I bardziej pocieszające z początku czerwca:
...

więcej

3930
3690
21.06.2020 15:32

Nie na mój rozum te książki.Wole czytać w lecie, swoją literaturę


206
0
22.06.2020 09:33

A może Pan coś poleci na lato ze "swojej literatury"? To jest właśnie super, że czytamy różne książki, a potem możemy zderzać/dzielić te nasze horyzonty z innymi, choćby tutaj, w lubimyczytac.pl. Tak się składa, że na przykład na "Inne możliwości" pewnie nie wpadłbym, gdyby ktoś mnie do tej książki nie zainspirował.

Pozdrawiam


3930
3690
22.06.2020 12:50

Pozdrawiam.Na lato ,może trzy.
To Od razu
Trylogia Piotra Borlika/.


2805
646
22.06.2020 14:59

" I nie jest to nawet nasza wina, po prostu świat przyspieszył, a my z nim."Czyżby człowiek został pozbawiony wolnej woli. A czyja to jest wina? Lato jest okresem w którym najczęściej spędzamy urlop, a więc dobrym czasem na zatrzymanie i zadumę nad światem.
O czasie ostatnio czytałam śmieszną książkę:
 Sny Einsteina Sny Einsteina

więcej

206
0
22.06.2020 16:18

Wolna wola - tak (chociaż w świetle neurobiologii, to już nic nie wiadomo, czy ona jest czy jej nie ma). Załóżmy jednak, że mamy wolną wolę. Zanim otworzy się pole do jej działania, to niezbędna jest uważna percepcja, a następnie refleksja, tymczasem pęd nie sprzyja ani jednemu, ani drugiemu. Stąd moja warunkowa obrona.

Pozdrawiam


1434
282
24.06.2020 21:03

Myślałem, że będzie o  Lato Lato


zgłoś błąd