Lecą wieloryby

Okładka książki Lecą wieloryby
Aleksander Kościów Wydawnictwo: Znak literatura piękna
264 str. 4 godz. 24 min.
Kategoria:
literatura piękna
Wydawnictwo:
Znak
Data wydania:
2010-10-01
Data 1. wyd. pol.:
2010-10-01
Liczba stron:
264
Czas czytania
4 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-240-1414-9
Tagi:
literatura polska Peronia
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu
Średnia ocen
5,6 5,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Reklama
Reklama

Książki autora

Okładka książki Mówi Warszawa Wojciech Albiński, Olga Berezyna, Sylwia Chutnik, Jacek Dehnel, Marek Kochan, Aleksander Kościów, Milena Laur-Zmarzłowska, Antoni Libera, Kaja Malanowska, Izabela Morska, Marek Nowakowski, Piotr Paziński, Tomasz Piątek, Monika Powalisz, Monika Rakusa, Sylwia Siedlecka, Bohdan Sławiński, Jerzy Sosnowski, Juliusz Strachota, Krzysztof Varga, Piotr Wojciechowski
Ocena 6,1
Mówi Warszawa Wojciech Albiński,&...

Podobne książki

Reklama

Oceny

Średnia ocen
5,6 / 10
58 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
1574
1573

Na półkach:

Abstrahując od rodzinnego dramatu, od zawsze fascynował mnie świat ludzi śpiących. Tych pogrążonych w letargu na kilka miesięcy czy lat. Słysząc doniesienia mediów o kolejnym wybudzeniu po latach, oczekiwałam relacji jak tam jest, co czuli, co widzieli. Ku mojemu rozczarowaniu, nie pamiętali nic albo tylko migawki obrazów, fragmenty zdań czy ludzkich głosów z otoczenia, w którym leżało ich uśpione ciało. Nigdy nie wystarczało mi wyobraźni bym mogła wypełnić tę lukę, zaspokoić niedosyt wiedzy. Jestem przecież tylko zwykłym odbiorcą: uważnym słuchaczem, widzem albo czytelnikiem. I nareszcie doczekałam się książki, która podsunęła mi wizję, prawdopodobny obraz po drugiej stronie granicy jawy i snu.
Znalazłam się w nim nagle, w jednym momencie, w sekundzie nieprzewidzianego zdarzenia, przeniesiona wraz z głównym bohaterem Jonem na drugą stronę. W sam środek innego wymiaru. Bez przygotowania, bez wiedzy o nim i jego mieszkańcach, pozornie bezładnie biegających ludzi. Bez instrukcji zachowania się w nim, czułam takie samo zagubienie jak Jon. Chociaż on miał dużo trudniej ode mnie. Ja wiedziałam co się stało, a Jon nie. Nie pojmował jak się w nim znalazł i dlaczego. Zachował jednak trzy najważniejsze rzeczy: brak znaczka (cokolwiek miałoby to oznaczać), cel i wolę. Z czasem przypomniał sobie obietnicę złożoną ukochanej Mai, że nigdy jej nie opuści. Był bogaty na tle współtowarzyszy w tę nieuświadomioną siłę popychającą do przodu, do działania, zmaterializowanej pod postacią pudełka z bezami, niesionego dla Mai w prezencie. Jeszcze za życia realnego. Tylko ono było mu znajome, stając się jedyną rzeczą jaka łączyła go cieniutką niteczką z poprzednim życiem. To ono przypominało mu, że dokądś dąży, że za kimś tęskni, że nie powinien tkwić w jednym miejscu, nie poddawać się ścigającym go ludziom, chcącym na siłę zatrzymać go w każdej krainie, przez które podążał, szukając drogi do ukochanej dziewczyny. Drogi do celu, której nikt nie znał, bo tworzył ją dopiero z każdym nowym krokiem. I o ile światy, po których błądził, wspinał się, uciekał Jon, te nierzeczywiste, całkowicie wymyślone, przeplatane z mającymi swoje odpowiedniki w życiu sprzed letargu, były dla mnie niebezpiecznie pociągające, zachęcające do pozostania, o tyle Jon, uzbrojony w uczucie dające mu siłę uporu, nie poddawał się tak łatwo. Walka o wydostanie się z krainy ułudy, w której można zobaczyć lecące wieloryby ciągnące ogromne cienie po ziemi, tak fascynujące w swojej nowości, była siłą tej opowieści. Walka samotna, w całkowitym zagubieniu, pełna niebezpieczeństw zakotwiczenia się na zawsze, ale na szczęście zdeterminowana miłością. Może to właśnie ona jest tym tajemniczym czynnikiem X warunkującym przebudzenie? Jedyną nitką, po której można wydobyć się z mroku krępującego wolę, niszczącego chęć powrotu, przykrywającego z wolna całunem zapomnienia?
Autor w swoich fantazjach posunął się dalej. A co jeśli walka trwała zbyt długo? Co jeśli po kilkunastu latach zostawiony świat nie jest już tym samym? Co jeśli rzeczywistość pod powiekami była o wiele bardziej fascynująca? Co jeśli zacznie się żałować powrotu? Jeśli tak, to po co tak zaciekle walczyłam razem z Jonem, tak kurczowo wspinałam się, rzucałam w przepaść, uciekałam, nie poddawałam się sugestii, zaciekle broniłam przed zniewoleniem, chroniłam pudełko z bezami, by móc je wręczyć Mai? Czy tylko po to, by nie otrzymać odpowiedzi i nadal pytać czy było warto?
Obym nigdy nie musiała odpowiadać sobie na to pytanie. Wystarczy mi wiedza, że tam we śnie ludzi pogrążonych we własnej świadomości trwa walka, której wynik nigdy nie jest przesądzony i nadzieja, że każda z tych osób ma swoje symboliczne pudełko z bezami.
http://naostrzuksiazki.pl/

Abstrahując od rodzinnego dramatu, od zawsze fascynował mnie świat ludzi śpiących. Tych pogrążonych w letargu na kilka miesięcy czy lat. Słysząc doniesienia mediów o kolejnym wybudzeniu po latach, oczekiwałam relacji jak tam jest, co czuli, co widzieli. Ku mojemu rozczarowaniu, nie pamiętali nic albo tylko migawki obrazów, fragmenty zdań czy ludzkich głosów z otoczenia, w...

więcej Pokaż mimo to

avatar
1006
162

Na półkach: , , , , ,

Książka ta przypadła mi do gustu.
W szczególności podobał mi się klimat świata, do którego trafił Jon...
Wszystko tam było inne, dziwne, trochę niepokojące i zaskakujące - takie irracjonalne...

Spodobał mi się również sam pomysł wejścia w umysł będący w śpiączce.

Jeśli chodzi o całą fabułę książki - moim zdaniem została dobrze skomponowana.
Początek opowieści jest normalny, czyli dotyczy życia w realnym świecie. Ta część zaintrygowała mnie, nie wszystko tutaj było wyjaśnione i cały czas zastanawiałam się co było najpierw i co będzie później...

A potem pojawił się inny świat - bardziej barwny, pełny innych możliwości...

Na koniec znów wracamy do świata rzeczywistego - i trochę rozwiewają się nasze wątpliwości.

Jak dla mnie całość całkiem niezła. Polecam

Książka ta przypadła mi do gustu.
W szczególności podobał mi się klimat świata, do którego trafił Jon...
Wszystko tam było inne, dziwne, trochę niepokojące i zaskakujące - takie irracjonalne...

Spodobał mi się również sam pomysł wejścia w umysł będący w śpiączce.

Jeśli chodzi o całą fabułę książki - moim zdaniem została dobrze skomponowana.
Początek opowieści jest...

więcej Pokaż mimo to

avatar
709
51

Na półkach: , , , ,

Pierwsze co przyciągnęło moją uwagę i sprawiło, że musiałam wręcz przeczytać tę książkę, to okładka. Jest to bardzo sympatyczne zdjęcie, które przywodziło mi na myśl filmy o młodych, zakochanych ludziach, „Zakochani widza słonie” i inne podobnego typu impresje skandynawskie. Dlatego z przykrością musiałam przełknąć fakt, że Aleksander Kościów tylko częściowo zdołał wykrzesać ten specyficzny klimat, którym epatowała okładka.

„Lecą wieloryby” to opowieść o miłości, a także o dorastaniu i upływie czasu, o zmianach, które mogą dokonać się w nas samych i o naszych dążeniach, które wpisują się głęboko w naszą świadomość i pozostają tam bez względu na stan naszego umysłu. Akcja książki w pewnym momencie zmienia się w częściowo fikcyjny, częściowo futurystyczny, a w każdym razie kompletnie niezrozumiały świat. Główny bohater zmaga się z dziwnymi problemami , dziwnymi ludźmi i niespotykanymi problemami, które przywodzą na myśl powieści bez wyjścia, bez racjonalnych rozwiązań, spod znaku Franza Kafki. Od początku, a właściwie od wczesnych akapitów, dotyczących pojawienia się Jona w Peronii, czytelnik podejrzewa, ja w każdym razie podejrzewałam, że nie jest to prawdziwe miejsce. Dlatego też zakończenie ani mnie zaskoczyło, ani nie wzbudziło niestety większych emocji, które chyba Kościów starał się wzbudzić.

Pomysł na tę powieść jest ciekawy, aczkolwiek niekoniecznie odkrywczy i oryginalny. To co ma być tajemnicze, jest, w moim odczuciu, zbyt przewidywalne, by w pełni przykuć uwagę czytelnika. Okazało się, że nie jest to mój gatunek (jeśli o jakiś gatunku możemy w tym wypadku mówić). Nie mogę nie przyznać, że lektura niejednokrotnie mnie nudziła, przygody Jona wydawały się zbyt długie. Jest to jednak lektura, która na pewno może przypaść do gustu. Dlatego pomimo moich subiektywnych odczuć, wynikających z gustów, a nie z warsztatu autora, polecam przeczytać „Lecą wieloryby”, gdyż w gruncie rzeczy, podobnie jak okładka, jest to książka bardzo sympatyczna.

Pierwsze co przyciągnęło moją uwagę i sprawiło, że musiałam wręcz przeczytać tę książkę, to okładka. Jest to bardzo sympatyczne zdjęcie, które przywodziło mi na myśl filmy o młodych, zakochanych ludziach, „Zakochani widza słonie” i inne podobnego typu impresje skandynawskie. Dlatego z przykrością musiałam przełknąć fakt, że Aleksander Kościów tylko częściowo zdołał...

więcej Pokaż mimo to

Reklama
avatar
246
90

Na półkach: , ,

„Lecą wieloryby” to książka po której nie byłam pewna czego się spodziewać. Czytałam już wcześniej opinie, w których było napisane że jest ona baśniowa, jednak ja nie potrafiłam wyobrazić sobie na czym akcja tej książki mogłaby polegać. Opis wydawał mi się w pewien sposób dziwny, nie wiedziałam do jakiego typu tę książkę zaliczyć. Właśnie to sprawiło, że tak mnie ona zaintrygowała. Bowiem czasami jest tak, że wystarczy przeczytać opis aby utworzyć sobie swoją wizję tego co może się w danej powieści wydarzyć. Natomiast w tym przypadku nie miałam najmniejszych przypuszczeń co do fabuły i zaczynając ją czytać byłam otwarta na każdą możliwość.
Po przeczytaniu kilku pierwszych stron czułam się trochę zagubiona, nie do końca rozumiałam co znaczą te wszystkie pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego wątki, których jedyną wspólną cechą była obecność głównego bohatera - Jona. To uczucie potęgował styl pisania, ale wystarczyło się do niego przyzwyczaić i z upływem stron wszystko zaczęło mi się coraz bardziej układać.
Ta opowieść rzeczywiście jest swego rodzaju baśnią. Opowiada historię, którą moim zdaniem trudno byłoby zaszufladkować. Z jednej strony mamy dwójkę normalnych młodych ludzi, którzy znają się od lat i planują wspólną przyszłość. Z drugiej spotykamy się ze światem fantastycznym, w którym nic nie wygląda normalnie. Ludzie ciągle mówią o znaczkach i nie mogą wyjść ze zdumienia gdy dowiadują się, że Jon takiego znaczka nie posiada. Główny bohater dostaje się do tego dziwnego, nienormalnego świata zupełnie nagle, w jakiś tajemniczy sposób. Nie zdaje sobie sprawy co się z nim stało i skąd wziął się w tej niezwykłej krainie. Gorzej: nie pamięta niczego ze swojego dotychczasowego życia. Jednak mimo wszystko stara się jakoś dopasować i dotrzeć do celu, który wyznaczył sobie sam, a który jednocześnie postawili przed nim spotkani po drodze ludzie.
To wszystko może wydawać się dość skomplikowane, lecz wystarczy w pełni oddać się tej historii i zacząć wierzyć słowom autora. Ja czytając w niektórych momentach zatrzymywałam się, myśląc: „o co chodzi?”, jednak po chwili odnajdywałam w tym sens.

Reasumując „Lecą wieloryby” to historia na swój sposób niezwykła. Nie znam innej książki, która byłaby do niej podobna. Autor stworzył wizję tego co może dziać się w mózgu człowieka i właśnie to jest w tej historii najbardziej zaskakujące. Warto się z nią zapoznać, ponieważ jest to książka specyficzna i z pewnością niepowtarzalna. Jeżeli o mnie chodzi, to cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać.

„Lecą wieloryby” to książka po której nie byłam pewna czego się spodziewać. Czytałam już wcześniej opinie, w których było napisane że jest ona baśniowa, jednak ja nie potrafiłam wyobrazić sobie na czym akcja tej książki mogłaby polegać. Opis wydawał mi się w pewien sposób dziwny, nie wiedziałam do jakiego typu tę książkę zaliczyć. Właśnie to sprawiło, że tak mnie ona...

więcej Pokaż mimo to

avatar
785
183

Na półkach:

„Lecą wieloryby” to pierwsza książka Aleksandra Kościówa, jaką miałam okazję przeczytać i mam nadzieję, że z czasem przeczytam też dwie poprzednie, bo lektura pokazała mi autora jako pisarza panującego nad słowami, ich melodią i obrazami, które wywołują. Nie zdziwiła mnie informacja, że Kościów jest kompozytorem i wykładowcą w warszawskiej Akademii Muzycznej. Nie tylko muzyczność samego języka wpłynęła na to skojarzenie. Treść książki jest bowiem bardzo filmowa i czytając wręcz słyszałam w tle muzykę, nie trudno wyobrazić sobie cały soundtrack ilustrujący książkę. I to podobało mi się w „Lecą wieloryby” chyba najbardziej.

Fabuła książki nie należy może do najoryginalniejszych, zwłaszcza dla wielbiciela gatunku fantasy. Pełno jest książek (i nie tylko książek, komiksów na ten temat powstało pewnie jeszcze więcej), gdzie główny bohater (lub bohaterka) z tego czy z innego powodu trafia do innego świata, równoległego lub absolutnie oderwanego od znanej nam rzeczywistości, skąd następnie próbuje się wydostać, a za cel przyświeca mu misja do wykonania, tęsknota za ukochaną osobą lub zwyczajnie za domem. Nierzadko po drodze udaje mu się namieszać w lokalnej społeczności, zazwyczaj zbiera się także wokół niego grupka przyjaciół lub chociaż jeden przedstawiciel płci przeciwnej, aby dodać rumieńców całej akcji. Daleko nie szukając na podobnych schemacie oparte było choćby „Nigdziebądź” Gaimana. Kościów sprawnie wykorzystał ten motyw, wplatając go w historię Jona i Mai, którzy poznali się jako dzieci i od zawsze byli razem. W trakcie trwania głównej fabuły książki mają po dwadzieścia kilka lat i studiują w różnych miastach, co według ich założeń ma pogimnastykować „mięśnie uczucia”. I rzeczywiście, Jon opiera się różnym pokusom, niewiele zresztą jest w stanie zagrozić jego związkowi, który traktuje jako pewnik i wartość absolutnie stałą w swoim życiu. Natrafia jednak na dziewczynę zdeterminowaną, by dopisać Jona do swojej listy podbojów i choć ciężko uznać, że jej się to do końca udało, to jednak chwilę później Jon gnany poczuciem winy jedzie pociągiem do miasta ukochanej, aby wyjaśnić sprawę. Z paczką bez i bukietem kwiatów pędzi błagać o wybaczenie, pakując się pod koła samochodu. Po odzyskaniu świadomości ze zdziwieniem stwierdza, że oto znalazł się w Peronii, dziwnym świecie, gdzie jak okiem sięgnąć wszędzie znajdują się tory, a głównym zajęciem ludzi jest łapanie „poszynów”, samotnych pociągów pędzących nie wiadomo skąd i dokąd. Zanim Jon na dobre przyzwyczai się do nowych realiów, został wplątany w ciąg tajemniczych wydarzeń, które nie tylko przypomniały mu o tym, gdzie powinien zmierzać i co, czy raczej kto, jest jego celem na końcu drogi, a przy okazji wprowadził sporo zamieszania nie tylko na Peronii, ale i innych zakątkach tajemniczego świata. Zakończenie, choć pewne aspekty są przewidywalne i oczywiste, zdawałoby się, od początku niezwykłej przygody Jona, ma jednak zaskakujący potencjał i rozwiązanie nie tyle słodko-gorzkie, jak czytałam w kilku recenzjach, ale przerażające moim zdaniem. Jeśli wierzyć słowom Jona, rozpościerająca się przed bohaterem pustka wypełniona tęsknotą i wiecznym zawieszeniem wydaje mi się być niczym lepki marazm, zabierająca oddech wata, w której egzystencja szybko doprowadziłaby mnie do utraty zmysłów.

Jeśli oczywiście wierzyć słowom Jona. Mój największy problem podczas czytania polegał bowiem na tym, że nie potrafiłam uwierzyć bohaterom w to, co mówili o swoich uczuciach, najgorzej przychodziło mi to z… miłością między Jonem a Mają. Rozumiem, że byli ze sobą już bardzo długo, że uczucie między nimi przerodziło się w stałą, coś pewnego i niewzruszonego, nie potrafię jednak uwierzyć w miłość między dwojgiem dwudziestolatków niemal całkiem wyzbytą z jakiejkolwiek spontaniczności, czy zwyczajnie okazywania sobie uczuć. Owszem, Jon może po prostu nie dzielić się z czytelnikiem swoimi emocjami na tyle, by rozprawiać o swoim długoletnim związku, jednak o Mai nie dowiadujemy się właściwie niczego, poza tym, że uwielbiała bezy. Człowiek, który kocha i który tę miłość traktuje jako swój talizman i drogowskaz, mówiłby cokolwiek o tej osobie, tak mi się wydaje, wspominał ja konkretniej… Jako że mowa o uczuciach, taką chemię między bohaterami też można czuć bądź nie i ja jej dostrzegałam między Jonem a Mają, choć zazwyczaj jestem wrażliwa na takie wątki. Więcej w tym było przyzwyczajenia, niewzruszonej pewności i później poczucia winy, niż głębokiego uczucia (oczywiście w moim sposobie pojmowania go), co potem potwierdziły kolejne wydarzenia, zmierzając do finału.

Kościów pisze bardzo obrazowym językiem, radzi sobie zarówno z akcją jak i refleksjami i opisem uczuć bohaterów (stąd podejrzewam, że moje domysły dotyczące związku Jona i Mai nie są całkowicie przypadkowe i bezsensowne). Peronia i cały świat „po tamtej stronie” to miejsca pełne wyobraźni, gdzie autor symbolicznie odbija w krzywym różne kwestie dotyczące naszej rzeczywistości. Mnie jednak bardziej przypadły do gustu fragmenty dziejące się w naszym świecie, gdzie autor naprawdę wspaniale opisywał emocje bohaterów, używając subtelnych i niezwykle celnych metafor. Część „fantastyczna” była jak najbardziej udana, choć nie zaskakiwała oryginalnością. Niemniej jednak „Lecą wieloryby” czytało się bardzo przyjemnie i niektóre obrazy zawarte w powieści wciąż towarzyszą mi po skończeniu lektury.

„Lecą wieloryby” to pierwsza książka Aleksandra Kościówa, jaką miałam okazję przeczytać i mam nadzieję, że z czasem przeczytam też dwie poprzednie, bo lektura pokazała mi autora jako pisarza panującego nad słowami, ich melodią i obrazami, które wywołują. Nie zdziwiła mnie informacja, że Kościów jest kompozytorem i wykładowcą w warszawskiej Akademii Muzycznej. Nie tylko...

więcej Pokaż mimo to

avatar
77
24

Na półkach:

Tkanie kilimu. Z tą czynnością kojarzyła mi się powieść „Lecą Wieloryby” we wstępie. Na kilimie, złożonym na kolanach Matki-Natury ludzie leżą na łące, a wieloryby rwą się do lotu; domki stają nad urwiskiem a chmury przybierają kształty. Kolory układają mozaikę tak kiczowatą, że bolą nie tylko oczy. Kilim to opis, nie fabuła. Prządka wie, co robi, narrator staje się bezużyteczny.
Na kilimie Maja i Jon. Nie muszą przysięgać sobie miłości – wyhodowali ją w sobie przez te wszystkie lata, tusząc, że wiedzą, jakimże jest stworzeniem. Z nieporadnego, choć niebrzydkiego, kaczątka miała naturalnie przemienić się w olśniewającego łabędzia. Jeszcze tylko próba wytrzymałości materiału, na którym miłość została wpisana w życiorys kilimowych bohaterów. Bo miłość ma mięśnie, których rozciągliwość należy ćwiczyć. Ćwiczenie kończy się kontuzją zadaną, jak się zdawało, przez Czarną Mambę. Faulujących jest jednak więcej.
Następuje prucie kilimu. Szarpanie. Zrywanie. Bieganie/ucieczka. Postaci próbują się urwać ze smyczy nici, chcą zacząć żyć własnym życiem. Chcą czy muszą? Los odwraca się plecami. Przechwałki dotyczące lojalności zdają się prowokować przeznaczenie, jak Odyseuszowa chwalba wobec Polifema wywołująca zemstę Posejdona w postaci długotrwałej tułaczki.
Wreszcie ruch ożywionego kilimu, dotychczas bezładny i próbujący jakość materiału nabiera znaczenia. Pojawia się Misja. Fabuła zwyciężyła opis po krótkotrwałej walce o formę. Powieść onirycznej drogi poprzez torowisko i światy równie fragmentarycznie powiązane z rzeczywistością ogniskuje się wokół odnalezienia Mai. Teraz jednak nie jest to ruch zrozpaczonego, wiarołomnego młodzieńca, a postawa wszechświata, czymkolwiek on właściwie jest. Maja się kontrapunktem zniewolenia, synonimem wymarzonej wolności, zwycięstwem każdej rewolucji, jutrzenką swobody – z przyzwyczajenia literackiego chcielibyśmy rzec. Przychodzi też na myśl skojarzenie z wciąż poszukiwaną Beatrycze, która w wierszu Lechonia jedynie jest i dlatego jej nie ma.
Jon, jako namiastkę dawnego świata i promień przyszłego, niesie ze sobą darowane przez tajemniczą staruszkę bezy. W tym temacie mógłby się kompetentnie wypowiedzieć Propp, który w swej „Morfologii bajki” rezerwuje znaczące miejsce w fabule dla darczyńcy. Bezy to symbol – rzekłbym – mało ambitny, a jednak nie o ścieralność warstwy semantycznej idzie, ale o wyrazistość na tę chwilę. Być może po przeczytaniu powieści wydadzą nam się one zbyt błahym elementem, by pełnić ważką fabularną funkcję. Wewnątrz tego świata, który, w sensie medycznym, jest reakcją organizmu Jona na spotkanie z nieprzychylnym tramwajem, wizją wstrząśniętego umysłu, pełnią one jednak funkcję doskonałą – i poprzez smak nazbyt słodki, i poprzez kolor nazbyt biały śmiało kontrastujący z wszechobecną szarością.
Jon, jak i jego bezy, jest przybyszem w tym świecie. Nie ma znaczka. Nie figuruje w spisach. Nie umie się zachować. Nie umie myśleć, jak wszyscy. To daje nadzieję wszelkiej maści odszczepieńcom, nieprawomyślnym, ideowcom. Nadzieje jednak niespełnialne, bo Mai odnaleźć się nie udaje.
Dopiero po otwarciu oczu. Ale wówczas Maja nie jest już idee fixe dla światów równoległych. Jest tylko narzeczoną, właściwie byłą narzeczoną, Jona. Fabuła hamuje z piskiem akcji. Narrator znów sposobi się do odpoczynku, jaki daje opis. Jak Bóg, po siedmiu dniach stworzenia musi odpocząć. Odpoczywa w szpitalu. Tam Jon dowiaduje się, że jest ktoś inny, a Maja wyjeżdża.
Młodość skończyła się nagle z miłością, albo odwrotnie. W sensie obyczajowym, należałoby powiedzieć, że było to szczeniackie uczucie, w sensach Kościowa oznacza to jednak, że człowiek zostaje sam po każdym złudzeniu bycia z drugim człowiekiem. I ten wniosek nie wydaje się karkołomną łamigłówką, nadzwyczajnym osiągnięciem myśli ludzkiej. Dlaczego więc boli mimo to, że wieloryby lecące można zobaczyć na niebie i ostatecznie można też uciec w ułudę, że jest się tylko ich tłem, a nie sensem istnienia świata i wszechświata?
[Recenzja zamieszczona również na moim blogu]

Tkanie kilimu. Z tą czynnością kojarzyła mi się powieść „Lecą Wieloryby” we wstępie. Na kilimie, złożonym na kolanach Matki-Natury ludzie leżą na łące, a wieloryby rwą się do lotu; domki stają nad urwiskiem a chmury przybierają kształty. Kolory układają mozaikę tak kiczowatą, że bolą nie tylko oczy. Kilim to opis, nie fabuła. Prządka wie, co robi, narrator staje się...

więcej Pokaż mimo to

avatar
433
78

Na półkach:

Baśniowy pomysł na jakim opiera się książka jest ciekawy.Ale nie do końca wiem w czym problem.Może autor ma zbyt małe umiejętności,żeby ten pomysł rozwinąć.Koniec mocno mnie rozczarował,nie dlatego,że spodziewałam się kiczowatego patosu..po prostu wg mnie było słabo.Miałam wielkie oczekiwania wobec tej książki,a pozostał tylko zawód...

Baśniowy pomysł na jakim opiera się książka jest ciekawy.Ale nie do końca wiem w czym problem.Może autor ma zbyt małe umiejętności,żeby ten pomysł rozwinąć.Koniec mocno mnie rozczarował,nie dlatego,że spodziewałam się kiczowatego patosu..po prostu wg mnie było słabo.Miałam wielkie oczekiwania wobec tej książki,a pozostał tylko zawód...

Pokaż mimo to

avatar
378
236

Na półkach:


avatar
147
82

Na półkach: , ,

Polski realizm magiczny. Jak zderzenie z pociągiem (tym z powieści także). Zakończenie miażdży kości. Jednak trzeba być fanem historii miłosnych osadzonych w nierzeczywistej rzeczywistości.

Polski realizm magiczny. Jak zderzenie z pociągiem (tym z powieści także). Zakończenie miażdży kości. Jednak trzeba być fanem historii miłosnych osadzonych w nierzeczywistej rzeczywistości.

Pokaż mimo to


Cytaty

Więcej
Aleksander Kościów Lecą wieloryby Zobacz więcej
Aleksander Kościów Lecą wieloryby Zobacz więcej
Aleksander Kościów Lecą wieloryby Zobacz więcej
Więcej

Video

Video
Reklama
Reklama
zgłoś błąd