Dziennik końca świata

Okładka książki Dziennik końca świata
Wojciech Bonowicz Wydawnictwo: Znak literatura piękna
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
literatura piękna
Wydawnictwo:
Znak
Data wydania:
2019-06-19
Data 1. wyd. pol.:
2019-06-19
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
9788324058396
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu
Średnia ocen
6,7 6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Poczekaj, szukamy dla Ciebie najlepszych ofert

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
Reklama

Książki autora

Okładka książki Znak nr 798 / 2021 Wojciech Bonowicz, Stefan Chwin, Olga Gitkiewicz, John N. Gray, Joanna Guszta, Joanna Jędrusik, Karol Kleczka, Dominika Kozłowska, Anna Marchewka, Anna Mateja, Edward Pasewicz, Janusz Poniewierski, Dariusz Rosiak, Filip Springer, Olga Szmidt, Maciej Topolski, Marta Alicja Trzeciak, Redakcja Miesięcznika ZNAK, Filip Zawada, Magdalena Śmieja
Ocena 7,0
Znak nr 798 / ... Wojciech Bonowicz, ...
Okładka książki Pismo. Magazyn opinii, nr 10 (46) / październik 2021 Anna Alboth, Wojciech Bonowicz, Karol Grygoruk, Katarzyna Kazimierowska, Zuzanna Kowalczyk, Eliza Kącka, Siergiej Lebiediew, Karolina Lewestam, Ania Morawiec, Herta Müller, Urszula Pieczek, Mateusz Roesler, Ewa Stusińska, Beata Szady, Lisa Taddeo, Anna Tatarska, Aleksandra Warecka, Marcin Wicha
Ocena 6,6
Pismo. Magazyn... Anna Alboth, Wojcie...

Podobne książki

Reklama

Oceny

Średnia ocen
6,7 / 10
43 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
999
443

Na półkach: ,

Książkę czyta się powoli, zapiski po zapiskach i chodzi się z nimi co dzień i rozważa punkty widzenie, i przygląda temu, czemu przyglądał się autor.
Niby rzeczy oczywiste, ale może chyba jednak zbyt mało o nich myślimy.
Pośpiech, w jakim żyjemy, sprawił, że przestaliśmy się dziwić, zastanawiać, staliśmy się na pewne sprawy mniej czuli.
Książka nie dla relaksu, ale dla refleksji.

Książkę czyta się powoli, zapiski po zapiskach i chodzi się z nimi co dzień i rozważa punkty widzenie, i przygląda temu, czemu przyglądał się autor.
Niby rzeczy oczywiste, ale może chyba jednak zbyt mało o nich myślimy.
Pośpiech, w jakim żyjemy, sprawił, że przestaliśmy się dziwić, zastanawiać, staliśmy się na pewne sprawy mniej czuli.
Książka nie dla relaksu, ale dla...

więcej Pokaż mimo to

37
avatar
57
50

Na półkach:

bookpani.blogspot.com

Autor na wstępie obiecał, że będzie dużo seksu i przemocy. Nie było. Bardzo się cieszę, że – w przeciwieństwie do polityków – złamał obietnicę. Po tej złamanej obietnicy było już tylko ciekawej. Homo scribens, jak sam siebie nazywa, podsłuchuje i donosi, ale tylko czytelnikowi, że owszem, koniec świata się zbliża, ale tragedii nie ma, bo można go odbudować na nowo. Tylko trzeba wiedzieć jak.

Wojciechowi Bonowiczowi daleko do biblijnego proroka albo dwóch uroczych pań, pukających do drzwi i z uśmiechem zachęcających do rozmowy o końcu świata; on wieszczy dowcipnie, z ciepłą ironią, a przede wszystkim przypominając, że koniec świata był już wczoraj i będzie na pewno jutro. Nie mówiąc już o tym, że staje się dziś. Właśnie w tej chwili. Ten koniec dla każdego jest inny. Dla autora może nim być to, co czuje wchodząc po schodach na trzecie piętro, ale i to, że nigdy już nie dozna tego samego, co wtedy, kiedy jako dziecko zasnął w pokoju, gdzie usypano górę jabłek.

Rzeczy ostateczne w „Dzienniku…” są raczej przewidywalne. To, że kiedyś trzeba będzie zacząć brać tabletki na nadciśnienie i to, że przestaniemy ze sobą rozmawiać, bo nie będziemy mieć o czym, nie noszą znamiona apokalipsy, a jednak mogą przerażać. Tyle że Wojciech Bonowicz nie chce straszyć. Jest coś w „Dzienniku końca świata” z tzw. katastrofizmu ocalającego. Że koniec czegoś może dać początek czemuś innemu, jeśli tylko go po pierwsze, zauważymy, po drugie, przyjmiemy, po trzecie, otworzymy się na coś nowego.

Choć „Dziennik końca świata” to zbiór publikowanych w „Tygodniku Powszechnym” felietonów, który został powiększony o nowe zapiski, to wolę nazywać je opowiastkami, bo Wojciech Bonowicz nie tyle pisze, co opowiada. I bardziej się go słucha, niż czyta. Bo wszystko rodzi się u niego z zasłyszanych w autobusie czy pociągu rozmów, jako że autor przyznaje, że uwielbia podsłuchiwać i nadsłuchiwać, o czym i jak mówią ludzie, ale też z konwersacji, które – jako przebiegły, bo bardziej słuchający niż mówiący rozmówca – prowadzi w taksówce czy kawiarni. Bo do opisu – jak twierdzi – nie można tylko posługiwać się tym, co się widzi, ale co się słyszy. Dlatego jest Bonowicz nie tylko świetnym gawędziarzem, ale i mistrzem poetyckiej anegdoty. Sprawnie skonstruowanej, ale i takiej, którą czyta się jak najczystszą poezję. Chyba tylko poeta jest w stanie taką stworzyć. Jak na przykład tę, która mówi o tym, jak czekał w kawiarni na spóźniającego się fotografa, zanim ten mu ze zdziwieniem oznajmił przez telefon, że przecież przed chwilą właśnie skończył mu robić zdjęcia… Albo tę mówiącą o tym, jak został pisarzem. Czyli jak wymyślał na poczekaniu koledze z kolonii fabułę filmów, których nigdy w życiu nie widział. Jest też autor „Dziennika końca świata” świetnym aforystą: „Pisanie podtrzymuje ludzi przy życiu. Przeważnie chodzi o życie konkretnego człowieka – tego, który pisze”. U Bonowicza słowo zawsze znaczy. Nie ma u niego słów zbędnych. Ani takich, które mają tylko zapełnić kolejne linijki, bo trzeba wyrobić normę liczby znaków. Przywraca mi to wiarę w to, że w czasach, kiedy słowa są jak wata cukrowa: słodkie, szybko rozpuszczające się w ustach i znikające zaraz po ich wypowiedzeniu, jakby nigdy ich nie było, one nadal coś znaczą. I mogą budować świat.

Ten świat może i jest straszny, ale Wojciech Bonowicz i tak widzi go pięknym. Mimo wszystko. „Kiedy wszystko zaczyna się rozpadać i nie wiadomo, gdzie szukać ratunku – zostaje słowo”. Jak się już ponazywa rzeczy po imieniu, wszystko wraca na swoje miejsce. Słowem stwarzamy świat. Swój i ten wokół. Warto by było, żeby był to piękny i wartościowy świat. Amen.

PS Panie Wojciechu, przez pana przejechałam trzy stacje metra! A przejechać trzy stacje metra w Nowym Jorku, to jak spóźnić się na dowolny pociąg w Polsce i czekać na następny. Dziękuję. Warto było.

bookpani.blogspot.com

Autor na wstępie obiecał, że będzie dużo seksu i przemocy. Nie było. Bardzo się cieszę, że – w przeciwieństwie do polityków – złamał obietnicę. Po tej złamanej obietnicy było już tylko ciekawej. Homo scribens, jak sam siebie nazywa, podsłuchuje i donosi, ale tylko czytelnikowi, że owszem, koniec świata się zbliża, ale tragedii nie ma, bo można go...

więcej Pokaż mimo to

4
avatar
186
100

Na półkach: ,

Pan Bonowicz - Uczeń Tischnera, nie filozof a poeta, komentuje chory świat wyczekując jego końca, z utęsknieniem. Chodzę do De Revolutionibus'a , ... może umówił się z fotografem...no i napisał nową Dezyderatę. Dobrze jest...

Pan Bonowicz - Uczeń Tischnera, nie filozof a poeta, komentuje chory świat wyczekując jego końca, z utęsknieniem. Chodzę do De Revolutionibus'a , ... może umówił się z fotografem...no i napisał nową Dezyderatę. Dobrze jest...

Pokaż mimo to

4
Reklama
avatar
406
321

Na półkach:

Wojciech Bonowicz uznał, że świat się kończy. Niepokoi go fakt, że ludzie coraz bardziej oddalają się od siebie intelektualnie i psychologicznie. Chętnie kontaktują się tylko z tymi, którzy mają podobne poglądy, unikając myślących inaczej. Często brakuje im sił i cierpliwości na to, co najważniejsze – spotkania z drugim człowiekiem, z rodziną...

Autor koniec świata opisuje za pomocą swoich felietonów z „Tygodnika Powszechnego”, które poprzerabiane i posklejane tworzą kronikę współczesnej Polsce. Bonowicz słucha uważnie ludzi – w sklepie, w tramwaju, w przychodni albo w taksówce. Są to miejsca, gdzie toczą się nieustające dialogi. Na tej podstawie snuje swoje niespieszne opowieści o nas i o tym, co dzieje się między nami. Stara się znaleźć w tym wszystkim jakiś sens. Rzeczywistość opisuje z dystansem i subtelnym, przewrotnym poczuciem humoru. Wiadomo, świat jest straszny, ale autor postanawia, że jest piękny.
„Dziennik końca świata” opowiada o tym, że tkwi w nas ogromna siła pozwalająca zmienić świat. Jeżeli będziemy otwarci, solidarni i życzliwi, świat, który nie potrafi ze sobą rozmawiać, skończy się...

Wojciech Bonowicz uznał, że świat się kończy. Niepokoi go fakt, że ludzie coraz bardziej oddalają się od siebie intelektualnie i psychologicznie. Chętnie kontaktują się tylko z tymi, którzy mają podobne poglądy, unikając myślących inaczej. Często brakuje im sił i cierpliwości na to, co najważniejsze – spotkania z drugim człowiekiem, z rodziną...

Autor koniec świata opisuje...

więcej Pokaż mimo to

51
avatar
1432
784

Na półkach: , ,

Się przeczytało, ale świat by się nie zawalił bez przeczytania tego zbioru tekstów o tym i owym. Ot, krakowskie gadanie!

Się przeczytało, ale świat by się nie zawalił bez przeczytania tego zbioru tekstów o tym i owym. Ot, krakowskie gadanie!

Pokaż mimo to

14
avatar
167
36

Na półkach: , , ,

Szept Bonowicza. Słowa, które układają mi świat.

Kiedyś, w dodatku stosunkowo niedawno, w tekście „Moje okno na muzykę”, który odnosił się do wywiadu-rzeki Wojciecha Bonowicza z Wojciechem Waglewskim, zawarłam takie oświadczenie:
„Nie ośmielam się pisać recenzji tej książki (chociaż strasznie mnie kusiło), głównie ze względu na to, że Wojciecha Bonowicza uważam za autorytet w dziedzinie literatury i każdą książkę, która wychodzi spod jego ręki, za majstersztyk.”
(https://slawek-orwat.blogspot.com/2019/03/agnieszka-kostuch-moje-okno-na-muzyke.html?m=1&fbclid=IwAR2LmP2RVA_nkUxbZuLzVwZkX_VbaHFXY2ZjyoxWB3bTZDsviIx5P-BI4fA)

Faktycznie miałam na myśli szerszą deklarację: nie ośmielę się napisać recenzji ŻADNEJ jego książki. Ale kurczę, jak nie pisać?... skoro znowu mnie zachwycił. Tym razem „Dziennikiem końca świata” (Znak, Kraków 2019). Kiedy po raz pierwszy dotarła do mnie zapowiedź tej książki, wywołała we mnie konsternację, czyżby również Bonowicz – słynący ze swojej dyskrecji, jeśli chodzi o życie prywatne – uległ naciskom, namowom, by opublikować swoje najbardziej prywatne z notatek? Ale później natknęłam się na informację, że będzie to zbiór felietonów, czyli nie do końca forma dziennika. Z pewną obawą otworzyłam książkę, gdy już do mnie dotarła. Co Bonowicz tym razem chce nam „sprzedać”? Teraz, znając już zawartość "Dziennika…" nazwałabym wstęp Autora przewrotnym. Nie pokrywa się z moimi odczuciami, które mam po lekturze. Ale chyba właśnie o to chodziło Autorowi, by kolejny raz pokazać nam, byśmy nie wierzyli tak szybko różnym deklaracjom, przepowiedniom (o końcu świata chociażby), politycznym obietnicom. Zdradzam troszkę zamysł Autora? I tak przeczyta te słowa niewielu, ale ci, którzy przeczytają, wierzę, że zapragną przeczytać ją tym bardziej od deski do deski i pobiegną po nią do księgarni (również tej w komputerze czy smartfonie).

Zacznę od tego, że w książce aż kipi od humoru. I jest to rodzaj humoru, który najbardziej lubię, czyli inteligentny, ale nie chamski, nie przyklejający łaty i patrzący z góry na wszystkich. Humor, który wirtuozersko wyśmiewa różne ludzkie przywary, nie wyłączając osoby samego Autora. Drugą cechą tego „dziennika”, który przypomina kolorowy ”patchwork” zszyty z różnych gatunków literackich (felietonu, reportażu, poezji, pamiętnika, groteski), jest plastyczność opisów. Ale akurat ona nie dziwi wiernego czytelnika tekstów Bonowicza. Charakteryzuje ją szczegółowość, naturalizm, wiarygodność. Bonowicz od dawna jest uważnym obserwatorem rzeczywistości. I właśnie od tej kwestii – jego oglądu rzeczywistości - zaczyna swoją książkę.

"(…) na ogół chętnie chodzę, śledzę, podsłuchuję. Taki zawód. Interesuje mnie, o czym i jak ludzie rozmawiają. (…) Nie żebym rwał się i od razu to, co podsłuchane, przekazywał dalej. Niemniej to, co tu zapisuję, ten dziennik niby, jest jakoś głosem wspólnym, głosem głosów, nie tylko pojedynczym." (s. 8-9)

W tych słowach Bonowicz pokazuje to, co najbardziej (w moim odczuciu) cechuje go jako pisarza: uważność i dyskrecja. W dalszej części tego wywodu o pisaniu przechodzi do kwestii bardzo mi bliskiej: jak mówić/pisać do „nie-swoich”? Do takich, którzy nie podzielają naszych poglądów?

"Mamy <swój świat>, <swoją> prawdę, <swoje> wartości. Jeśli już musimy stanąć naprzeciwko <nie-swojego>, to na ogół milczymy ,czekamy, może nie trzeba będzie rozpoczynać dyskusji, a tym bardziej bitwy. (…) Tyle że słowo, które jest tylko <swoje>, mowa tylko dla <swoich> nigdy nie stanie się prawdziwym argumentem. Trzeba znaleźć inne słowo, takie słowo, które to, co rozdzierane konfliktami, na chwilę połączy. Jakie to słowo? Zawsze takie samo? Nie wiem, ale wiem, że gdzieś takie słowo jest. Kiedy tak chodzę i podsłuchuję, wierzę, że je znajdę." (s. 10)

Poruszające. Chciałabym czytać, słuchać więcej publicystów deklarujących taką otwartość. Ale poza ks. Adamem Bonieckim nie słyszę takich głosów. Być może za mało czytam, za mało nasłuchuję. Oby to była przyczyna ich niesłyszenia, a nie inna. W książce są liczne odwołania do politycznej sytuacji w Polsce, zarówno wprost jak i w formie zawoalowanej, której przykładem jest groteskowe opowiadanie "Zapiski obywatela". Autor zadedykował je Sławomirowi Mrożkowi. Jest to parodia odwołująca się do pomnikowego już Herbertowskiego "Raportu z oblężonego miasta", w moim odczuciu genialna. Autor wykazał w niej dużą dawkę dystansu nie tylko do miłosiernie nam panującego rządu, ale i do siebie samego. Postać staruszka, będącego alter ego byłego ministra obrony AM, odmalował tak zabawnie, że wszystkie moje strachy zaczęły się trząść, ale ze śmiechu. Przytoczę początek dla lepszego zobrazowania kunsztu tego języka:

"Ponieważ w mieście brakuje dowódców, władze ogłosiły akcję: <Generał w każdej rodzinie!>. Natężyłem się, ale pękły mi szelki. Żona powiedziała, że ich nie naprawi i żebym lepiej siedział w domu. (…) Za to mieszkający w bloku naprzeciwko staruszek od wczoraj chodzi z fuzją. Staruszek ma wprawdzie zapalenie spojówek, ale ponieważ zgłosił się w urzędzie miasta jako pierwszy, dostał zgodę na strzelanie bez ostrzeżenia. Dobrał sobie kilku młodych chłopaków, którzy chodzą za nim i na zmianę mu tę fuzję ładują. Najbardziej gorliwemu z nich staruszek podarował medal, który miał w domu." (s. 51-52)

Więcej nie będę zdradzała. Czytajcie sami i śmiejcie się na zdrowie. Jak się okazuje można wyśmiać każdy „koniec świata” , również ten polityczny ;) Bynajmniej nie chcę pozostawić tych, którzy jeszcze książki nie znają, z wrażeniem, że będą mieli do czynienia z książką publicystyczną, odwołującą się tylko do zagadnień społeczno-politycznych naszego kraju. Tak jak wspomniałam wcześniej "Dziennik" Bonowicza przypomina kolorowy patchwork i to nie tylko ze względu na różne formy, ale i treści. Znajdziecie w nim bardzo osobiste wspomnienia jak wizyta w domu Krystyny Miłobedzkiej, którą Autor obdarza wyjątkową estymą, czego daje dowód m.in. przywołując ją i jej poezję na swoich spotkaniach autorskich. Akurat zacytowana na początku jego druga deklaracja, że "Dziennik" będzie „wielogłosem” okazała się prawdziwa. Dlatego obok komiczno-dramatycznej relacji z przejażdżki pędzącą taksówką, znajdziemy wzruszające opisy: wsi (jaką zapamiętał Autor z dzieciństwa), leczącej dłoni babci, Ahmeda, policjanta, który zginął podczas zamachu na siedzibę redakcji w Paryżu czy też fenomenalny opis pasażera „pod wpływem”, z siatami, gadającego do niewidzialnych kompanów. Nawet swojemu kotu Leonowi Autor oddał głos. Bo kota się nie zostawia i się nie wyjeżdża, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział ;)

Na koniec wspomnę o słowach, które nie dają mi spokoju odkąd usłyszałam je z ust bardzo mądrego księdza (to nie ironia, naprawdę uważam, że jest mądry i ma dobrą wolę). Chodziło o ”Tygodnik Powszechny” (dalej: TP) i jego opinię, że nie wszystkie treści , które prezentuje, są dobre, że niektóre wprowadzają ludzi w błąd, a taka „mieszanina” jest po prostu niebezpieczna dla kogoś, kto nie umie rozeznać, co jest dobre, a co złe (na marginesie, śmiem twierdzić, że to „rozeznawanie” to trudna sztuka dla każdego i że uczymy się jej przez całe życie). W domyśle chodziło mu też o relatywizm, który jest często podawanym zarzutem wobec redaktorów TP ze strony środowisk radykalnie katolickich. Wojciech Bonowicz pisze felietony dla TP i wydaje się, że utożsamia się z filozofią tego pisma, czyli m.in. ideą „otwartego Kościoła”. Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Autor w końcowej notce umieścił informację, że pisząc "Dziennik" końca świata wykorzystał niektóre felietony publikowana w TP w latach 2017-2019. Po drugie dlatego, że pomyślałam sobie, że ta książka przynosi odpowiedź na pytanie: czy Wojciech Bonowicz jest relatywistą? Dla mnie brzmi ona jednoznacznie: nie. Bonowicz udowadnia , że otwartość nie musi spychać człowieka w relatywizm. Człowiek otwarty na „nie-swoich” może mieć bardzo jasny system wartości, którym jest wierny. A ci, którzy by mieli wątpliwości, jakie wartości są dla Bonowicza priorytetowymi, niech przeczytają ten fragment "Dziennika":

"Dobrze jest znać umiar w pracy, kupowaniu, leczeniu się, podróżowaniu i w każdej innej rzeczy, nie wyłączając zachwytu. Dobrze jest przeczytać przynajmniej siedem książek w roku. Dobrze jest od czasu do czasu posłuchać wykładu kogoś wybitnego, nawet jeśli miałoby się tego wykładu nie rozumieć. Nie należy wierzyć w śmierć autorytetów; ludzie naprawdę wybitni nie zachowują się podle, co najwyżej czasem mogą o czymś zapomnieć. Autorytet rozpoznaje się po tym, że kiedy siądzie w jego pobliżu, człowiekowi robi się lżej na sercu.
Dobrze jest znać trochę biologii, fizyki, matematyki, historii, politologii, filozofii, a nawet teologii. Dobrze jest znać języki (…) Dobrze jest mieć do ludzi z innych krajów stosunek sympatyczny. (…)
Należy szybko wybaczać, bo długie wybaczanie łatwo staje się pamiętliwością. Dobrze jest ulegać namowom ludzi ufnych, naiwnych i bezinteresownych. Każdy, kto ma pieniądze, niech się nimi podzieli z tymi, którzy nie umieją ich wydawać .Zawsze trzeba stać po stronie ofiar i tych, którzy nie mają głosu. Dobrze mieć niepełnosprawnego przyjaciela. Dobrze jest chodzić z dziećmi do ludzi starszych i samotnych. Dobrze jest dawać zwierzętom schronienie i traktować je jak członków rodziny.
(…) choć ludzie bywają denerwujący (niekiedy w najwyższym stopniu), to jednak bez nich byłoby jakoś dziwnie. Dobrze jest myśleć o nich jako o bliźnich, cokolwiek to znaczy.
Dobrze jest – ze wszech miar dobrze – jeśli się kogoś lubi, przytulać go." (s. 182-183)

Może pogłoski o tym, że świat się kończy, bardziej nas zmobilizują, żeby przejąć się słowami Poety? On sam nie ma złudzeń, że tak się stanie, nie na skalę globalną.

"Tego, co poetki, poeci szepczą nam na ucho, nikt nie będzie powtarzał na dachach. Ale dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto w tym świecie podniesionych głosów próbuje mówić rzeczy ważne – szeptem." (s. 92-93)

Słyszycie szept Bonowicza?

Agnieszka Sroczyńska

Szept Bonowicza. Słowa, które układają mi świat.

Kiedyś, w dodatku stosunkowo niedawno, w tekście „Moje okno na muzykę”, który odnosił się do wywiadu-rzeki Wojciecha Bonowicza z Wojciechem Waglewskim, zawarłam takie oświadczenie:
„Nie ośmielam się pisać recenzji tej książki (chociaż strasznie mnie kusiło), głównie ze względu na to, że Wojciecha Bonowicza uważam za...

więcej Pokaż mimo to

13
avatar
1156
121

Na półkach: ,

Nie odważyłabym się napisać, że wiem o czym jest ta książka.
Na pewno nie ma w niej seksu, przemocy i przygód. Chociaż obiecano.
Polecam wszystkim, którzy mają ochotę spojrzeć na świat oczami Autora. Podoba mi się poczucie humoru z jakim napisany jest ten dziennik. Jednoszceśnie "czuć" że autor jest poetą.

Nie odważyłabym się napisać, że wiem o czym jest ta książka.
Na pewno nie ma w niej seksu, przemocy i przygód. Chociaż obiecano.
Polecam wszystkim, którzy mają ochotę spojrzeć na świat oczami Autora. Podoba mi się poczucie humoru z jakim napisany jest ten dziennik. Jednoszceśnie "czuć" że autor jest poetą.

Pokaż mimo to

28
avatar
256
23

Na półkach:

Książka jest debiutem prozatorskim uznanego poety i sprawia wrażenie pewnego manifestu. Warto w życiu słuchać, chronić otwartość i czerpać z mądrości przyjaciół, literatury. To w tym fabularyzowanym eseju jest.

Książka jest debiutem prozatorskim uznanego poety i sprawia wrażenie pewnego manifestu. Warto w życiu słuchać, chronić otwartość i czerpać z mądrości przyjaciół, literatury. To w tym fabularyzowanym eseju jest.

Pokaż mimo to

8

Cytaty

Więcej
Wojciech Bonowicz Dziennik końca świata Zobacz więcej
Reklama
Więcej
Reklama
zgłoś błąd