Ateizm urojony

Okładka książki Ateizm urojony
Sławomir Zatwardnicki Wydawnictwo: Azymut religia
224 str. 3 godz. 44 min.
Kategoria:
religia
Wydawnictwo:
Azymut
Data wydania:
2013-09-25
Data 1. wyd. pol.:
2013-09-25
Liczba stron:
224
Czas czytania
3 godz. 44 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375956412
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Reklama
Reklama

Książki autora

Podobne książki

Oceny

Średnia ocen
5,0 / 10
47 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
437
388

Na półkach: ,

Jeśli ateista po tej książce przynajmniej nie zwątpi w swoją wiarę w nieistnienie Boga, to już chyba nic nie pomoże (poza Bogiem zsyłającym jakieś szczególne doświadczenie).

Śmiać się chce z tych ocen i komentarzy. Ludzie, udowadniacie tylko, że do przyjęcia Boga trzeba się rozwinąć i dojrzeć. Macie się za jaśnie oświeconych (he he) „racjonalistów”, nie wiedząc co ten termin oznacza. Albo Zatwardnicki pisze głupoty, a ci co go chwalą, tylko udają że wszystko jest jasne jak słońce, albo to Ty nic nie rozumiesz, bo kompletnie nie znasz filozofii… a zatem, znasz? Czytałeś/aś przynajmniej jej historię? To kto tu jest ignorantem? Kto tu jest głupkiem (którego tragedia polega na tym, że nawet nie wie jak bardzo jest głupi)?

Często rozmawiamy o Bogu jak o obejrzanym filmie, albo ulubionym smaku lodów, tymczasem to najważniejsze i największe zagadnienie jakie można w życiu podjąć! Boga odkrywa się przez całe życie! Czy da się bez żadnego przygotowania rozmawiać o teorii strun, kwarkach, bozonach? Trzeba się odpowiednio do tego przygotować. Tymczasem do Wiary i Kościoła podchodzi się tak frywolnie, bo uważa się, że jedynym wysiłkiem z tym związanym, jest cotygodniowe chodzenie na nudne msze.

Tyle mądrości i prawdy w tej książce, że kopara opada do samej podłogi, a w swoim zaczadzeniu większość nawet nie dostrzegła, jak wiele krytyki kierowana jest pod adresem samych „wierzących”, którzy w ogromnej masie nie wiedzą w co wierzą – krytyki pod którą podpisują się sami ateiści i często wskazują, że jest ona jednym z powodów ich własnej niewiary! A mimo to Zatwardnicki widziany jest jako fanatyczny szaleniec, który zaklina rzeczywistość fantastycznymi łamigłówkami.

Oczywiste, że ze szczegółami można się nie zgadzać, ale ogólny obraz sytuacji nakreślony przez pana Sławomira jest adekwatny, zgodny z rzeczywistością, prawdziwy.

Wiecie dlaczego mędrcy stronią od ludzi? (między innymi) Dlatego, że ludzie są tak głupi, że na ich tle osoba, która wie cokolwiek więcej niż potoczność, sama sobie jawi się jako pół-bóg, zatem ucieka do samotni, na uboczu społeczności, aby ta nie podsycała jej pychy.

Drodzy bracia i siostry, jeśli ni w ząb nie zrozumieliście dlaczego ta książka jest tak dobra, dlaczego w stosunku do „Rysia i Krzysia” jest jak bomba atomowa zrzucana na natrętnego komara, to jest to dla was znak, aby uzupełnić braki, dokształcić się i rozwinąć intelektualnie, a przy okazji osobowo. Każdy ma optymalną dla siebie drogę, ale polecam zacząć od „Historii filozofii” (3 tomy) Tatarkiewicza. Przynajmniej zobaczycie jakich geniuszy naszej cywilizacji zajmowały rozmyślania na temat Boga. Jeśli patrząc na tych geniuszy (przeczytajcie ich główne dzieła i przekonajcie się jak mało zrozumiecie przy pierwszym podejściu) wciąż będziecie mieli przekonanie, że chyba nie byli tacy genialni, skoro wierzyli w „dziadka chmurach”… to jesteście beznadziejni.

Tak jak wierzący powinien dobrze wiedzieć w co wierzy, tak niewierzący powinien dobrze wiedzieć co odrzuca (jeśli obaj nie chcą być durniami).

W książce tej mowa jest o stosunku wiary i rozumu, ale to nie są jedyne władze poznawcze (i zdaje mi się że autor również gdzieś o tym wspominał). Nawet współczesna (naukowa!) kognitywistyka mówi o co najmniej czterech: rozumie, uczuciach, zmysłach i intuicji. Otóż rozsądnie jest polegać na wszystkich tych „władzach” równocześnie, tak aby wzajemnie trzymały się w szachu. Zastanówcie się więc co podpowiadają wam uczucia i co podpowiada wam intuicja.

Planuję wrzucić sporo cytatów, ale aż się prosi aby wtrącić w tym miejscu Karola Libelta:
„Samowładztwo rozumu…”. Z rozdziału "Mistycyzm jako przejście do filozofii słowiańskiej":
[...] filozofia negująca uczucia i wyobraźnię staje się krytycyzmem, rozwiązującym wszelakie ukształtowania się ducha; filozofia pod przewagą uczucia jest w służbie religii, biorąca wiarę za nieskończenie coś wyższego nad pojęcie rozumu; filozofia nareszcie pod przewagą wyobraźni, przechodzi w kabałę, symboliczność i mistyczność. Tylko harmonia tych trzech pierwiastków stanowi w filozofii prawdziwą mądrość.
Podobnie religia bez rozumu i wyobraźni jest fanatyzmem, pod przewagą rozumu neguje się sama i staje się libertyństwem, pod przewagą wyobraźni wiedzie do bałwochwalstwa i do mistycyzmu. Religia w harmonii uczucia z rozumem i wyobraźnią jest prawdziwą czcią i miłością Boga. Na koniec mistyczność, na samej wyobraźni oparta, jest fałszywym proroctwem i fałszywym mesjanizmem; pod przewagą uczucia jest intuicją i jasnowidztwem, pod przewagą rozumu rozwięzuje się w mistyczne zapatrywanie się na świat i dzieje. - Twórczość wyobraźni w harmonii z rozumem i uczuciem wprowadza do rzeczywistości sztuki piękne, a mianowicie poezję, jako najwięcej z materialności wyzwoloną".

Dla niewierzącego, jedynym rozsądnym, J E D Y N Y M R O Z S Ą D N Y M stanowiskiem jest agnostycyzm. Ateizm jest dla nierozwiniętych, dorosłych dzieci.

(Polecam świetny wykład na YT Sebastiana Gałeckiego pt „Czy można udowodnić istnienie Boga?” https://www.youtube.com/playlist?list=PLbxqvq-i6am_uJMR3JK5MnY__BDnbJLG6
7 odcinków, ponad 10 godzin, ale warto je poświęć najważniejszej kwestii życia, zamiast kolejnemu durnemu serialowi na Netflixie, sesji śmiesznych kotów, tysiąckrotnie obejrzanym teledyskom… albo żałosnym wypocinom Wybrańczyków i innych Fjałkowskich, którzy wciąż powtarzają dawno wyjaśnione bzdury, pod przykrywką „racjonalizmu” oddziałując na waszą uczuciowość i wyobraźnię.)

-----------------------------------------------------

„Novak piętnuje także „płaski relatywizm”, »uśmiechnięty nihilizm« [patrz Fjałkowski – dopisek mój], którego wyznawcy twierdzą, że nie ma prawdy obiektywnej, a są tylko opinie. Takie stanowisko oznacza poddanie się rozumu i postępowanie według zachcianek jednostek. Jest to, według autora „Boga nikt nie widzi”, zgoda na pośmiertny triumf dwudziestowiecznych totalitaryzmów, które opierały się na woli dyktatorów (czemu nie, skoro nie ma prawdy obiektywnej…). Ta niewiara w prawdę absolutną nie tylko neguje możliwość poznania Boga, ale i stanowi zagrożenie dla społeczeństwa. Dodam, że nawet jeśli niebezpieczeństwo to nie musi – choć może – przybrać formy znanych totalitaryzmów, to „dyktatura relatywizmu” (określenie Josepha Ratzingera) i tak zbierze swoje żniwo; jest bowiem ni mniej, ni więcej tylko barbarzyństwem, które zawsze oznacza porażkę duchowych wartości bezbronnych w konfrontacji z nagą siłą (vide Krzyż)”.

„Nie wszyscy naukowcy są scjentystami, nie wszyscy scjentyści naukowcami, lecz niewątpliwe jest, iż sam fakt istnienia nauki – ukazującej się wszystkim przez pryzmat spektakularnego praktycznego sukcesu, jaki udało jej się osiągnąć – wystarcza, by w wielu umysłach rozpowszechnić przeczucie pogardliwej obojętności wobec wszelkiej tezy, o której nie można pomyśleć, że jest – przynajmniej w myśli niektórych ludzi – naukowo udowodniona” Etienne Gilson

Według „nowych ateistów” nauka i religia prowadzą ze sobą walkę na śmierć i życie i nie ma miejsca dla obu stron sporu. Jest to pogląd rodem z XIX wieku, dziś postrzegany jako „beznadziejnie staroświecki stereotyp historyczny, całkowicie przez naukę skompromitowany. Błąka się on jeszcze tylko po zaściankach życia intelektualnego, do których do tej pory nie przebiło się światło naukowej metody”. Przy okazji warto zauważyć, że taki wojenny ogląd relacji nauka-religia można potraktować jako lustrzane odbicie fundamentalizmu religijnego, który w nauce widzi wroga.
Ten pseudonaukowy ateizm w nowej wersji tym różni się od swojego pozytywistycznego przodka, że stanowi swego rodzaju namiastkę religii – „ateistyczny punkt widzenia może zaspokoić to, co dawniej uważano za tęsknoty religijne”: przynosi pocieszenie, poczucie niezwykłości, quasi-mistyczne doświadczenie kontaktu ze wszechświatem. „W końcu nauka zajęła miejsce metafizyki i religii. Ateista może nareszcie czuć wyższość nad wierzącym. Te nowe pisma – drwi Novak, parafrazując psalm 14 – uczą: „Mówi głupi swojemu sercu: »Jest Bóg«. Drwina jak najbardziej na miejscu – żarty kończą się bowiem tam, gdzie z Boga się szydzi, co czynią właśnie „nowi ateiści”.

„Jak pracoholicy lokują swoje ludzkie uczucia nie w osobach, ale w rzeczach czy dziełach, tak nałogowi scjentyści poddają się zeświecczonej wersji pobożności, swoistemu erzacowi duchowości prawdziwej. Scjentystyczna religia wymaga oczywiście swojego kultu (cześć dla nauki oraz racjonalizmu) i idoli (np. Karol Darwin) oraz składania ofiar z wrogów nowej religii, którym będą chrześcijanie, nie rzuca co prawda „do lwa”, ale chłosta salwami śmiechu.
Zdradza Dawkinsa parareligijny język, jakiego używa – celem książki jest nawracanie, darwinizm jest „ostatecznym naukowym filarem świadomości”, teorią doboru naturalnego trzeba „przesiąknąć, zanurzyć się w niej po czubek głowy, zanurkować, i dopiero wtedy człowiek zdolny jest pojąć jej znaczenie”, należy przeżyć „darwinowskie otrzeźwienie”, żeby nie pozostać w dramatycznej sytuacji tych, których „świadomości nie odmienił darwinizm”, bo przecież „prawdy ewolucji, tak samo jak wiele innych naukowych prawd, są tak niewyobrażalnie fascynujące i piękne. Czyż nie jest osobistą tragedią aż do śmierci być tego wszystkiego pozbawionym?”. Tak dokonuje się swego rodzaju scjentystyczna inicjacja, która prowadzi do rzekomego wyzwolenia”.

„Do prawdy bytu dochodzi się nie poprzez wiedzę, ale przez poznawanie innego rodzaju – przez rozumienie tego sensu, któremu człowiek się powierza i który to sens, uprzedni w stosunku do działań człowieka, podtrzymuje zarówno człowieka, jak i cały świat. Oczywiście dla chrześcijan wiara „jest czymś więcej niż opowiedzeniem się za duchową podstawą świata. Jej zasadnicze sformułowanie nie brzmi »wierzę w coś«, ale »wierzę w Ciebie«. Jest ona spotkaniem z człowiekiem Jezusem i w tym spotkaniu doświadcza, że sensem świata jest osoba”.
Kopczyk kamieni pozostał nieruszony. Jeśli nikt nie potępił zwolenników „nowego ateizmu”, to być może dlatego, iż również wierzący pozostają dziś zaklęci redukcją prawdy do tej poznawalnej naukowo. Niemieszczący się w takim świecie Jezus wydaje się postacią baśniową czy mitologiczną. Coś pisze palcem po ziemi, ale i to, co w ten sposób powstanie, będzie można sprowadzić do przyczyn naturalnych. W każdym razie jeśli cokolwiek może przerwać ten zaklęty krąg, w którym tkwimy, to głoszona przez Kościół wiara oraz krytyka nowożytnego rozumu, jeśli tylko znajdzie on siłę do tego, żeby uciec przed tym barbarzyństwem czy intelektualnym samobójstwem, do którego chcą go skłonić „nowi ateiści”. W każdym razie na nic zda się budowanie mostu przyszłości, jeśli pozostaje on urwany w dziś modnym myśleniu”.

„W każdym razie teoria, która rościłaby sobie prawo do tego, aby wszystko raz na zawsze wyjaśnić, nie miałaby nic wspólnego z nauką, lecz byłaby tylko światopoglądem, ideologią, opium dla ateistycznego ludu”. Manfred Lutz

„Na szczęście istnieje „drugi obieg” myśli, a reprezentanci tego podziemnego nurtu zadają niewygodne dla tych w kołnierzykach pytania o to, czy rzeczywiście rzeczywistość mogła powstać z tego, co nierozumne; czy niemający celu proces ewolucji mógł doprowadzić do powstania działającego celowo człowieka; albo: czy rozum może być produktem ubocznym czegoś nierozumnego? Bo jeśli nie, to może prawdą jest przekonanie głoszone przez wierzących, że u podstaw wszystkiego stoi Rozum? Oczywiście jeśli odpowiedzi na tak postawioną alternatywę nie mogą udzielić przyrodoznawcy, to również filozofowie nie rozstrzygną tej kwestii w sposób pewny. Niech więc wolno będzie wierzącym pozostać przy swojej wierze, która mimo że nie jest możliwa do udowodnienia, zdaje się bardziej rozumna od wiary w nierozumność tego, co daje się rozumowo poznać: bo czy „rozum może zrezygnować z priorytetu rozumności przed nierozumnym, z pierwotnego początku Logosu, nie zatracając siebie?
Dla dopełnienia Dobrej Nowiny dodajmy koniecznie, że Logos, w którego wierzą chrześcijanie, objawia się nir tylko w matematyczności świata, ale również przez miłość; ściślej: ten Rozum jest Miłością, a Miłość ta jest Rozumem, z kolei w swej jedności są przyczyną i celem rzeczywistości. W ten sposób dochodzi do skutku po raz kolejny w historii „aksamitna rewolucja” dokonywana przez chrześcijaństwo. Jak kiedyś Kościół połączył wcześniej oddzielane rozum i religię (więc również naukę i wiarę), tak teraz dokonuje „ewolucyjnej rewolucji”, swoistego przewrotu mającego na celu przywrócenie nauce rozumności. „Przez swoją opcję na rzecz prymatu rozumu chrześcijaństwo pozostaje także dziś »oświeceniem« i sądzę, że oświecenie, które odrzuca tę opcję, wbrew pozorom musiałoby oznaczać nie ewolucję, lecz inwolucję oświecenia”.

Urąga rozumowi tłumaczenie, że ewolucja miałaby zmierzać w nieprzypadkowym kierunku w wyniku nieprzypadkowego przetrwania przypadkowych zmian cech dziedzicznych. „Pojawia się tu intrygujący paradoks: ewolucja nie posiada oczu, lecz potrafi je wykreować”, co ktoś inny ujął w zgrabnym bon mocie „ewolucja jest bardziej bystra niż ty”; przy czym ten intrygujący paradoks nie okazał się na tyle intrygujący, żeby wyciągać z niego konkretne wnioski. Niedopuszczalne jest również zamykanie ust tym, którzy pytają o cel wszystkiego lub nawet tylko swojego życia. Ewolucjoniści takie pytania uważają za zbyteczne, skoro mechanizm funkcjonowania jest zrozumiały; w ten sposób doprowadzają racjonalne myślenie do irracjonalności: jedyną odpowiedzią na najgłębsze życiowe pytania jest to, że „nasi odlegli przodkowie potrafili zwiększyć reprezentację swoich genów kosztem innych. Nie ma żadnego pełniejszego ani głębszego wyjaśnienia rzeczywistości”. W końcu trzeba więc będzie, tako rzecze Krzysio, „z odpowiednią pokorą spojrzeć w twarz samemu stwórcy, który, jak się okazuje, wcale nie jest »osobą«, lecz procesem genetycznych mutacji, w którym pierwiastek przypadkowości jest o wiele większy, niż odpowiadałoby to naszej próżności”. Tak właśnie dokonuje się kradzież prawdy: problem istnienia człowieka zostaje zagrabiony przez kwestię wskazania na (hipotetyczny) sposób jego pochodzenia.
Powiedzmy jednak z „nieodpowiednią pokorą”: kto chce zastąpić Stwórcę i Jego boski plan „poprzez całkowitą autonomię ewolucji, ten nieuchronnie musi albo przyznać ewolucji samej w sobie mistyczną moc stwórczą, albo musi zrezygnować z wszelkiego racjonalnego rozumowania i wszystko wyjaśniać igraszką despotycznego ślepego losu, co (…) byłoby »abdykacją rozumu«. Być może warto zauważyć tę nieprzypadkową, ale tworzącą ramy dla inwolucji kolejność: rezygnacja z wiary prowadzi do abdykacji rozumu. Ale oczywiście nie wymagajmy wyznania wiary od „nowych ateistów”, skoro „wszystko jest łaską”. Niech jednak nie wymagają od nas wiary w to, że „wszystko jest ewolucją”, bo w przypadku takiego stwierdzenia nie mamy do czynienia li tylko z nauką, „wkraczamy tu w sferę światopoglądu, jeśli nie ideologii. Dlatego kardynał Christoph Schonborn nie waha się w takiej sytuacji nazywać „ewolucjonizmem” tendencji do rozszerzania naukowej teorii ewolucji na wszystko: życie społeczne, kierunki etyczne, naukę czy w końcu na wszelkie ludzkie rozumne poznawanie. Przy czym to właśnie ci zwolennicy ewolucjonizmu, którzy w sposób bezczelny chcą okraść świat z tajemnicy, krzyczą „łap złodzieja”.

„Nazywam ateizm gorączkowym osądem, przedwczesną interpretacją nieśmiałości ukrytego Boga” Tomas Halik

„Apostoł zdrowego rozsądku i obrońca wiary charakteryzuje Hioba jako obrażonego na świat i Boga i żądającego zarówno od stworzonego świata i jego Stworzyciela – samousprawiedliwienia; ten najbardziej pokrzywdzony człowiek Starego Testamentu (typ cierpiącego Chrystusa) czyni to jednak z pozycji człowieka, który naprawdę poszukuje odpowiedzi i którego natarczywe pytania odsłaniają namiętne pragnienie bycia przekonanym. „Patriota wszechświata” całkiem poważnie mówił o takich jak Hiob ludziach, że pozostali lojalni wobec świata, w którym przyszło im żyć; Hiob to pewnego rodzaju patriota ziemskiej ojczyzny.
Nasza pseudopobożna wrażliwość każe nam myśleć, że Bóg jak jakiś Deus ex machina powinien wkroczyć na scenę rozgrywającego się dramatu, tak żeby zakończył się on łzawym „hollywoodzkim” happy endem. A jednak: „Za sprawą prawdziwie natchnionej i twórczej koncepcji okazuje się, że gdy Bóg się pojawia, to tylko po to, by zadać jeszcze więcej pytań na swój własny temat. W owym dramacie sceptycyzmu sam Pan Bóg przybiera postawę sceptyka. I czyni to, co zawsze czynili wielcy obrońcy religii, na przykład Sokrates. Obraca racjonalizm przeciw niemu samemu. Zupełnie jakby chciał nam pokazać, że kiedy już przychodzi do zadawania pytań, On potrafi zadać takie, które przyćmią i strywializują wszystkie pytania, jakie zdoła wymyślić człowiek”.
Bóg nie jawi się jeszcze Zwycięzcą (przed kim zresztą miałby brylować swoimi zwycięstwami?), ale przecież podejmuje rzuconą Mu rękawicę i pojedynkuje się na oskarżenia, bierze krzyżowy ogień oskarżycielski, tak że „wszyscy ludzcy sceptycy zostają zapędzeni w kozi róg przez wyższy gatunek sceptycyzmu (…). Aby zbić człowieka z tropu, Pan Bóg na chwilę staje się bluźniercą, omalże ateistą. Pan wszechrzeczy broni świata (więc poniekąd i siebie) nie tyle przed pytającymi, ile przed zbyt szybko udzielającymi odpowiedzi – gani optymistów za ich obronę świata, który miałby być tak racjonalny, że aż schematyczny. Można by powiedzieć, że Pan Absurdu czy Bóg Artysta nie pozwala barbarzyńskiemu optymizmowi spłycać napisanego przez siebie dzieła, które zresztą służy nie tyle do czytania, ile do pełnego przeżywania i w dużej mierze do pisania przez człowieka. I co się okazuje? Że wcześniej nieukojony Hiob znajduje uspokojenie właśnie w tym, że ukazano mu rzeczywistość niepojętą, można by dopowiedzieć: niezredukowaną do schematycznych oczekiwań człowieka. „Pan Bóg odmówił wyjawienia Swych planów, co samo w sobie, niczym ognisty znak, wskazuje, że posiada plany. Zagadki Boga dają więcej satysfakcji niż rozwiązania człowieka”.

„Chesterton: „Toteż kiedy stykamy się z zadufanym i pewnym siebie siewcą wątpliwości, nie należy go namawiać, by przestał wątpić; to nie jest skuteczna metoda. Skuteczna metoda polega raczej na zachęceniu, by wątpił dalej, by wątpił coraz bardziej, by co dzień zaczynał wątpić w coraz to nowe i coraz dziwniejsze elementy wszechświata, aż w końcu, w nagłym przebłysku oświecenia, być może zwątpi w siebie”. Całkiem możliwe, że niewierzący są dziś zbyt mało sceptyczni i pod pozorem pesymizmu skrywają tak naprawdę naiwny optymizm, który gdy nie zostaje zaspokojony – staje się prawdziwym pesymizmem. Zamiast sporu z Bogiem obrażają się jak dzieci, gdy coś nie jest po ich myśli. Albo przerzucają ciężar wyjaśnienia na barki chrześcijan, śmiejąc się przy tym z nich tym rodzajem śmiechu, który można usłyszeć zwykle w grupie nastolatków, gdy jeden z nich zaskoczy pozostałych zbytnim „filozofowaniem” na tematy mniej przyziemne niż zwykło się poruszać”.

„Stwórca nie sprawił, byśmy mierzyli się ze światem sensownym, w sposób racjonalny, spokojnie i beznamiętnie jak nowojorski bankier po wyśmienitym lunchu w klubie, usadowiony wygodnie w ulubionym fotelu w bibliotece, gdzie nadal wolno zapalić aromatyczne cygaro, gdy oddaje się lekturze porannej prasy (…). Ateizm jest odpowiedni głównie dla ludzi zadowolonych, żyjących w świecie sensownym. Pogrążone w bólu i rozpaczy chrześcijaństwo, jak dotąd, zdaje się, robiło lepiej i pomagało na dłużej nie dlatego, że daje „pocieszenie”, ale właśnie dlatego, że nie daje. Dla chrześcijan od krzyża nie ma ucieczki i zawsze trzeba być gotowym go ponieść”. Michael Novak

„Nie mamy więc do czynienia ze sceptykami, którzy byliby zdolni do krytycznego myślenia o samych sobie i głoszonych przez siebie poglądach; już raczej należałoby współczesnych ateistów nazwać cynikami, tyle że nie można oczekiwać, iż okażą się podobnie prześmiewczy w stosunku do samych siebie. Ale może tak naprawdę nie są ani sceptykami, ani cynikami, a bliżej im do ideologów? Tak w każdym razie uważa znany myśliciel Michael Novak: „Wielu wyrafinowanych ludzi uwielbia mówić, że są cyniczni, że nasza era jest cyniczna. Pochlebiają sobie. Nie wierzą w nic, nie wierzą niczemu. Wiek nasz nie jest wiekiem niewiary. To wiek arogancji naiwności (…). Jedyna rzecz, której nie zbywa naszej intelektualnej elicie, to zaciekła wiara. Przejawem tej naiwności jaśniaków, jakimi w swojej skromności mienią się ateiści, jest albo rezygnacja z dociekania prawdy (bo poszukiwanie takie pachnie staromodną filozofią czy – broń Boże, którego nie ma – metafizyką), albo redukcja wszelkiego poznania jedynie do tego wycinka rzeczywistości, który może zostać poddany naukowym, matematyczno-przyrodniczym, dociekaniom (oczywiście to również metafizyka – okrojenie świata do materii; przyjęcie takiej wizji w rzeczywistości wymagałoby dowodu filozoficznego, którego nie podają). „Prawdziwym nieszczęściem naszych czasów wcale nie jest sama idolatria, lecz zanik myślenia krytycznego. Trudno o lepsze zaproszenie dla idolatrii, jak uwiąd krytycyzmu”. Nic dziwnego, że rodzi się nowy idol – scjentyzm, którego założenia przyjmuje się na wiarę; a więc mamy do czynienia z ateistami-dogmatykami, którzy nie przemyśleli swojej wiary. Jeśli nie ma „nic gorszego niż niechlujny ateizm i dewocyjna wiara”, to właśnie mamy do czynienia z przejawem na pewno jednego z nich, a może nawet obu naraz.
Autor książki „Boga nikt nie widzi” chciałby „prosić wierzących, żeby uznali ateistów za bracia i siostry, którzy niekiedy wyrażają to, co w naszych duszach pozostaje niewyrażone”. W tym optymistycznym i możliwym tylko z perspektywy chrześcijańskiej spojrzeniu (bo tylko wierzący zmagający się z Bogiem może zrozumieć jaśniaka doświadczającego „ciemności”) niewierzący wypowiadaliby wprost te wątpliwości, które nurtują również serca wierzących, tyle że w przypadku tych ostatnich nie stają się one przyczyną niewiary, a mogą stać się powodem do głębszej refleksji. Doprowadzając ten tok myślenia ad absurdum, można by powiedzieć, że gdyby wierzący poddawali refleksji swoją niewiarę, nie potrzeba byłoby niewierzących. Ale już poważnie: jeśli ateizm rzeczywiście miałby stanowić gorzką pigułkę działającą mimo wszystko leczniczo na wierzących – co zresztą z perspektywy chrześcijan może być jedynie skutkiem ubocznym ateizmu, ale już nie powodem do radości z tego, że ktoś nie wierzy – to jest to możliwe tylko wtedy, gdy jego reprezentanci rzeczywiście podejdą do problemu kwestii istnienia Boga poważnie. Że w ogóle podejdą do jakiekolwiek poważnej kwestii na poważnie. Że przynajmniej nie obśmieją zadawania najważniejszych pytań, jakie w historii ludzkości do tej pory śmiano zadawać.
Jeśli słodki syropek dla dzieci wiara, która ma chronić przed kaszelkiem wątpliwości, wiara, na jaką ateiści natrafiają u niektórych infantylnych chrześcijan, nie jest miarodajna dla chrześcijańskiej myśli, to z kolei gorzko-słodki eliksir serwowany przez „nowych ateistów” również nie stanowi lekarstwa, ale raczej jest intelektualną trucizną, która nie wypada najlepiej na tle tradycji myśli ludzkiej. W tej degeneracji rozumu trzeba jednak widzieć wierzącemu chorobę głębszą, bo sięgającą woli. To z kolei wymaga zastosowania odpowiedniego (duchowego) panaceum oraz gotowości do złożenia ofiary w duchowych zmaganiach. Pod warunkiem oczywiście, że powróci się do chrześcijaństwa, którego smak przypomina sól, nie cukier”.

„Wierzę – bez zbędnego powątpiewania tym razem – że jednak coś istotnego różni wierzącego i niewierzącego. Jeśli są do siebie podobni w tym, że zarówno od jednego, jak i od drugiego wymaga się opowiedzenia za którąś z opcji (wiara lub niewiara), a wybór ten nie oznacza porzucenia wątpliwości, to z kolei różni ich doświadczenie, które z tego wyboru wynika. Jeśliby niewierzący zechciał usiąść przy stole z wierzącym i go wysłuchać, pojąłby, choć nie zrozumiał tego, że wierzący mówi o doświadczeniu obcym niewierzącemu, że mówi o jakimś innym wymiarze rzeczywistości, który został wierzącemu dodany, odkąd ten udał się w pielgrzymkę wiary. Jeśliby niewierzący pozostał otwarty, to choć nie pojmowałby usłyszanej opowieści, być może zdałby sobie sprawę z tego, że jego niewiara (czy wiara w niewiarę) niczego mu nie dodaje, a na pewno ujmuje ten nieznany mu horyzont, który został ukazany pielgrzymowi wiary. Gdyby sięgał po Chestertona, być może zgodziłby się z treścią sformułowanego przez niego bon motu: „Akwinata potrafił zrozumieć najlogiczniejsze rozdziały Arystotelesa. Można jednak wątpić, czy Arystoteles potrafiłby zrozumieć najbardziej mistyczne rozdziały Akwinaty. Nawet tam, gdzie trudno nam uznać wyższość myśli chrześcijanina, musimy uznać jej większą pojemność”.… większą pojemność”.

„Ateiści-scjentyści na bazie uprzednich założeń (ergo: wiary) o poznaniu ograniczonym jedynie do naukowego nie są w stanie przyjąć możliwości, że inni ludzie nie redukują poszukiwania prawdy do tego, co da się zbadać, i nie oznacza to dla nich zawieszenia rozumu; owszem, są przekonani, że postępują racjonalnie. Chrześcijaninowi, pod warunkiem że nie jest fundamentalistą, nie jest trudno „zawiesić” inne sposoby poznawania rzeczywistości i w ramach nauki ograniczyć się do metody naukowej posługującej się metodycznym ateizmem, z kolei ateiście, który jest naukowym fundamentalistą, nie przychodzi do głowy, że mógłby się nie ograniczać jedynie do nauki. Wierzący, który nie buja w chmurach, bez trudu będzie mógł „zapomnieć” o niematerialnej rzeczywistości, po to by skutecznie poznawać to, co materialne, ateiście-materialistycznemu moniście nie uda się zareagować „symetrycznie” i kiedy będzie obstawał przy twardym stąpaniu po ziemi, jego „pobożne” materialistyczne myślenie nie przestaje być wewnętrznie sprzeczne, ponieważ zastosowane „metodologiczne ograniczenie jest decyzją intelektu. Jest [ona] możliwa tylko w odniesieniu do wolnych podmiotów, a wolność nie jest właściwa bytom jedynie materialnym".

„Kiedy rozum staje się za bardzo dominujący, kalkulujący i instrumentalny, okazuje się być zbyt płytką glebą, aby mógł na niej rozkwitnąć rozumny rodzaj wiary. W rezultacie wiara popada w taki rodzaj irracjonalizmu, który teologowie nazywają fideizmem, i odwraca się plecami do rozumu. Stąd już dość prosta droga do fanatyzmu. Racjonalizm i fideizm są swymi zwierciadlanymi odbiciami. Rewersem dwuwymiarowego rozumu jest rzeczywistość oparta na wierze”. Terry Eagleton

„Sobór Watykański II mógł bronić autonomii rzeczywistości doczesnych właśnie dzięki tej rewolucji, którą wyraził wcześniej chalcedoński manifest. Poniższe słowa trzeba by polecić każdemu czytelnikowi książek Dawkinsa – niech powiesi je sobie nad biurkiem i spogląda na nie w tych chwilach, w których czuje, że daje się porwać fali wzbudzonej przez retora powielającego stereotypy o Kościele przeciwnym nauce:
„Jeżeli przez autonomię rzeczy ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i same społeczeństwa cieszą się własnymi prawami i wartościami uznawanymi, stosowanymi i porządkowanymi stopniowo przez człowieka, wówczas rzeczywiście godzi się jej domagać; nie jest to tylko postulat ludzi naszej epoki, lecz jest to także zgodne z wolą Stwórcy. Ze względu bowiem na sam fakt stworzenia wszystkie rzeczy uzyskują właściwą im trwałość, prawdziwość, dobro, a także własne prawa i porządek, które człowiek powinien szanować, uznawszy metody właściwe poszczególnym naukom lub sztukom. Dlatego we wszystkich dyscyplinach wiedzy badanie metodyczne, jeśli tylko przebiega w sposób prawdziwie naukowy i zgodny z normami moralnymi, nigdy w istocie nie będzie sprzeczne z wiarą, ponieważ sprawy świata i sprawy wiary pochodzą od tego samego Boga”.

„Niezależnie od tego, czy możliwe jest udowodnienie, że Boga nie ma, czy też niemożliwe, nie widać ze strony żadnego z tych ateistów jakiejkolwiek próby przedstawienia nam takiego dowodu. Jeśli to nie wystarcza, by nam odsłonić Jego istnienie, to jest dostateczne, by skłonić nas do wniosku, że nie ma nieodpartych dowodów Jego nieistnienia”. Etienne Gilson

„Na przykład „Dawkins wygrywa walkę z przeciwnikiem, którego sam sobie wymyślił. Nie jest to zbyt trudne ani nie wymaga wielkiej sprawności intelektualnej. Historia zatacza więc koło i znowu chrześcijanie są tymi, którzy bronią rozumu, tyle że kiedyś obronili go przed mitologicznymi wierzeniami, a dziś odpierają niewiarę zbyt przypominającą wiarę niepoddaną refleksji, by można ją było nazwać ateizmem. (…) Swoją drogą to ciekawe, że kiedyś chrześcijanie wyrzekający się bóstw byli oskarżani o ateizm, a dziś bywają oskarżani o wiarę w mity – choć przecież chrześcijańskie przekonania się nie zmieniły (co się zmieniło? kto się zmienił?)”.

„Niezadowolony z takiego stanu rzeczy teolog amerykański zauważa, że „plemię nowych ateistów rozczarowuje”. Mówi nam to chyba więcej, niż chcielibyśmy wiedzieć, o względnej banalności naszej kultury, niezdolnej nawet do tego, by stworzyć porządny ateizm”. W każdym razie i w pewnym sensie można przyjąć, że dziś wierzący bronią ateistów przed ateizmem urojonym, albo inaczej: chronią ateizm przed samymi ateistami. O paradoksie, coś takiego jest możliwe tylko w chrześcijaństwie; i w tym przypadku również nie ma co liczyć na symetrię w stosunku ateistów do wierzących… Można by więc pokusić się nawet o zauważenie bezinteresowności wierzących, gdyby z kolei taka uwaga nie narażała na zarzut interesowności. Również jeśli chodzi o naukę, wiara broni dziś rozumu przed irracjonalnym jego zawężeniem przez „nowych ateistów”. W epoce barbarzyństwa trzeba przypominać nawet tak banalne stwierdzenia jak to, że tylko „rozum świadomy swoich granic może być dziś poważnie traktowany w nauce”, z kolei mit o rzekomej walce między nauką a wiarą sprawia, że w uszach „nowych ateistów” wniosek następujący zabrzmieć musi bluźnierczo: „można więc powiedzie, że wiara przywraca rozumowi rozum”. Tu również słychać chichot historii, która w przeciwieństwie do „nowych ateistów” zna początki historii nauki”.

„Głód absolutnych uzasadnień to nerwica, a nie godna podziwu nieustępliwość. Przypomina to sprawdzanie co pięć minut, czy nie ma się pod łóżkiem gniazda jadowitych węży, albo człowieka z „Dociekań filozoficznych” Wittgensteina, który kupuje drugi egzemplarz gazety codziennej, żeby upewnić się, że to, co napisano w pierwszym, jest prawdą. Uzasadnienia muszą się gdzieś kończyć, a ich końcem jest zwykle taki czy inny rodzaj wiary”. Terry Eagleton

„Wierzący przeżyli już i wyciągnęli wnioski z tych wszystkich rewolucji, które co jakiś czas – może nazbyt często – określa się mianem „przewrotów kopernikańskich”. Pierwszy wstrząs, który nastąpił, gdy uświadomiono sobie kosmiczną małość Ziemi, zachwiał jedynie na chwilę przekonaniem, że cała rzeczywistość stworzona została uczyniona dla człowieka i ze względu na niego. Już Pascal przywracał równowagę, wskazując na to, że wszechświat jest mały w porównaniu z myślą, a ta z kolei nie może równać się z miłością. „Kto widzi jedynie materialną wielkość kosmosu – wnioskuje kardynał Schonborn – a nie dostrzega porządku ducha i miłości, ten z trudnością tylko pojmie tajemnicę Wcielenia. Bez porządku miłości nie da się zrozumieć, dlaczego Bóg wybrał na tej właśnie planecie tak małe i niepozorne człowieczeństwo, a nawet dziecięctwo, ażeby nas zbawić”. W związku z tym radzić można by „nowym ateistom”, żeby nie łudzili się, iż wierzący upadną pod naporem naukowych teorii mających jakoby świadczyć przeciw wyjątkowości człowieka i jego szczególnemu umiłowaniu przez Boga. Trafnie wyraził to Gilson:
„Ludzie religijni przyzwyczaili się już myśleć, że rewolucje naukowe nie mają żadnego wpływu na prawdy religijne. Świadomość religijna nie ma potrzeby troszczyć się o to, czy świat stworzenia jest światem Ptolemeusza, Galileusza, Kartezjusza, Newtona, Darwina czy też Einsteina, oczekując, że stanie się on światem jeszcze kogoś innego. Człowiek wiary, doświadczony tyloma kryzysami, bez względu na to, jak niewiele by go one nauczyły, przyzwyczaił się jednak do myśli, że wszechświat stworzony przez Boga jest wszechświatem nauki przynajmniej w stopniu, w jakim ten ostatni jest zarazem wszechświatem rzeczywistym”.

„Barbarzyństwo „nowego ateizmu” nie pozostaje bez związku z miałkością wiary chrześcijan”.

Jeśli ateista po tej książce przynajmniej nie zwątpi w swoją wiarę w nieistnienie Boga, to już chyba nic nie pomoże (poza Bogiem zsyłającym jakieś szczególne doświadczenie).

Śmiać się chce z tych ocen i komentarzy. Ludzie, udowadniacie tylko, że do przyjęcia Boga trzeba się rozwinąć i dojrzeć. Macie się za jaśnie oświeconych (he he) „racjonalistów”, nie wiedząc co ten...

więcej Pokaż mimo to

avatar
1609
1608

Na półkach:

Zasygnalizowanie w tytule polemiki autora z Richardem Dawkinsem, aż krzyczy!
Wprawdzie poglądy najbardziej znanego ateisty, czy jak nazwał go autor „papieża nowego ateizmu”, znałam z innej jego publikacji "Najwspanialsze widowisko świata", ale wiedziałam też, że ujął je również w "Bogu urojonym". To właśnie do tego ostatniego tytułu przewrotnie odwołał się autor (zresztą nie on pierwszy, bo w polemikę wszedł już Alister McGrath z "Bóg nie jest urojeniem"). Jednak to nie jedyny przeciwnik, jakiego sobie obrał Polak. Drugim był Christopher Hitchens i jego książka "Bóg nie jest wielki". Według autora obaj reprezentują „nowy ateizm”, który jest zupełnie innym jakościowo zjawiskiem we współczesnym świecie w odróżnieniu od ateizmu tradycyjnego – "walczący, agresywny, posługujący się zwulgaryzowaną formą znanych od dawna argumentów ateistycznych". Ten rodzaj ateizmu uważa za "być może najgroźniejszy, a na pewno najbardziej barbarzyński", z którym przeciętny katolik może sobie nie poradzić. Zarówno z jego argumentami przeciw Bogu, jak i formą przekazu. Autor, mając szeroką wiedzę o własnej religii i poglądach ateistów oraz chcąc pomóc braciom w wierze, niemającym ani czasu, ani narzędzi do samodzielnego opracowania tak obszernego i trudnego tematu, przyjął rolę apologety zagadnienia, a tym samym ich przedstawiciela. Jak sam o sobie napisał – "piszący te słowa (teolog i apologeta w wersji pop!) widzi swoją służbę tym wszystkim, których Pan nazywa „maluczkimi”. A ponieważ, jak zauważa dalej, brakuje bardziej popularyzatorskich pozycji, które nie odstraszyłyby „naukową chińszczyzną” i po które można by w każdej chwili sięgnąć", podjął się napisania książki o trudnych problemach, ale w miarę przystępny sposób, którą to przystępność miała stwarzać spora dawka humoru. Chociaż według mnie, to „przymrużenie oka” sprowokowane było raczej charakterem przekazu "Boga urojonego", w którym argumenty według autora przyjęły rolę ośmieszaczy poglądów wierzących, a szczególnie Boga. "Ten styl żartów rodem z zakrapianych alkoholem imienin u cioci", przypominający autorowi raczej rechot niż radosny śmiech, wręcz wymusił na nim rewanż. Szczerze przyznaje się, pisząc – "Trudno oprzeć się pokusie pod tytułem „oko za oko, ząb za ząb, sarkazm za sarkazm”". Używa więc ze swadą żartu, humoru, kpiny, a nawet złośliwości w swoich nawiązaniach, interpretacjach i kontekstach, czyniąc tandem Dawkins-Hitchens bardziej swojskim (w podtekście mało poważnym) „Rychu-Krzychu”, a w przypadku przekroczenia przez nich granic śmieszności, zdrobnieniem „Rysio-Krzysio”. Dzieło "Bóg urojony" nazywa sztandarem ateistów, napisanym „„ku pokrzepieniu serc” rumianych ze wstydu, że nie są wierzącymi". Na koniec dodając podsumowująco-oceniające zdanie tej całej polemiki – "No cóż, jaki sztandar, taka wojna…"
I coś w tym podejściu musi być na rzeczy, bo tak naprawdę udowadnianie, że Bóg jest lub go nie ma, z góry skazane jest na porażkę, a zejście się wiary i nauki w jednym punkcie lub spotkanie na jednej płaszczyźnie – niemożliwe. Pisał o tym między innymi Jan Hartman w niedawno czytanych przeze mnie "Głupich pytaniach".
I z takim to właśnie nastawieniem prześledziłam uważnie tę „wojnę” na argumenty i kontrargumenty cytowane licznie zarówno z obozu „wroga”, jak i obozu chrześcijan. Było od nich momentami tak gęsto, że miałam wrażenie przechodzenia autora z roli apologety w rolę mediatora dyskusji najbardziej tęgich umysłów kultury. Najbardziej zaciekawił mnie rozdział o niesymetrii doświadczenia i poznania, trochę odbiegający od tematu „wojennego”. Wznoszący się ponad podziałami, bo "wierzący dręczony pokusami wątpliwości oraz niewierzący, który nigdy do końca nie jest pewny, czy jednak nie powinien ulec pokusie wiary – mogą sobie podać ręce i popatrzeć na siebie niemal jak bracia w wierze i niewierze". Zapachniało mi może nie akceptacją, ale na pewno tolerancją na wiarę w niewiarę. Może dlatego też, że autor ukazał aspekt wiary, który ja sobie wypracowałam (wykorzystując „obecność transparentną” Martina Heideggera), podczas czytania książki "Jak błądzić skutecznie" Zbigniewa Mikołejki – szersza perspektywa spojrzenia o tę część, którą odrzucają albo nie widzą niewierzący lub większa pojemność myśli człowieka wierzącego, jak ujmuje to autor, co wcale nie oznacza jego wyższości nad niewierzącymi. Raczej bycie dodatkowo bogatszym o mistykę, której nie dostrzegają i nie czują i której nie ma w empirii. Jednak najbardziej zaskoczył mnie rozdział ostatni – Alter Christus. A właściwie jego forma umieszczona w pozycji popularnonaukowej. Bardzo odbiegająca charakterem od głównego tekstu, chociaż nie tematyką. Określiłabym go jako opowiadanie beletrystyczne odgrywające swoistą rolę podsumowania lub zakończenia całości. Nie poprzez wnioski dyktowane przez rozum, ale poprzez emocje dyktowane przez serce. Nie zdradzę zawartości tego tekstu, ale już sam tytuł rozdziału wiele sugeruje.
Za to ja, podsumowując moje wrażenia polekturowe, śmiało mogę napisać, że ta publikacja jest nie tylko przystępnie napisaną dla katolików polemiką z ateistami oraz poradnikiem, odpowiadającym na konkretne pytania, będącymi jednocześnie tytułami podrozdziałów, ale i swoistym wezwaniem dla wierzących do świadomej apologii, ujętym wyraźnie w ostatnim rozdziale. Nadanie takiego charakteru tej publikacji czyni z niej przeciwsztandar dla "Boga urojonego", dając katolikowi do ręki oręż, który pozwoli niewierzącym zobaczyć, "że katolicy nie w ciemię bici, że potrafią się widowiskowo i daj Boże również z humorem – większym niż proponuje to „latający cyrk Rysia Dawkinsa”” – bronić.
A co na to ateiści? Wystarczy przyjrzeć się ich plakatowi.
Na koniec trochę konstruktywnej krytyki.
Z ogromnym zdziwieniem przeczytałam zdanie autora, powielające fałszywy stereotyp o pochodzeniu człowieka od małpy – "…dziecko małpy jest małpą (tylko dla ewolucjonistów może być człowiekiem)…". Otóż według ewolucjonistów człowiek nie pochodzi od małpy, tylko ma z nią wspólnego przodka, niebędącego ani małpą, ani człowiekiem. Dla ateistów to dobry moment, żeby wytoczyć ciężkie „działa” i słusznie zarzucić autorowi lukę w wiedzy o „wrogu”. Drobna uwaga, ale przez przeciwników mogąca być łychą do podważenia wiarygodności całości wywodu. A tego, my wierzący (chociaż w moim przypadku inaczej niż autor), nie chcemy.
naostrzuksiazki.pl

Zasygnalizowanie w tytule polemiki autora z Richardem Dawkinsem, aż krzyczy!
Wprawdzie poglądy najbardziej znanego ateisty, czy jak nazwał go autor „papieża nowego ateizmu”, znałam z innej jego publikacji "Najwspanialsze widowisko świata", ale wiedziałam też, że ujął je również w "Bogu urojonym". To właśnie do tego ostatniego tytułu przewrotnie odwołał się autor (zresztą...

więcej Pokaż mimo to

avatar
121
81

Na półkach:

Jest to straszna książka. Chaotyczny styl, drwiące podejście do rywali intelektualnych, którzy przewyższają Zatwardnickiego klasą argumentacji. Przeczytałam 60 stron i chyba trzeba by tą książkę dawać za pokutę, bo jest tak ciężka w odbiorze i absolutnie nic z niej nie wynika. Strata czasu.

Jest to straszna książka. Chaotyczny styl, drwiące podejście do rywali intelektualnych, którzy przewyższają Zatwardnickiego klasą argumentacji. Przeczytałam 60 stron i chyba trzeba by tą książkę dawać za pokutę, bo jest tak ciężka w odbiorze i absolutnie nic z niej nie wynika. Strata czasu.

Pokaż mimo to

Reklama
avatar
70
2

Na półkach: ,

Podchodziłam do tej książki 3 razy. Za trzecim uzbrojona w samoprzylepne karteczki i słownik. Książka na pewno do łatwych nie należy, czy to ze względu na język, czy to ze względu sposób w jaki autor buduje zdania (niektóre sięgające 15 linijek tekstu i zbyt WIELOkrotnie złożone) a już na pewno nie ze względu na treść. Jednak jej lektura sprawiła mi dziwną radość a kończąc ostatnią stronę poczułam pełną satysfakcję. Całkiem możliwe, że kiedyś do niej wrócę.

Podchodziłam do tej książki 3 razy. Za trzecim uzbrojona w samoprzylepne karteczki i słownik. Książka na pewno do łatwych nie należy, czy to ze względu na język, czy to ze względu sposób w jaki autor buduje zdania (niektóre sięgające 15 linijek tekstu i zbyt WIELOkrotnie złożone) a już na pewno nie ze względu na treść. Jednak jej lektura sprawiła mi dziwną radość a kończąc...

więcej Pokaż mimo to

avatar
34
4

Na półkach: ,

W końcu przebrnąłem - myślałem, że tylko początek jest ciężki i nijaki, dopiero końcówka mnie jednak wyprowadziła z tego błędu. Miałem co prawda pierwotnie w planie opisać całą książkę, ale poddałem się z robieniem notatek (tu będą podane w wersji bardzo skróconej) po jakichś 50 stronach. Ale po kolei, najpierw ogóły:

1) Język - Zatwardnicki podając definicję ateizmu, z którym ma zamiar walczyć, wspomina o jego agresywnej i walecznej formie, wręcz zwulgaryzowanej. To samo mniej więcej zarzuca Dawkinsowi (Hitchensa nie czytałem, więc do niego odnosić się nie będę). Jeżeli to zatem był język agresywny, to język Zatwardnickiego należy nazwać pomieszaniem języka gimnazjalisty z dyktatorskim. Płytkie żarty, nieustanne docinki, ciągły ton nieomylnego, pary Rychu-Krzychu nawet nie skomentuję, bo takie zabiegi nie powinni mieć miejsca w tego typu książkach. Równie dobrze chcąc nas uprzedzić do Jezusa można by pisać o "Jureczku" czy jakoś jeszcze idiotyczniej, ale to nie tak chyba powinno wyglądać?
2) Bibliografia - z jednej strony u Dawkinsa mamy do czynienia z postaciami typu R.D. Alexander (profesor biologii), P.W. Atkins (profesor chemii), J.D. Barrow (fizyk i matematyk), Hawkins (chyba nie trzeba przedstawiać), Beit-Hallahmi (profesor psychologii), R.A. Hinde (prof. zoologii z Oxfordu), B. Russell (jego chyba również nie trzeba przedstawiać) i dziesiątkami innych, również duchownych (np. R. Holloway). Z drugiej natomiast Zatwardnicki częstuje nas 18 (!) pozycjami Ratzingera, kolejnymi 4 JP II oraz Benedykta XVI, Novakiem (teolog) oraz toną innych, podobnych mu teologów, księży i duchownych (jak choćby Schonborn). Oczywiście jeżeli komuś to nie przeszkadza - to wspaniale. Dla mnie jednak oprzeć połowę pracy na zdaniu samego papieża (a w sumie kilku) jest porównywalne do powoływania się na opinię o latach 40-tych ubiegłego wieku Hitlera - ta sama dawka obiektywizmu. Powoływanie się na żenującą książkę McGratha nie skomentuję.

Co do samej treści i argumentów natomiast:
Zatwardnicki przez pierwsze 30 stron szydzi i wyśmiewa takie rzeczy, jak stopnień naukowy Dawkinsa (ironizuje nawet na temat jego pracy magisterskiej), czy jego metod (kim swoją drogą jest polski teolożyna przy profesorze Oxfordu i czym on się może pochwalić? Nie wiem..). Co więcej, stara się kilkukrotnie zabierać głos w "koniku" Dawkinsa, którym jest biologia (dokładniej - teoria ewolucji) i zarzuca mu również i na tym polu niewiedzę (tak, polski teolożyna podważa w dziecinny sposób, bez żadnych kontrargumentów, spojrzenie na kwestie ewolucyjne profesora biologii z Oxfordu...). Gdy dochodzi do momentu "rozprawy" z argumentami Dawkinsa pojawia się wielki klops - po pierwsze, spłyca niemal każdą myśl autora "Boga Urojonego", wyławia jego pojedyncze zdania i robi coś, czego nie trawię i trawić nie będę - obszczekuje daną tezę, sili się na 10 różnych ironii na jej temat, natomiast W ŻADEN SPOSÓB JEJ NIE POTRAFI ZAKWESTIONOWAĆ NAUKOWO, po prostu kończy na wyśmianiu. Po drugie - pomija praktycznie większość ważnych kwestii (w tym najważniejszych z książki Dawkinsa dla mnie, czyli indoktrynację dzieci), a o niektórych z tych, które komentuje, zdaje się nie mieć w ogóle pojęcia, z teorią ewolucji na czele.

Co do samej książki zaś, już na samym początku dostajemy smaczek:
"Warto jednak zauważyć, że przeczenie Bogu nie odbywa się w myślowej pustce, ale zakłada znajomość pojęcia Boga, a zatem wygląda na to, że poznanie istnienia Boga jest pierwotniejsze od Jego zaprzeczenia. Byłoby to ważne ustalenie: ateizm nie jest pierwotny, ale wtórny. Jeśli tak jest (...) to każdy ateista ma lub powinien mieć potrzebę uzasadnienia swojego przekonania" - aż nie wiedziałem, czy to opinia na serio, czy po prostu sobie jaja robi z czytelnika. Logiczne dojście do wniosku, że Bóg był pierwszy, bo jego zaprzeczenie pojawiło się po nim - perfekcyjne (dla idiotów). Natomiast z pozycji archeologa mogę uśmiechem od ucha do ucha skwitować to, jakoby Bóg czy religia były pojęciami pierwotnymi towarzyszącymi człowiekowi od początku. Nie wiem, gdzie takie bajki przeczytał nasz Sławcio (a co tam, zainspirował mnie), ale religia w formie zbliżonej do obecnej jest tworem mniej więcej tak nowym jak Kosowo na tle cywilizacji świata.

Inny cytat? "Nieprzypadkowo wśród starożytnych filozofów nie było ateistów czy agnostyków, potrafili oni wydedukować, że świat nie tłumaczy sam siebie, zaś Bóg nie jest materialny czy ograniczony czasem". Pominę nawet kwestię tego, że przyznać się do niewiary w ówczesnym świecie było równie bezpiecznie co szczycić się żydowskim pochodzeniem za Hitlera. Pominę nawet to, że sam Diogenes Laertios wymienia 7 nazwisk "wielkich ateistów" świata starożytnego. Ale co z postaciami takimi jak Diagoras z Melos? Co ze słynnym zdaniem Protagorasa "O bogach nie mogę wiedzieć ani czy istnieją, ani czy nie istnieją, ani też jaka jest ich istota i jak się pojawiają", które zdaje się być właśnie KWINTESENCJĄ agnostycyzmu, którego to zdaniem Sławcia nie było. Przykłady można by mnożyć przez pół nocy.

Bardzo zabawne były fragmenty odnoszące się do odczytywania PŚ przez ateistów, głównie powołujące się na Dawkinsa, który skrótowo przedstawił Boga ST. Odpowiedź Sławcia brzmiała: "Nowi ateiści nie kryją swojej pogardy dla Boga judeochrześcijańskiego; wszak żeby usprawiedliwić odrzucenie kogoś, warto go sobie najpierw zbrzydzić" - faktycznie, przecież te setki wzmianek o wyniszczaniu innych narodów, zabijaniu homoseksualistów, mordowaniu rodzin, kobiet, dzieci itd. to wymysły Dawkinsa, który w ten sposób sobie postanowił obrzydzić Boga. Bo w Biblii wcale takich rzeczy nie ma, a jeżeli są - to na pewno są metaforyczne! Przecież za prostym nakazem zabicia homoseksualisty z pewnością kryje się pogodna historyjka z urzekającą pointą. Brawo Sławciu. Pisze on jednak dalej: "Nie interesuje profesora prawda (...), że CHRZEŚCIJANIE TWIERDZĄ, iż znają kryterium interpretacji Pisma", którego lektura (w skrócie) wymaga spojrzenia przez klucz hermeneutyczny zawarty w Ewangelii. Tak, W EWANGELII. Tych czterech, które zostały dobrane spośród kilkunastu, które są sprzeczne, o których wiemy już niemal z całkowitą pewnością, że nie zostały napisane przez przypisywanych im autorów i których treść na dodatek z całą pewnością, podobnie jak i całej Biblii, ulegała zmianom z każdą kolejną kopią. No ale CHRZEŚCIJANIE ZNAJĄ klucz do odczytania, zresztą Sławcio pisze, że "w rzeczywistości zrodziła PŚ wspólnota wierzących, czyli Kościół. Dlatego tylko Kościół może formułować adekwatną dla zrozumienia tekstu hermeneutykę", więc nie ma nawet o co toczyć sporu - jeżeli ktoś może to poprawnie odczytywać, to tylko Kościół. Co prawda co 100 lat inaczej, ale to nic, oni znają klucz. I jeszcze na koniec tego wątku "...Pismo nie jest gotowym systemem wiary, nie stanowi traktatu teologicznego, ale jest pełnym napięcia świadectwem relacji Boga i człowieka" - najzabawniejsze jest to, że coraz lepiej argumentowane są twierdzenia, że w ST W OGÓLE nie ma żadnego Boga, bo nastąpił poważny błąd w tłumaczeniach (coś a la do dziś błędnie tłumaczony wielbłąd przechodzący przez ucho igielne - w rzeczywistości słowo wielbłąd i sznur w oryginale brzmią tak samo, a wybrano "lekko niefortunnie" wielbłąda) oraz błędy lub celowe zmiany w trakcie scalania i przepisywania dzieła. No ale dość o tych kwestiach...

...ale za to jeszcze o niektórych argumentach (jeżeli już się jakieś pojawiają, to właśnie takiej klasy). Jak Sławcio sobie radzi z takimi drobnymi "zarzutami" jak te, które mówią o marginalizacji roli człowieka we wszechświecie (a w zasadzie - praktycznie roli zerowej) przy jego obecnie znanych rozmiarach? Powołując się na Schonborna, który pisze nam o tym, że materialny ogrom wszechświata przy mikrowycinku jakim jest Ziemia nic nie znaczy, ważna jest bowiem miłość, jaką nas darzy Bóg! Przekonał mnie! Jak natomiast wytłumaczona została "bierność" Boga? Ot, podobnie jak (to porównanie padło na poważnie u Sławcia) małżeństwo mające ciche dni, Bóg swoim milczeniem do nas mówi. To jest jego sygnał dla nas, możemy z tego czytać. Wspaniale, ponownie czuję się usatysfakcjonowany takim wytłumaczeniem.

Na koniec jeszcze ważna rzecz dotycząca Dawkinsa, która różni obu autorów, a z której Sławcio uczynił zarzut i wielką wadę. Mianowicie elastyczność na dowody. Pisze on o Dawkinsie "Co z tego, że na podstawie dowodów Dawkins jest ponoć w stanie zmienić swoje poglądy", a później wręcz krytykuje go za to, że nie jest on nawet swojej tezy w stu procentach pewien (bo pisze, że boga PRAWIE na pewno nie ma). Należy w tym momencie wykrzyknąć JAK TO CO Z TEGO? Właśnie to jest najpiękniejsza cecha Dawkinsa i osobom mu podobnym - nie będzie obstawał przy swoim jak kretyn przez lata, nawet gdy każdy znak na ziemi i niebie powie mu, że teza jest do niczego (należy pozdrowić w tym miejscu Sławcia z jego odczytywaniem PŚ). Jeżeli pojawi się cokolwiek świadczącego przeciwko jego podejściu, a potwierdzającym istnienie Allaha, Yahwe czy innego Zeusa, to Dawkins jest w stanie to zaakceptować. I to jest prawidłowe podejście. W innym wypadku bowiem żaden bóg, podobnie zresztą jak u Nietzschego, nie jest najzwyczajniej w świecie niczemu potrzebny.
Także krótko podsumowując - język znacznie ofensywniejszy niż u Dawkinsa, argumentów praktycznie brak, momenty ciekawe na pewno są (stąd ocena 2 a nie 1), ale giną w miernocie całości. Ciągłe podśmiewanie się z autora sto razy bardziej poważanego w świecie też trochę nie na miejscu. Jedno wiem na pewno - więcej książek tego typu czytać nie będę.

W końcu przebrnąłem - myślałem, że tylko początek jest ciężki i nijaki, dopiero końcówka mnie jednak wyprowadziła z tego błędu. Miałem co prawda pierwotnie w planie opisać całą książkę, ale poddałem się z robieniem notatek (tu będą podane w wersji bardzo skróconej) po jakichś 50 stronach. Ale po kolei, najpierw ogóły:

1) Język - Zatwardnicki podając definicję ateizmu, z...

więcej Pokaż mimo to

avatar
341
101

Na półkach: , ,

Spodziewałem się czegoś troszkę lepszego. Z jednej strony autor obala wiele absurdów walczącego ateizmu, ale styl w jakim to robi pozostawia trochę do życzenia. Myślę, że najbardziej zatwardziałych ateistów ta książka do niczego nie przekona, ale w wolnej chwili można przeczytać.

Spodziewałem się czegoś troszkę lepszego. Z jednej strony autor obala wiele absurdów walczącego ateizmu, ale styl w jakim to robi pozostawia trochę do życzenia. Myślę, że najbardziej zatwardziałych ateistów ta książka do niczego nie przekona, ale w wolnej chwili można przeczytać.

Pokaż mimo to

avatar
997
588

Na półkach: ,

W związku z niedzielną kanonizacją Jana Pawła II temat wiary, praktykowanej czy tylko i wyłącznie wyznawanej stał się wszechobecny. Co rusz słychać głośne deklaracje typu; wierze, praktykuje, czy mnie wiara mnie nie dotyczy.

Każdy ma prawo do opowiedzenie się po swojej stronie tej religijnej "barykady". NIkt nikomu nie zakazuje wchodzić w słowną polemikę między katolikiem, który ma swoje rację, przekonania, tezy z ateistą, który ma także prawo do swoich życiowych wyborów.

Inaczej ma się sprawa, gdy dyskusja zaczyna być wypełniona absurdalnymi, a wręcz agresywnej atakowaniem drugiej strony "konfliktu". Często bywa również tak, ze dyskusja przenosi się na karty książek, czasopism itp.
Jedną z takich pozycji, gdzie katolik poczuje się atakowany może się okazać "Bóg urojony", autorstwa Richarda Dawkinsa. Richard Dawkins postrzegany jest jako autor posługujący się niewybrednym, niekulturalnym czy ordynarnym stylem. W takim stylu ma atakować i podważać podwaliny wiary w istnienie Boga czy Jezusa, ale także absurdalność wypełniania słowa bożego.

Trudno mnie się odnieść do tej pozycji, gdyż przyznaje nie znam , nie spotkałam się z nią. Za to spotkałam się z odpowiedzią na wyżej wspomnianą książkę. Także w wersji papierowej. Tej "misji" podjął się Sławomir Zatwardnicki, który jest absolwentem teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, redaktor naczelnym serwisu rodzinnego Opoki oraz współpracownik portalu "Opoka".

Autor zamierzał stanowczo pokazywać swój opozycyjny stosunek do "Boga urojonego". Stąd postawił na zatytułowanie swojej książki "Ateizm urojony"
Redaktor Zatwardnicki rozdział po rozdziale "rozprawia" się z tezami przedstawionymi przez Richarda Dawkinsa. NIe czyni tego spokojnie i wyważenie, gdyż kieruje się także swoim poczuciem i wartościami katolickimi.

Autor w tej słownej potyczce postawił na liczne sarkazmy, a nawet nadanie Dawkinsowi ksywki - Rysio-Krzyś. Nie jestem do końca przekonania czy przezywanie kogokolwiek jest konieczne. Polemika i próba udowodnienia swoich tez, dogmatów może się odbywać bez zbędnej złośliwości
Być może taki styl miał na celu, by czytelnik nie czuł się przygniecionym tekstem. Jednakże temat religijności i wszelkimi wątkami w nią związanymi są same w sobie przytłaczające. Dlatego warte jest podkreślenia, że ta lektura nie każdemu przypadnie do gustu oraz czytelnik nie jest w stanie przeczytać ją od ręki.

Jestem przekonana, że zawsze w dyskusji, na tak delikatne tematy należy znaleźć złoty środek. Tym złotym środkiem jest chyba TOLERANCJA oraz POSZANOWANIE dla cudzych poglądów. I tego się trzymajmy.

W związku z niedzielną kanonizacją Jana Pawła II temat wiary, praktykowanej czy tylko i wyłącznie wyznawanej stał się wszechobecny. Co rusz słychać głośne deklaracje typu; wierze, praktykuje, czy mnie wiara mnie nie dotyczy.

Każdy ma prawo do opowiedzenie się po swojej stronie tej religijnej "barykady". NIkt nikomu nie zakazuje wchodzić w słowną polemikę między katolikiem,...

więcej Pokaż mimo to

avatar
1607
1592

Na półkach: ,

"W oczach niewierzącego Bóg jawi się więc jako – delikatnie mówiąc – pozostawiający wiele do życzenia; podobnie jak wiele do życzenia pozostawia jeszcze mniej ludzka pustka powstała po Jego odrzuceniu".


W XXI wieku obok znanego wszystkim od starożytności pojęcia ateizmu, pojawił się również całkiem świeży nurt zwany "nowym ateizmem". Nurt ten opierający swoją idee o mniejszą tolerancję w kwestii religii i w konsekwencji przeciwdziałanie jej i krytykowanie. Niezaprzeczalnie prekursorami nowego ateizmu są okrzyknięci "Czterema Jeźdźcami" autorzy, wśród których wyróżnić można Richarda Dawkinsa oraz Christophera Hitchensa. I to właśnie z poglądami tych panów polemizuje autor "Ateizmu urojonego".

Sławomir Zatwardnicki to absolwent teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu. Redaktor naczelny serwisu rodzinnego Opoki oraz współpracownik portalu "Opoka". Jest publicystą oraz autorem licznych artykułów i książek. Zatwardnicki mocno angażuje się w działalność ewangelizacyjno-formacyjną. Autor szczęśliwie żonaty, posiada trójkę dzieci, mieszka wraz z rodziną w Zabrzu.

"Ateizm urojony" to w głównej mierze polemika ze znaną książką Richarda Dawkinsa pt. "Bóg urojony". Publikacja składa się z sześciu rozdziałów, w których Sławomir Zatwardnicki ukazuje niebezpieczeństwa związane z rozwijającym się na całym świecie nowym ateizmem, oraz dotyka wielu kwestii jak chociażby materializmu, odrzucenia Jezusa czy ewangelizacji i służby Bogu.

Książka Sławomira Zatwardnickiego z pewnością w głównej mierze skierowana została dla czytelników, którzy mają za sobą lekturę "Boga urojonego" Dawkinsa. Autor bowiem wielokrotnie cytując wyżej wymienionego autora, polemizuje z jego poglądami, starając się je obalić i nadać im nutę bezsensowności. Z tego też względu czytelnikom, którzy mają książką Richarda Dawkinsa za sobą, będzie o wiele łatwiej przyswoić pewne przemyślenia i liczne polemiki. Nie jest to oczywiście niezbędne, jednakowoż mocno przeze mnie zalecane. Trzeba również podkreślić, iż nie tylko Dawkins znalazł się pod ostrzałem Zatwardnickiego. Christopher Hitchens to bowiem druga postać, której poglądy autor punktuje i wykazuje ich słabe strony w sposób bardzo dosadny.

Podczas lektury poszczególnych rozdziałów przebija się mocno odczuwalna dawka kpiny i żartu dla wyżej wymienionych przedstawicieli nowego ateizmu. Duet Dawkins-Hitchens na potrzeby książki został zaadoptowany na "Rysia-Krzysia", co niezaprzeczalnie potwierdza cięty język autora. Trzeba przyznać, że to dość niecodzienny zabieg, mający z pewnością na celu rozluźnienie czytelnika i danie mu poczucia swojskości przy lekturze. Osobom mającym w planach tę publikację radziłabym czytać ją z przerwami, gdyż niektóre fragmenty należy sobie dokładnie przeanalizować i po prostu przyswoić. Zbyt pobieżna lektura książki może wzmóc odczucia niejasności i zbytniego zagmatwania przez autor niektórych poruszanych przez niego tematów.

Czytelnik nie powinien spodziewać się odpowiedzi na pytanie czy istnieje Bóg i jakie dowody za tym przemawiają, bowiem rozprawa Zatwardnickiego to swoista polemika z poglądami "Rysia-Krzysia", mająca na celu ukazanie bezsensowności nowego ateizmu. Autor wskazuje błędne w jego przekonaniu tezy, na których opierają się dwaj wymienieni wyżej przedstawiciele tegoż nurtu. Wielokrotnie można wyczuć pewną dozę złośliwości, która celowo użyta obnaża słabe podstawy nowego ateizmu.

Z pewnością "Ateizm urojony" to rozprawa skierowana głównie do czytelników mających chociażby minimalną wiedzę w temacie nowego ateizmu. Autor posługując się wieloma rozważaniami teologicznymi, może nieobeznanego czytelnika w tym obszarze nieco przytłoczyć. Polecam osobom, które mają za sobą lekturę książki "Boga urojonego" Dawkinsa, chcącym zweryfikować przedstawione tam tezy i interpretacje.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

"W oczach niewierzącego Bóg jawi się więc jako – delikatnie mówiąc – pozostawiający wiele do życzenia; podobnie jak wiele do życzenia pozostawia jeszcze mniej ludzka pustka powstała po Jego odrzuceniu".


W XXI wieku obok znanego wszystkim od starożytności pojęcia ateizmu, pojawił się również całkiem świeży nurt zwany "nowym ateizmem". Nurt ten opierający swoją idee o...

więcej Pokaż mimo to

avatar
457
43

Na półkach:

„Ateizm urojony” to już druga odpowiedź na głośną książkę Richarda Dawkinsa, z jaką miałam okazję się zaznajomić (wcześniej przeczytałam „Urojonego boga Richarda Dawkinsa”, o której to pozycji powiedzieć, że mnie rozczarowała, to nic nie powiedzieć) i pierwsza, moim zdaniem, warta przeczytania. Autor otworzył mi oczy na kilka niedopatrzeń i błędów w myśleniu oksfordzkiego profesora, których sama, podczas lektury „Boga urojonego” nie dostrzegłam. I chociaż sam chwilami dopuszcza się podobnych oraz dość mętnie argumentuje kwestie związane ze swoim światopoglądem, wielu trafnych uwag odmówić mu nie można.

Uwagę należy zwrócić jednak na sposób w jaki książka została napisana. Lekko? Z humorem? Niestety nic podobnego. Dawkinsowi nierzadko zarzuca się „grafomańską, agresywną retorykę”, czemu zresztą wcale nie zamierzam przeczyć, jednak autorowi Ateizmu…” również zdarza się przekraczać granice dobrego smaku. Nic bowiem nie daje mu podstaw do nazywania profesora Dawkinsa „Rysiem”, „Rychem”, czy „upadłym naukowcem”, co w książce nierzadko ma miejsce – kolegami raczej nie są, a i chociażby dorobek naukowy pana Zatwardnickiego nie pozwala mu na podważanie autorytetu brytyjskiego profesora. Nie wiem, co miała na celu taka próba degradacji, być może ośmieszenie Dawkinsa miało odwrócić uwagę od braku argumentów. Jak dla mnie jest to postawa nie do przyjęcia.
Ateizmowi jako takiemu również oberwało się w dość niewybredny sposób, jednak tego tematu nie zamierzam poruszać wierząc, że każdy czytelnik sam oceni na ile było to działanie uzasadnione.

Ostatnie spostrzeżenie: książka jest polemiką z „Bogiem urojonym”, co oznacza , że jako odrębna pozycja nie przedstawia większej wartości. Autor odpiera argumenty Dawkinsa, tylko w znikomym stopniu tłumacząc meandry własnej wiary. Szkoda, bo liczyłam na coś więcej. Mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze uda mi się trafić na pracę rzetelną (i co najmniej w równym stopniu co dzieło Richarda Dawkinsa, złożoną), nie zaś kolejny gawędziarski popis.

„Ateizm urojony” to już druga odpowiedź na głośną książkę Richarda Dawkinsa, z jaką miałam okazję się zaznajomić (wcześniej przeczytałam „Urojonego boga Richarda Dawkinsa”, o której to pozycji powiedzieć, że mnie rozczarowała, to nic nie powiedzieć) i pierwsza, moim zdaniem, warta przeczytania. Autor otworzył mi oczy na kilka niedopatrzeń i błędów w myśleniu oksfordzkiego...

więcej Pokaż mimo to

avatar
109
30

Na półkach:

Nieudolne próba zarobienia na popularności książki Bóg Urojony Dawkinsa.

Nieudolne próba zarobienia na popularności książki Bóg Urojony Dawkinsa.

Pokaż mimo to


Cytaty

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Ateizm urojony


zgłoś błąd