Kosmici – podstępni, agresywni, niezrozumiali. 10 spojrzeń na pierwszy kontakt w literaturze

Jacek Jaciubek
17.10.2020

Niedawno świat obiegła informacja, że na Wenus być może jest życie. Oczywiście nie oznacza to wcale, że rosną tam drzewa, w stawach pływają ryby, a powierzchnią planety władają istoty humanoidalne. Jeśli na Wenus życie faktycznie istnieje, co wciąż pewne nie jest, to jego przejawy nie należą do tych silnie rozbudzających wyobraźnię człowieka. Przypomnijmy sobie przy tej okazji, jak różnorodnie życie w kosmosie wyobrażają sobie twórcy literatury science fiction.

Kosmici – podstępni, agresywni, niezrozumiali. 10 spojrzeń na pierwszy kontakt w literaturze

Otóż kilka tygodni temu świat obiegła informacja  że naukowcy odkryli w chmurach otaczających Wenus silnie trujący gaz – fosfinę (lub fosfan). Powstaje on w procesie beztlenowego rozkładu mikroorganizmów i, podobnie jak metan, jest uznawany za gaz świadczący o istnieniu życia na danej planecie. Jedna z teorii mówi, że życie na Wenus mogło mieć swój początek na Ziemi. Do przelatujących nieopodal naszego globu asteroid mogły przyczepiać się mikroorganizmy i w ten sposób osadzone na kawałkach skał, dotrzeć aż do Wenus (a kto wie, czy nie jeszcze dalej). Może więc jest nam do tej planety bliżej niż do Marsa, z którym najczęściej wiążemy nadzieję na odkrycie żywych organizmów?

Poszukiwania życia w kosmosie, problematyka kontaktu z obcą cywilizacją oraz trudności, jakie niesie za sobą próba nawiązania relacji z innymi bytami od zawsze rozbudzały wyobraźnię pisarzy science fiction i były jednym z fundamentów, na których ufundowano potężny gmach literatury fantastycznonaukowej. Przy okazji poszukiwań na Wenus chciałbym przedstawić kilka literackich spojrzeń na motyw pierwszego kontaktu z obcym życiem.

Kosmici - agresorzy

Robert władcy marionetekHeinlein we „Władcach marionetek” przyjął fundamentalne w świecie science fiction założenie, które mówi, że jeśli gdzieś we wszechświecie istnieją kosmici, to ich jedynym pragnieniem jest podbój naszej planety i wyniszczenie gatunku ludzkiego. W powieści kosmici lądują w Stanach Zjednoczonych (które z perspektywy kosmosu muszą wydawać się najsmakowitszym kąskiem na naszej planecie, bo regularnie zbierają cięgi od obcych tak w literaturze, jak i w filmie) i błyskawicznie zdobywają kontrolę nad ludźmi. Mają postać dużych robaków, które przylepiają się do pleców i niczym pasożyt zaczynają ze swego nosiciela czerpać drogocenną energię, przy tym przejmując całkowitą kontrolę nad jego ciałem. Jaka jest na to rada? Zupełnie pragmatyczna: wszyscy rozbieramy się do rosołu i od tej pory strój Adama (bądź Ewy) jest jedynym obowiązującym, ponieważ pod ubraniem obcy robak może się zbyt łatwo ukryć.

„Przeciąłem marynarkę i rozsunąłem ją. Pod prawie przeźroczystą podkoszulką, od szyi do połowy pleców znajdowało się coś, co na pewno nie miało nic wspólnego z ludzkim ciałem. Było grube na parę cali i dzięki temu Barnes wydawał się lekko przygarbiony, a także dziwnie pulsował. (…) Ciało tego stworzenia było szarawe, bladoprzeźroczyste i poprzecinane ciemniejszymi żyłkami. Przypominało gigantyczny żabi skrzek. Najwyraźniej żywe, bo wciąż pulsowało i rytmicznie unosiło się. Nagle osunęło się z Barnesa i upadło na podłogę, nie mogąc się poruszyć”.

inwazja finneyPodobnie do kwestii pierwszego kontaktu podszedł choćby Jack Finney w klasycznej „Inwazji porywaczy ciał”. Tu również kosmici atakują nieszczęsnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych i przejmują nad nimi władzę. Efekt jest podobny co u Heinleina, tylko metoda inna. U Finneya obcy zsyłają na Ziemię kokony, z któych wykluwają się osobniki bliźniaczo podobne do ludzi i ich „zastępują”. Z wyglądu wprawdzie są nie do odróżnienia od oryginałów, za to różni charakterem. Pomysł był później eksplorowany na wszelkie możliwe sposoby przez filmowców, żeby wspomnieć choćby „Oni żyją” Johna Carpentera czy „Impostor. Test na człowieczeństwo” na motywach opowiadania Philipa K. Dicka

wojna światów wellsHeinlein i Finney próbowali zachować pozory naszej wszechmocności w starciu z kosmicznym najeźdźcą, a przynajmniej dali nam szansę na obronę, zupełnie za to nie patyczkował się z Ziemianami H.G. Wells. W absolutnym klasyku, czyli „Wojnie światów”, stanowiącej jedną z najpotężniejszych inspiracji popkulturowych dla przyszłych literatów i filmowców, opisał inwazję prosto i dosadnie. Kosmici przybywają na Ziemię i obracają ją w perzynę: sprawnie, metodycznie i błyskawicznie. Ludzkość wytacza naprzeciw nim cały swój arsenał, ale jest całkowicie bezradna - na Marsjan nie ma żadnego sposobu. I gdy się wydaje, że nasz gatunek i wszelkie po nim wspomnienie muszą niechybnie zginąć, nadchodzi ratunek. Od kogo? Ha, kto nie czytał, niech lepiej nadrobi zaległości, bo Wellsa wstyd nie znać, nawet jeśli czytany dziś nieco trąci myszką. W czytelny sposób Wellsowi oddali hołd choćby twórcy filmu „Marsjanie atakują” opowiadającego w zupełnie zwariowany sposób o ataku na naszą planetę. I tam również agresorów spotkał przykry koniec za sprawą nieoczekiwanego zbiegu okoliczności.

Perfidni i brutalni

wyndhamInwazja może odbyć się w jeszcze dziwaczniejszy sposób, zdarzało się bowiem i tak, że kosmici wykorzystywali sposób na „niepokalane poczęcie”. Tak przynajmniej widział to John Wyndham, autor Kukułczych jaj z Midwich (które stały się kanwą dla filmowego horroru „Wioska przeklętych”). Pewnego dnia cała populacja maleńkiej mieściny w Stanach Zjednoczonych zapada w głęboki sen, z którego nie może się wybudzić. Fenomen bezskutecznie próbuje wyjaśnić wojsko, ale niestety przynosi to tylko kolejne ofiary. Nagle ludzie niespodziewanie się budzą i życie pozornie wraca na dawne tory. Do czasu, gdy okazuje się, że wszystkie kobiety w wiosce (nawet staruszki i dziewczynki) są w ciąży. Po dziewięciu miesiącach dochodzi do grupowego rozwiązania, w wyniku którego rodzą się dzieci o dziwnie jasnych włosach. Z wiekiem zdradzają one coraz bardziej brutalne zamiary wobec otaczającej je społeczności. Mamy tu do czynienia z wyjątkową perfidią kosmitów, którzy nie przejmują kontroli nad Ziemianami, lecz niejako rodzą się już jako istoty ludzkie. Ich cel pozostaje jednak nieodmienny: uzyskać pełną dominację nad gatunkiem homo sapiens.

coś campbellGdyby stworzyć ranking najbrutalniejszych, najgroźniejszych, najpodstępniejszych i najbardziej niszczycielskich kosmicznych stworzeń, na pierwszym miejscu postawiłbym ex aequo filmowego Obcego oraz literackie Coś stworzone przez Johna W. Campbella w roku 1938 (tego pierwszego korporacja Weyland-Yutani nie bez przyczyny określiła „perfekcyjnym organizmem” i jego ochronie nadała najwyższy priorytet). W wypadku tych istot nie ma miejsca na żadne sentymenty. Ich siła wydaje się całkowicie nieokiełznana, motywy zagadkowe, a skłonność do agresji wręcz niewyobrażalna. Kiedy w opowiadaniu Campbella naukowcy wydobywają skuty antarktycznym lodem statek nieznanego pochodzenia oraz zamrożoną istotę, nie przeczuwają niebezpieczeństwa. Sądzą, że organizm będzie tak samo martwy jak syberyjskie mamuty. Zupełnie beztrosko postanawiają go rozmrozić i poddać wiwisekcji. Równie dobrze mogliby otworzyć legendarną puszkę Pandory. Obcy jest żywy i potrafi kopiować wygląd innych istot. Jego moc jest tak ogromna, że gdyby nie wypadek na skutej lodem Antarktydzie, prawdopodobnie w krótkim czasie zniszczyłby życie na całej Ziemi – przynajmniej do takiego wniosku dochodzą uratowani z rzezi badacze.

„Jeśli miało usposobienie takie, jakie sugeruje twarz, nie jestem ciekaw niczego więcej, nawet jeśli nie żyje, od kiedy na Antarktydzie pojawił się lód. (...) Ta twarz nie została stworzona do wyrażania pokojowych emocji. (...) Musi należeć do starszej rasy niż człowiek. Dobry Boże! I ta nienawiść na twarzy o trojgu oczu i przypominające niebieskie dżdżownice włosy”.

Campbell jako pisarz nie zdobył wielkiej popularności, zasłużył się bardziej jako wydawca, ale jego pomysł zainspirował Johna Carpentera do nakręcenia w 1982 roku jednego z najlepszych horrorów w dziejach kina, o tym samym tytule.

W poszukiwaniu sygnałów z kosmosu

liu cixin problemUrodzony w Chinach Liu Cixin odświeżył w wyróżnionym Nagrodą Hugo za najlepszą powieść „Problemie trzech ciał” koncept dawno temu rozwijany przez Carla Sagana w jego sztandarowym „Kontakcie” (na podstawie którego powstał film z Jodie Foster w roli głównej) oraz Jamesa E. Gunna (autora między innymi świetnej kilkutomowej antologii „Droga do science fiction”) w „Słuchaczach”. Według tego pomysłu ludzkość jest w stanie nawiązać kontakt z inną cywilizacją bez ruszania się ze swojej planety. Aby tego dokonać, należy nasłuchiwać sygnałów, fal, które krążą w przestrzeni międzygwiezdnej – a nuż trafi się pośród nich jakiś komunikat wysłany w sposób świadomy i celowy. Dopóki rozwijane są jedynie plany naszej ewentualnej wyprawy na najbliższą planetę, taki pomysł wydaje się sensowny, choć nawet on niesie za sobą poważne koszty – wszak NASA i inne organizacje zajmujące się penetracją kosmosu muszą utrzymywać monstrualnie drogą aparaturę i sztaby ludzi do jej obsługi. A jakie są tego efekty? Jak wszyscy wiedzą, na razie marne, choć Sagan dał nam nadzieję, że wytrwała praca przyniesie kołacze. W tym miejscu warto znów dla przestrogi przypomnieć filmowego „Obcego” i tajemniczy sygnał SOS odebrany przez załogę kosmicznego statku – kto oglądał film wyreżyserowany przez Ridleya Scotta, ten wie, że sygnał radiowy może nieść za sobą śmiertelne niebezpieczeństwo. Tak właśnie jest u Liu Cixina – odebrany przez ziemską aparaturę przekaz sugeruje, że na Ziemię planuje przybyć obca cywilizacja. Co szczególnie ciekawe potrafi ona, choć oddalona fizycznie, całkiem sprawnie manipulować naszymi umysłami. Przysyła nam mianowicie grę komputerową, która zdobywa ogromną popularność, a w rzeczywistości jest tylko celowym komunikatem, mającym ułatwić przejęcie nad nami kontroli.

Terraformacja, kolonizacja czy jednak wracamy do domu?

kroniki marsjańskie bradburyChyba najczęściej podbijanym przez nas fantastycznonaukowym lądem był Mars, stamtąd też często nadchodziło zagrożenie. Do sprawy podboju sąsiada Ziemi wyjątkowo kompleksowo podszedł Ray Bradbury, przewidując najrozmaitsze zagrożenia i wynikające z nich reperkusje dla naszej rasy. W „Kronikach marsjańskich” ludzkość błyskawicznie decyduje się osiedlić na nowej planecie, gdyż Ziemia coraz mniej nadaje się do życia. Tu Bradbury nie należy do wyjątków: fantastyka naukowa nieodmiennie twierdzi, że ludzkość jest w trybie kolizyjnym z własnym domem, czyli zagłada naszej planety jest nieuchronna. Pozostaje nam szukać innych miejsc do zniszczenia… to znaczy do zamieszkania. Wyruszamy zatem na Marsa, ale Bradbury szykuje dla nas masę niespodzianek. Mamy tu Marsjan przyjacielskich, przepełnionych empatią lub wręcz miłością do ludzi, jak również wrogich, podstępnie żerujących na naszych słabościach. Czasem obcy ukrywają przed nami swoje istnienie, to znów stają się ofiarami naszej chciwości. Jedno z najciekawszych pytań postawionych przez Bradbury'ego dotyczy definicji człowieka i Marsjanina – co odróżnia jednego od drugiego i z czego wynikają te różnice? Czy człowiek może stać się obcym? W jaki sposób to się dzieje? Na jakich płaszczyznach możliwe jest wzajemne poznanie i czy mamy w ogóle szansę się wzajemnie zrozumieć?

philip dickNie pokusił się o oryginalność Philip K. Dick w „Marsjańskim poślizgu w czasie”. Inwazja na Czerwoną Planetę przebiega u niego podobnie jak podbicie Ameryki Południowej przez hiszpańskich konkwistadorów. Ludzkość przejmuje całkowitą kontrolę nad planetą (i oczywiście nad jej zasobami), a Marborygenów spycha na margines społeczeństwa lub w najlepszym razie mianuje poddanymi zmuszonymi do wykonywania rozkazów. Koncept podboju Marsa wciąż jest żywy, ale ostatnia ważna książka mierząca się z tematem, czyli „Marsjanin” Andy'ego Weira, nie pozostawia nam nadziei – nic tam nie ma! A tytułowym tambylcem jest całkowicie ludzki kosmonauta, który w wyniku splotu nieszczęśliwych okoliczności nie zdołał się ewakuować z powierzchni Czerwonej Planety wraz z resztą misji.

mars

Próby zrozumienia niezrozumiałego

solaris lemNajwybitniejszy polski fantasta, Stanisław Lem, nader często wracał do motywu pierwszego kontaktu, ale za każdym razem rozwiązywał go nieco inaczej. W „Edenie” ludzie nawiązują kontakt z obcą, rozumną cywilizacją, zbudowaną wszak na odmiennych i mało zrozumiałych dla nas fundamentach. W „Fiasku” skutek spotkania jest zasugerowany już w tytule. Natomiast w „Solarisie” dochodzi do kontaktu, lecz konfrontacja z tworem całkowicie wymykającym się ludzkiemu rozumieniu okazuje się dla nas zbyt dużym wyzwaniem.

Obcym w „Solarisie” nie jest istota humanoidalna czy jakakolwiek inna, lecz planeta pokryta w całości oceanem (czy może raczej metamorficzną plazmą) i to oceanem w jakiś sposób myślącym, a właściwie posiadającym umiejętność wpływania na sposób myślenia innych istot żywych. Czy możemy go nazwać żywym tworem czy to tylko zbiór reakcji chemiczno-fizycznych, których natury nie potrafimy objąć rozumem? Lem nie daje prostych odpowiedzi, zmusza czytelnika, jak zwykle zresztą, do rozważań nad istotą człowieczeństwa, naszym miejscem i znaczeniem w pustce wszechświata. W literaturze fantastyczno-naukowej koncept żywej planety-oceanu jest wyjątkowy i trudno byłoby znaleźć autora, który poważyłby się zbudować równie śmiałą koncepcję.

„Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie wszystko, a nasza gotowość okazuje się pozą. Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy. Chcemy znaleźć własny, wyidealizowany obraz; to mają być globy, cywilizacje doskonalsze od naszej, w innych spodziewamy się znowu znaleźć wizerunek naszej prymitywnej przeszłości. Tymczasem po drugiej stronie jest coś, czego nie przyjmujemy, przed czym się bronimy, a przecież nie przywieźliśmy z Ziemi samego tylko destylatu cnót, bohaterskiego posągu Człowieka! Przylecieliśmy tu tacy, jacy jesteśmy naprawdę, a kiedy druga strona ukazuje nam tę prawdę – tę jej część, którą przemilczamy – nie możemy się z tym zgodzić! (…) kontakt z inną cywilizacją. Mamy go, ten kontakt! Wyolbrzymiona jak pod mikroskopem nasza własna, monstrualna brzydota, nasze błazeństwo i wstyd!!!”

watts ślepowidzeniePeter Watts, z wykształcenia biolog morski, zaproponował w „Ślepowidzeniu” jedną z najśmielszych wizji spotkania istoty ludzkiej z czymś całkowicie obcym, wymykającym się próbom racjonalnych definicji. Podobnie jak u Lema mamy tu próbę zmierzenia się z tworami o tak odmiennej od ludzkiej strukturze, że nie tylko niemożliwa jest jakakolwiek forma porozumienia, ale trudny jest sam kontakt między cywilizacjami. Watts i Lem są podobni w jeszcze jednym aspekcie: zgodnie twierdzą, że aby poznać, zrozumieć czy choćby nawiązać kontakt z bytami różnymi od nas, musielibyśmy przestać być ludźmi, bo w naszych aparatach pojęciowych zwyczajnie zabraknie miejsca do zdefiniowania tego, z czym się mierzymy. Większość pisarzy science fiction obdarzała obce istoty zrozumiałymi dla nas cechami: agresją, ogromną siłą, wyjątkową inteligencją i tak dalej, przez co kosmici jawili nam się jako nieco dziwaczni, ale jednak możliwi do objęcia naszym prostym rozumem. W „Ślepowidzeniu” ludzka załoga statku kosmicznego mierzy się jednak ze zjawiskami, do nazwania których brakuje słów w naszych słownikach. Już opisanie obcego statku (o ile to w ogóle statek!) nastręcza dzielnym kosmonautom ogromnych problemów:

„Nie tyle torus, ile gęstwina, wielka jak miasto plątanina utkana ze szkła, pętli, mostków i łagodnie kończących się iglic. Faktura powierzchni była oczywiście nieprawdziwa — ConSensus opakował niewiadomą w odbite tło. A jednak… Jednak na swój mroczny, groźny sposób był niemal piękny. Gniazdo obsydianowych węży i dymnych kryształowych kolców.”

A dalej jest jeszcze gorzej, bo odkryte wewnątrz tej dziwnej struktury życie tylko z pozoru przypomina nasze. Po dogłębnym badaniu okazuje się, że istota ochrzczona roboczo „wężydłem” okazuje się

„absolutnym cudem ewolucyjnej inżynierii. Ale jest głupie jak but. (…) No to czym ono jest? — zapytała wreszcie James. — Czyimś zwierzakiem?

— Kanarkiem w kopalni — podsunęła Bates.

— Albo nawet i nie kanarkiem — odparł Cunningham. — Może to tylko krwinka biała z manipulatorami. Może robot naprawczy. Sterowany zdalnie albo napędzany odruchami. Ale zaraz, ludzie, przeskoczyliśmy poważniejsze pytanie: jak beztlenowiec może wykształcić złożone, wielokomórkowe ciało, a już w ogóle poruszać się tak szybko, jak to coś?”

Co więcej wężydła, choć z pozoru podobne trochę do niektórych zwierząt zamieszkujących głębiny ziemskich oceanów (tu dało o sobie znać wykształcenie Wattsa), nie posiadają genów, a ich metabolizm przypomina procesy zachodzące u znanych nam jednokomórkowców. Autor mnoży pytania, czerpiąc z rozmaitych koncepcji naukowych, nie sugeruje łatwych odpowiedzi, a dodatkowo stwierdza, że „życie się stopniuje – że rozróżnienie między układami żywymi i nieżywymi zawsze było wątpliwe”. Być może więc kiedy wreszcie spotkamy obcych, nawet nie zrozumiemy, że są to istoty żywe.

Gwiazdozbiory pomysłów

Literackich pomysłów na przedstawienie pierwszego kontaktu było oczywiście znacznie więcej. W samych tylko opowiadaniach Philipa K. Dicka znaleźlibyśmy multum rozwiązań: są tam obcy przejmujący kontrolę nad ludźmi, nieznane planety zamieszkałe przez byty i zjawiska stanowiące dla ludzi śmiertelne zagrożenie czy artefakty sugerujące, że Ziemia wcale nie była pierwszą planetą zasiedloną przez ludzkość. A może by tak wezwać obcą cywilizację na pomoc ludziom na Ziemi? Taki pomysł pojawił się w „Naszych przyjaciołach z Froliksa 8” – dziwaczny przedstawiciel kosmitów przybywa na naszą planetę, aby pomóc rebeliantom w przywróceniu dawnego ładu. Stephen Donaldson w cyklu „Skoki” poszedł w innym kierunku, sugerując, że ludzie są w stanie w jakiś sposób koegzystować w kosmosie z innymi rasami, nawet znacznie od nas potężniejszymi pod względem militarnym i naukowym (ten model obcego bardzo sobie cenią filmowcy, wystarczy spojrzeć na cykle „Star Wars” czy „Star Trek”). W swym monumentalnym cyklu opowiadającym o eksploracji całego Układu Słonecznego Ben Bova założył, że prędzej spotkamy ślady po zaginionych formach życia niż żywych przedstawicieli innego gatunku rozumnego. Maria Galina„Patrzących z ciemności” wymyśliła świat nie tyle obcy, co stanowiący niemal wierne odbicie Ziemi z przeszłości, konkretniej z czasów ciemnego średniowiecza. Erich von Däniken sugerował, że naszymi praprzodkami są istoty identyczne do nas, tyle że przybyłe na Ziemię z dalekiego układu gwiezdnego. Ten pomysł świetnie opracowali po latach Bogusław Polch, Arnold Mostowicz i Alfred Górny w komiksowym cyklu „Ekspedycja”. A przecież można jeszcze odwrócić ten koncept i przyjąć, że w dalekiej przyszłości obcymi będą dla nas ludzie pochodzący wprawdzie z Ziemi, ale po setkach czy tysiącach lat życia na innych planetach, zupełnie od nas odmienni. Takie spojrzenie na problem pierwszego kontaktu proponuje na przykład Isaac Asimov w cyklu „Roboty” – jak będziemy się od siebie różnić, jeśli któregoś dnia naprawdę wywędrujemy w przestrzeń kosmiczną? I co przyniesie nam ponowne spotkanie? Czy obcy ludzie wciąż będą się z nami identyfikować? I czy my będziemy chcieli identyfikować się z nimi?

Pomimo dziesiątek koncepcji i najróżniejszych literackich opracowań, rzeczywistość pierwszego kontaktu może okazać się zupełnie inna. Może nigdy nie doczekamy się odkrycia innych form życia, nie mówiąc już nawet o jakiejkolwiek formie inwazji, bo a) jesteśmy sami we wszechświecie, b) jesteśmy za daleko od zamieszkanych planet, c) jesteśmy bez znaczenia dla innych, d) obcy od dawna są wśród nas. Tego typu odpowiedzi można mnożyć w nieskończoność. Jeśli faktycznie okaże się, że życie na Wenus istnieje jedynie w formie mikrobiologicznej i to mającej swoje korzenie na Ziemi, czy nie poczujemy lekkiego rozczarowania? Ale do czego właściwie potrzebne nam inne cywilizacje? Czyż literatura nie uczy nas, że pierwszy kontakt, jakikolwiek by on nie był, zakończy się wielką tragedią dla przynajmniej jednej ze stron? Tego, jak będzie naprawdę, prawdopodobnie za naszego życia się nie dowiemy, choć kto wie... 

Fot. otwierająca: Pixabay.com (danielarealpeg)

Reklama

komentarze [24]

Sortuj:
674
385
22.10.2020 10:48

Bardzo dobry artykuł. Co prawda na początku lub na końcu tekstu brakuje mi wspomnienia o Paradoksie Fermiego, który bardzo ładnie wszystko wyjaśnia i spina: "Wielkość i wiek Wszechświata sugerują, że powinno istnieć wiele zaawansowanych technicznie pozaziemskich cywilizacji. Jednak takiemu rozumowaniu przeczy brak obserwacyjnych dowodów ich istnienia. Zatem albo początkowe...

więcej

1175
8
21.10.2020 18:40

Ale ... czy naprawdę musimy być takimi ksenofobami ?
Choć to jak najbardziej zrozumiałe (ewolucyjnie najlepszą strategią jest lęk, lub co najmniej nieufność, wobec obcych) to możliwe jest inne podejście. Card w "Grze Endera" i.t.d. rozważa różne warianty Obcego: ramen, valerse, utlanning, framling. I twierdzi, że "obcość" pochodzi z braku zrozumienia, a nie z braku...

więcej

497
43
20.10.2020 20:50

Artykuł naprawdę ok, tylko w śmiertelnie poważnym tonie.
A można by było wspomnieć jakąś perełkę Kiryła Bułyczowa, np. Skarbonka lub Parowóz Dla Cara. Robert Shackley też popełnił kilka świetnych opowiadań o Kontakcie.


677
622
19.10.2020 10:56

"Piknik na skraju drogi" - spotkanie obcych bez obcych. Jedna z lepszych książek, jakie czytałem, i spektakularnie spier... film.


497
43
20.10.2020 21:01

Dość niesprawiedliwa ocena filmu, po prostu Tarkowski potraktował książkę czysto pretekstowo, bo interesowało go kompletnie co innego, niż s-f. Tak samo w przypadku Solaris.


677
622
21.10.2020 08:22

Skoro interesowało go kompletnie coś innego, to może trzeba było zostawić w spokoju dobrą książkę.


497
43
21.10.2020 13:07

A może można być zadowolonym, że świetna książka zainspirowała, choćby w niewielkim stopniu, genialnego reżysera do stworzenia kolejnego arcydzieła sztuki filmowej? Dobra, de gustibus itd. :)


90
7
22.10.2020 21:19

Życzyłbym sobie więcej tak spier... filmów - jak to uczynił Tarkowski. Dziwna maniera, że jak coś jest tylko inspirowane to nie powinno istnieć. Świat byłby bardzo ubogi gdyby wyciąć całą sztukę inspirowaną innymi dziełami :)


445
237
18.10.2020 21:58

chyba najbardziej lubię ten trop z obcymi, których po prostu nie ogarniamy - jak u Wattsa, Lema (wspomniałbym świetny Głos Boga), czy Pohla w Gateway, bramie do gwiazd.

na polu filmowym ciężko byłoby opowiedzieć ciekawy film w ten sposób (niektórzy próbują, ale jakoś nikt nie odnalazł klucza do takich opowieści - wiem że Anihilacja podobała się wielu, ale film jest po...

więcej

497
43
20.10.2020 20:57

Zabawne, zanim rozwinąłem Twoją wypowiedź i przeczytałem do końca, pomyślałem, no jak to ciężko, przecież były Coś i pierwszy Obcy :)
Z bardziej współczesnych to chyba tylko Nowy początek był udany.


445
237
24.10.2020 13:42

Nowy początek była dla mnie za liryczny, jeszcze ta smyczkowa muzyka Johannsona, jakby faktycznie wysłali poetę żeby opisał "pierwszy kontakt". Zresztą z opowiadań Chianga to podobało mi się najmniej (wolałbym inne zobaczyć na ekranie, bo były świetne)

W ogóle mam wrażenie, że współczesna fantastyka dzieli się albo na tłuczone ze sztancy poczytajki (dystopie, spaceopery,...

więcej

445
237
24.10.2020 13:45

A, w ogóle zauważ, że te filmy jak Obcy czy Coś (ostatnio spodobał mi się Color out of space) to horrory :D z kolei fantastyka o obcych (takich naprawdę obcych), która nie jest horrorem wychodzi zazwyczaj mdło. Ja myślę, że to dlatego, bo ciężko w filmie sprzedać informacje mocno abstrakcyjne. Konia z rzędem temu, komu się to uda.

W filmach sprzedają się emocje i dlatego...

więcej

6438
560
24.10.2020 23:44

W kinie, w tym temacie nie ma nic lepszego nad Odyseję Kosmiczną.

A w literaturze fantastycznej spokojnie można znaleźć wartościowe rzeczy nie będące jednocześnie pseudoambitnymi "dziełami". Oczywiście troszkę trzeba poszukać. Omijać zaś trzeba tych wszystkich Pilipiuków, Martinów i innych Eriksonów.


1539
447
25.10.2020 02:05

Ale są filmowe przyczynki do tematu, które starają się ugryźć problem z nieco innej strony. Na przykład "Dystrykt 9", gdzie obcy to nic innego jak uchodźcy.


6438
560
25.10.2020 08:23

Tak, Dystrykt 9 to dobra rzecz.


1068
89
18.10.2020 17:12

Było we "Wróblach galaktyki" Fiałkowskiego - dla kosmitów jesteśmy po prostu zbyt pospolici.


419
6
18.10.2020 01:08

Z tematyka "próby zrozumienia niezrozumiałego" skojarzyła mi się powieść Michela Fabera z kategorii literatury pięknej "Księga dziwnych nowych rzeczy". Nie ma tam może za dużo nauki, ale spotkanie z obcą społecznością z odległej planety jest tam ciekawe w kontekście "zdobywania" nowych terenów przez ludzi i nawiązuje do praktyk nauczenia obcych tego, co dla nas samych jest...

więcej

310
0
17.10.2020 22:02

Lem i Watts wspaniali.
Az dziwne, ze nie wspomnieliscie o Tedzie Chiangu i jego opowiadaniach, w tym „Historii twojego zycia”. (film „Arrival”).


303
5
17.10.2020 21:15

Czytałem „Wojnę światów”, o „Kronikach Marsjańskich” i „Inwazji Porywaczy ciał” ledwo tylko słyszałem, a ulubioną moją pozycją w takich klimatach jest „Obcy” czyli książkowa wersja filmowego hitu Ridleya Scotta autorstwa Alana Deana Fostera. Co do Wenus i potencjalnego życia tam występującego, nie jest dla mnie to nic niezwykłego, już dziesiątki lat temu sondy Voyager...

więcej

616
28
17.10.2020 19:54

W sumie już mnie w tym 2020 nic nie zdziwi :)


zgłoś błąd