Finansowe kino akcji, czyli „Wiele do stracenia“ Marka Marcinowskiego

Adam Jastrzębowski
16.11.2020

Wielkie pieniądze na giełdzie (i poza nią), rekiny nowojorskiej finansjery, intrygi i brawurowa jazda samochodem terenowym. A w tle dramaty rodzinne i wielka miłość. „Wiele do stracenia” to książka naprawdę sensacyjna.

Finansowe kino akcji, czyli „Wiele do stracenia“ Marka Marcinowskiego
Reklama

Już „Wilk z Wall Street”, zarówno w postaci autobiograficznej książki Jordana Belforta, jak i jej nominowana do Oscarów ekranizacja Martina Scorsese z Leonardo DiCaprio w roli głównej pokazały, że świat giełdy i finansjery to materiał na iście sensacyjną historię. W końcu wielkie pieniądze to i miejsce na wielkie intrygi, a wizja wstąpienia do klubu milionerów potrafi zaślepić i przewrócić listę wyznawanych wartości do góry nogami.

Nazwisko Belforta pojawia się w tym tekście nie bez powodu; jeden z wątków książki Marcinowskiego dotyczy próby oszustwa finansowego, wykrytego przez głównego bohatera powieści, Andrew Fresheta. Tego oszustwa miał dokonać niejaki John Botaroy, którego inicjały, tak się składa, są zbieżne z inicjałami autora „Wilka z Wall Street”, będącego symbolem światowych przekrętów finansowych. Przypadek? Nie sądzę.

Inwestuj z Freshetem

Marek Marcinowski, budując swoją książkę, opiera się na dziedzinie, w której jest ekspertem. Na co dzień jest inwestorem i analitykiem rynku finansowego, a także autorem poradnikowej książki „Sukces na giełdzie”. Dzięki temu mógł w „Wiele do stracenia” wpleść tajniki działań analityków finansowych i swoich autorskich koncepcji mechanizmów rynkowych. Niejednokrotnie zresztą sam ze sobą polemizując; tak jak wówczas, gdy ustami siwowłosego milionera Charlesa, z pozycji doświadczonego inwestora obalał tezy, którymi posługiwał się dużo młodszy Freshet.

„Giełda jest jak tygiel, kotłuje ludzi, ich najbardziej skrywane instynkty miesza czasem z forsą, a czasem z błotem, ale – zapamiętaj sobie – nigdy nie śpi. Patrz tam, gdzie wzrok innych nie sięga. Bez tego daleko nie zajdziesz.”

Reklama

Andrew Freshet jest człowiekiem zamożnym, wschodzącą gwiazdą świata banków i giełdy, kochającą swoją pracę i myślącą o niej ciągle. Życie idealne? Pod finansowym płaszczykiem kryje się niestety podszewka uszyta z pretensji, braku czasu i zrozumienia. Podszewka z prawdziwego życia, nie tego będącego sumą cyfr widniejących w panelu bankowym po zalogowaniu się na konto. Tutaj pojawia się druga analogia do „Wilka z Wall Street”. W swoim obrazie Scorsese pokazał, jak grany przez DiCaprio Jordan Belfort w miarę nabierania bogactwa staczał się po równi pochyłej, w stronę kolejnych nałogów. U Marcinowskiego pieniądze stają się namiastką tak rodziny i przyjaźni, jak i relacji międzyludzkich, niemym i niewidocznym uzależnieniem, którego główny bohater już nie dostrzega. A także, między słowami, substytutem wszelkich przyjemności; jak wtedy, gdy zaciągnięty przez swoją przyjaciółkę na kręgielnię Freshet wyznaje, że od czasu studiów nie miał czasu na wyjścia: ani na kręgle, ani na ukochaną za młodu strzelnicę.

Marek Marcinowski

Ale „Wiele do stracenia” to nie jest poradnik dla młodego inwestora. Finansowe perypetie są tylko pretekstem do opowiedzenia historii o tym, jak łatwo jest wszystko stracić. I jak niewiele znaczą pieniądze w obliczu straty najbliższych osób. Dobre analizy na rynkach finansowych nie przekładają się na szczęśliwe prognozy dotyczące życia prywatnego i rodzinnego. Jedyna więź, jaką Freshet potrafił sam zbudować, była oparta na relacji mistrz-uczeń; poznany w barze inwestor Bob Rawsky stał się jego powiernikiem i przyjacielem dlatego, że znalazł osobę, która wysłuchała jego finansowych analiz.

Finanse, związki, relacje, a gdzie to kino akcji?

Reklama

Jest go całe mnóstwo! Nie zawiedzie się ten czytelnik, który nad długie wstępy i wprowadzenia, nad mozolne budowanie akcji i napięcia przedkłada wartką akcję. Finansowa otoczka jest dla niej tłem. Czego to w „Wiele do stracenia” nie ma! Narkotyki, strzały, pościgi, porwania, nawet poród odbierany przez głównego bohatera gdzieś pośród pustyni. Akcja powieści Marcinowskiego mknie przez kartki z prędkością odrzutowego samolotu. Jesteśmy w Sierra Leone, Nowym Jorku, Belen i amerykańskim Nowym Meksyku. Tempo wydarzeń narzucone przez autora przywodzi na myśl filmy z Jamesem Bondem czy Indiana Jonsem. Dynamiczne kadry, szybkie cięcia, nagłe fabularne skręty i nieoczywiste rozwiązania. A jak nie z filmami z agentem 007 to, pozostając w świecie książki, możemy szukać analogii z powieściami Zygmunta Miłoszewskiego. Moja żona, gdy jej pokrótce opowiedziałem fabułę książki, zauważyła: „Hej, to dzieje się tak szybko jak w «Kwestii ceny»”.

Nie jest Marek Marcinowski Frederickiem Forsythem, o którego dogłębności researchu i przygotowań do pisania książek, a także dbałości o maksymalny realizm krążą legendy. Ten realizm jest za to widoczny w „Wiele do stracenia” we fragmentach dotyczących rynku finansowego; sama akcja zaś służy autorowi do zaciekawienia czytelnika.

Wspominałem kilkukrotnie o analogiach do „Wilka z Wall Street”. Nawiązanie pojawia się również w ostatnich scenach książki. Tak, jak tytułowa postać z filmu Scorsese, tak i Andrew Freshet, zamiast ponieść konsekwencje swojego orientowanego na pieniądze stylu życia, otrzymuje nagrodę. Jaką? To już musicie sami przeczytać w „Wiele do stracenia”. Gwarantuję, że nie będzie to czas stracony.

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
606
278
17.11.2020 12:02

warto przeczytać, bo akcja i fabuła świetnie prowadzą czytelnika (nawet laika z tematów finansowych), bo wiele pobocznych wątków ciekawi, życie bohatera też.. a każdy kolejny krok to wielka niewiadoma - warto. i czekamy - jak czytelnicy - na kolejną część


2923
4
16.11.2020 15:20

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd