Czerń to nowa czerń. „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego

Bartek Czartoryski
22.10.2020

Dzisiaj, gdy polskie miasta przeorane są demonstracjami, pochodami, pikietami i marszami, a za pasem kolejne święto niepodległości, gdzie do dymiących rac, flag, haseł i twardych pięści dojdą maseczki (oby!), chyba jeszcze łatwiej niż przed przeszło dziesięcioma laty wyobrazić sobie, że sceny z powieści „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego faktycznie mogłyby się wydarzyć.

Czerń to nowa czerń. „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego

A wizja to czarna niczym ściany opisanego przezeń osiedla, postawionego z wielkiej płyty gdzieś u schyłku gierkowskiej dekady, otoczonego szczelnym policyjnym kordonem, aby nikt nie mógł tam wejść i nikt nie mógł stamtąd wyjść. Wtedy, pisząc, myślał Orbitowski o białym miasteczku, o protestach pielęgniarek pod kancelarią ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Chciałoby się móc z czystym sercem powiedzieć, że z tamtego kraju, który opisywał, nie pozostało już nic, ale jest inaczej. Bo choć przecież zmieniło się wszystko, nie zmieniło się nic.

Na Różance byli niewierni, a może raczej obojętni, oraz fanatycy. Dzisiaj linia podziału zdaje się biec mniej więcej tak samo, tyle że jednych zastąpili ci, którzy odrzucają „kagańce” i kwestionują samo istnienie pandemii, za globalny kryzys obwiniając spisek przeciwko ludzkości, a drugich pragmatycy. Dolnośląskie osiedle, zresztą jak najbardziej prawdziwe, jest istnym mikrokosmosem, charakterystycznym zresztą dla socjalistycznych blokowisk, które budowano zgodnie z planem niejakiej samowystarczalności, o sporym przekroju społecznym. Orbitowski, choć wtedy jeszcze uprawiał literaturę innego autoramentu, zawsze potrafił odbić od siebie obserwowaną rzeczywistość. Dzisiaj swoisty horror czerpie z ludzkiej natury, błądzące dusze rozrywają demony przeszłości, upiory myśli i duchy historii, ale niegdyś serwował czytelnikowi powieści gatunkowe.

„Nie wyobrażał sobie, co przyniesie przyszłość, chciał tylko, by Małgosia na niego czekała, skądkolwiek wróci - żeby jej dłonie ugasiły mu głowę, żeby mógł opowiedzieć, co śmiesznego go spotkało. Myślał też o miejscach, w których mieszkał, o długiej sali sypialnej w bidulu, o landszaftowym domku w Niemczech, pierwszym wynajętym pokoju, o mieszkaniu, które dostał, i nade wszystko rozumiał, że nigdy wcześniej nie był u siebie; dom to nie książki, nie ściany, nie płyty osiedla. Dom zawsze jest kobietą i ma cycki”.

Chyba nigdy stricte, lecz jednak posługujące się charakterystycznymi dla historii grozy narzędziami. Na przykładzie omawianej powieści ewidentna staje się odrębność pisania Orbitowskiego, który na szablon katastrofy iście apokaliptycznej nakłada filtr osobisty i jednostkowy, bohaterami czyniąc ludzi młodych, z młodymi jeszcze problemami, lecz, bynajmniej, nie nieważnymi. Mistyczne tajemnice wyrastają u niego ze szpar między chodnikowymi płytami, proroctwa snuje obszarpaniec z przejścia podziemnego, a nadnaturalne wyłania się zza pożółkłej tapety zwyczajnej kawalerki i spod ociepleniowych płyt na ścianie bloku.

Reklama

Orbitowski konsekwentnie i naturalnie czyni niesamowitość integralnym elementem zwyczajnej, szarej — a może czarnej? — codzienności. Dlatego też, choć cokolwiek pogubiony dwudziestoparoletni Michał za oknami swojego domu ma prostopadłościany z materii przypominającej nieprzeniknioną nicość, między którymi znikają ludzie, aby już nigdy się nie odnaleźć, nadal siłuje się z życiem, z miłością do Małgosi i niechęcią jej ojca.

Orbitowski, który pisząc tę powieść był ledwie po trzydziestce, rzadziej niż obecnie formułował społeczne diagnozy, stąd każda przewrócona strona nieuchronnie prowadzi ku finałowi utkanego z krwawego koszmaru, finałowi znakomitemu i niepozbawionemu poetyckości równej religijnemu uniesieniu. Obyczaj szybko ustępuje fascynacji gatunkiem, szczerej i rozumnej, niezmiennie interpretowanej po autorsku. Stąd chwyty najzwyczajniej tanie umyślnie zderza z charakternymi postaciami i odbitkami sytuacji podpatrzonych, z czego wyłania się powieść oryginalna.

„Miłość jest jak słońce - trudno w nią patrzeć, bo bolą oczy. A ból jest nudny”.

Reklama

Nie idealna, miejscami mętna i chwilami słabująca, ale nieprzerwanie osobna. Orbitowski nadał jej sznyt miejskiej legendy, gdyż narrator, człowiek tajemniczy, sam wydaje się na bieżąco zbierać do kupy wyczytane i zasłyszane informacje o tytułowym miejscu kultu, które wyłoniło się nagle pośród miejskiej tkanki. Stąd też wynika niedomówienie, którym operuje, tajemnica aż do końca pozostaje tajemnicza. Owszem, tu i ówdzie znajdziemy okruchy prowadzące nas o krok bliżej do rozwiązania, ale czy możemy wierzyć sami sobie? Przecież, jak pisze już na samym początku swojej powieści Orbitowski, każdy wie, jak powstał Święty Wrocław. Nie wie nikt.

Bo nie da się wyjaśnić nagłej obecności dziwacznego osiedla, jest, bo jest i trzeba przyjąć to na wiarę. Czytana dzisiaj, powieść Orbitowskiego wydaje się przez to zaskakująco bliska bestsellerowemu „Kultowi”, z tym że tam ludzie ciągną do człowieka, tutaj do miejsca. A może jednak bytu? Różanka, a raczej jej część, jest niczym krąg czarnych kamieni monolitycznych z „Odysei kosmicznej”, który przyciąga i odmienia, lecz ich celu Orbitowski nie ujawnia. Zdaje się on być podrzędny samemu oddziaływaniu, samej przemianie, jaką inicjuje.

„Zmywała gary, ścierała kurze, oglądała "Taniec z gwiazdami" i wykonywała jeszcze tysiąc tajemniczych czynności domowych, które kobiety robią, gdy facet nie patrzy”.

Reklama

Do tych rozważań nad naturą rzeczonego zjawiska dopisana jest sensacyjna fabuła, której osią staje się poszukiwanie Małgosi przez Michała i jej ojca, Tomasza, niechętnych sobie, ale połączonych wspólnym celem. Ich zstąpienie do trzewi Różanki jest niczym wyprawa do piekła, z którego nie ma powrotu. A przy tym Orbitowski ujmuje temat tak, że nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie, czy to aby nie niebo, nie raj. Święty Wrocław staje się bowiem tym, czym chcesz, żeby był. Lub czego najbardziej się obawiasz. Niesie zbawienie i potępienie, błogosławieństwo i przekleństwo. Kolejne rozdziały, ochrzczone przez autora „cudami”, stają się apokaliptycznymi pieczęciami, po otwarciu których czeka już tylko koniec. Albo nowy początek.

Z perspektywy czasu interesująco patrzy się na wcześniejsze powieści Orbitowskiego, te napisane przed jego transferem do głównego nurtu, co nastąpiło, umownie, na wysokości „Szczęśliwej ziemi” i zostało przypieczętowane „Inną duszą”. Bo mimo upływu lat i odmiennego patrzenia Orbitowskiego na rzeczy, książki te łączy więcej, niż można dostrzec, studiując jedynie opisy na tylnej stronie okładki — mocny głos, wybrzmiewający pośród blokowisk, rozchodzący się echem po ogródkach działkowych i niknący gdzieś ponad pokrytymi papą dachami.

orbitowski święty wrocław

Artykuł powstał na podstawie książki „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego.

Książka jest już do kupienia w księgarniach online.

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
328
77
25.10.2020 16:35

Śledzę pilnie pisarskie dokonania Łukasza Orbitowskiego, a "Święty Wrocław" (poprzednie jeszcze wydanie) dość długo czekał u mnie na półce na lekturę.
Cieszę się ze wznowienia. Mam nadzieję, że wydawnictwo podejmie trud zebrania i przybliżeniem kolejnym nowym czytelnikom twórczości tego pisarza. Jest tego ze wszech miar wart, a ubiegłoroczny sukces "Kultu" (sam głosowałem i...

więcej

1332
85
22.10.2020 22:59

"Święty Wrocław" jest określany jako nowość (np. przez Empik, Publio, ale też w promocyjnych tekstach LC). A przecież to książka sprzed 11 lat! Czy w związku ze wznowieniem jej przez innego wydawcę będzie nominowana do tytułu Książki Roku 2020?


597
0
22.10.2020 15:15

Te twarde pięści na MN to głównie policjantów napierdalających uczestników.


40
0
22.10.2020 10:11

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd