„Czarny Maciek” mógłby równie dobrze rozgrywać się wśród dorosłych – mówi jego autor Dariusz Rekosz

Adam Jastrzębowski
03.02.2021

„Odkąd pamiętam, staraliśmy się zawsze mieć swój «klub». Przynależność do niego była czymś wyjątkowym. Jedni mogli być do niego «przyjęci», inni nie”. W rozmowie z portalem lubimyczytać.pl Dariusz Rekosz, autor cyklu „Czarny Maciek” opowiada o swoim dzieciństwie, o tym jak postęp technologiczny utrudnia pisanie kryminałów i wyjawia, skąd pomysł na to, by jednymi z bohaterek jego książek były siostry bliźniaczki. Zapraszamy!

„Czarny Maciek” mógłby równie dobrze rozgrywać się wśród dorosłych – mówi jego autor Dariusz Rekosz fot. Paulina Rekosz

Czarny Maciek i wenecki starodruk„Czarny Maciek i wenecki starodruk” Dariusz Rekosz

[OPIS WYDAWCY] Przygody tajnego klubu młodych detektywów. Kradzież pewnej starej księgi, nielegalne substancje wybuchowe i pościg policyjnym helikopterem – czyżby nowy film akcji? Nic bardziej mylnego! Paczka Maćka, zwanego Czarnym, wpada na trop złodziejskiej afery, o zasięgu międzynarodowym. Zamiast skierować się do najbliższego komisariatu, postanawiają rozwiązać wszystko na własną rękę. Pędząca na złamanie karku akcja prowadzi ich w końcu... w ślepą uliczkę. Co, a może kto wybawi ich z opresji?

Adam Jastrzębowski: Pierwsze wydanie książki „Czarny Maciek i wenecki starodruk” miało swoją premierę w 2010 roku. Wtedy świat szkolny wyglądał inaczej - młodzież uczyła się w gimnazjach, nie wszystkie dzieci miały telefony komórkowe. Czy stworzony przez pana świat przetrwał tę próbę czasu? Czy też najnowsze wydanie musiał pan dostosować do realiów 2021 roku?

Dariusz Rekosz: Dwa razy TAK! Świat, stworzony w pierwotnych wydaniach „Czarnego Maćka” przetrwał próbę czasu, ponieważ od samego początku miały to być opowieści uniwersalne. Uniwersalne zarówno co do miejsca akcji, jak również co do czasu. Zmiana realiów szkoły – zastąpienie gimnazjum podstawówką, to jedynie zabieg techniczny. Powiem więcej – przygody, w które uwikłałem moich bohaterów, mogłyby równie dobrze rozgrywać się w świecie dorosłych lub nawet stanowić kanwę dobrego familijnego serialu kryminalnego.

Czy w młodości pan też miał swoją bazę? Sekretne, ukryte przed rodzicami miejsce, w którym wraz z kolegami spotykał się po szkole? Tak, jak bohaterowie „Czarnego Maćka” mieli swój „Szałas Herkulesa”.

Reklama

Jeśli za taką bazę uznać osiedlowe podwórko, to tak. Odkąd pamiętam, staraliśmy się zawsze mieć swój „klub”. Przynależność do niego była czymś wyjątkowym. Jedni mogli być do niego „przyjęci”, inni nie. I jeśli nawet taki „klub” nie miał swojego szałasu, czy domku na drzewie, to wiadomym było, że tych z poza „klubu” traktowało się inaczej. Czasami taki „klub” przeistaczał się w podwórkową drużynę piłkarską, która rzucała wyzwanie tym spoza „klubu”. A później okazywało się, że dorośli podchwytywali nasze pomysły i tak pod koniec lat 80. ubiegłego wieku zainicjowaliśmy rozgrywki Wielkiego Turnieju Dzikich Drużyn. W międzyczasie udało się nam powołać Młodzieżową Radę Osiedla (oczywiście pod patronatem dorosłej Rady) i wówczas mieliśmy swoją prawdziwą „bazę”. Co prawda nie kryliśmy się z tym przed rodzicami, ale nie musieliśmy, gdyż rodzice mieli do nas zaufanie.

Pierwsze strony „Czarnego Maćka” przypominają intrygi szkolne znane z książek o Tomku Żabnym („Szkolny lud, Okulla i ja” czy „Żaba, pozbieraj się”), a motyw kradzieży bezcennego dzieła przywodzi na myśl „Pana Samochodzika”. Czy w młodości czytał pan Niziurskiego i Nienackiego

Przyznam, że nie znam przygód wspomnianego Tomka. Bohater o tym imieniu kojarzy mi się przede wszystkim z twórczością Alfreda Szklarskiego. Natomiast nawiązania do Edmunda Niziurskiego czy Zbigniewa Nienackiego wydają się jak najbardziej trafne. Dodałbym do tego jeszcze Adama Bahdaja, Wiktora Woroszylskiego i Sewerynę Szmaglewską. Nie dość, że zaczytywałem się w ich książkach, to wiele z nich mogłem później oglądać na ekranie telewizora. Poza tym już w roku 2005 – po wydaniu trzech pierwszych książek – pojawiła się jedna z pierwszych recenzji mojej twórczości. Napisano wówczas, że „Dariusz Rekosz kontynuuje linię pisarską takich twórców jak Niziurski, Nienacki czy Bahdaj”. A dwa lata później jedna z gazet, prezentując moje książki, zamieściła obszerny artykuł prasowy, zatytułowany „Pachną Panem Samochodzikiem”. Więc z pewnością coś w tym jest..

Jest pan również autorem cyklu „Szkolny detektyw”. Czy powieść młodzieżowa, której akcja dzieje się w dużej mierze w szkole, jest ponadczasowym gatunkiem? 

Reklama

„Szkolny detektyw” to pierwotna wersja cyklu, który znamy dziś pod tytułem „Mors, Pinky i...”, składającego się z sześciu książek, zilustrowanych przez Mistrza Bohdana Butenkę. Co ciekawe, tylko pierwsza i ostatnia część tej serii rozgrywa się w szkole. A to za sprawą moich obserwacji, z których wynika, że przeciętny uczeń podstawówki może zaplątać się w kryminalną intrygę właściwie w każdym miejscu na świecie. Trzeba mieć tylko oczy i uszy szeroko otwarte oraz robić logiczny użytek ze swojej inteligencji. Ważne, żeby dostrzegać prawdę wokół nas i nie dawać sobą manipulować.

A czy akcja przygodowej powieści, rozgrywającej się w szkole może być ponadczasowa? Ależ oczywiście! Nawet, gdy, ta szkoła jest zupełnie inna niż dziś.

Używa pan młodzieżowego języka (chociażby na stronie 32. „Weneckiego starodruku” pojawiają się „na maksa odlotowe kryminały”). A jak wiemy, język szkolny i młodzieżowy zmienia się błyskawicznie. Nie boi się pan, że za parę, paręnaście lat słownictwo użyte przez pana w książce będzie już przestarzałe?

Nie boję. Wręcz przeciwnie! Uważam, że nie stałoby się nic złego, a tego typu wyrażenia byłyby odwołaniem do niegdysiejszych czasów. Już widzę analizę któregoś z moich tekstów  te mądre sformułowania: „...powołując się na twórczość Dariusza Rekosza, w latach [...] młodzież wyrażała się następująco...” Piękno literatury polega przecież również na tym, że opisuje ona czasowy wycinek życia pewnej społeczności. Dzięki temu wiemy, jakimi słowami opisywano emocje w czasach „Bugurodzicy”, „Odprawy posłów greckich” czy „Pana Tadeusza”.

W pana książce jest przygoda, są pościgi, jest wątek kryminalny, ale nie ma - tak chętnie obecnie czytanych przez młodych ludzi - elementów fantastycznych. Dlaczego?

Reklama

A czy w każdej książce dla młodych czytelników muszą być pająki wielkości słonia, latające samochody, magiczne zaklęcia oraz szafy, przez które przechodzi się do innych światów? Nudna byłaby rzeczywistość, gdybyśmy brali książkę do ręki i wiedzieli, że będzie w niej co najmniej jeden czarodziej, dwa elfy i siedmiu krasnoludków. I że na pewno trzeba będzie odszukać uśpionego smoka lub ugotować eliksir zmieniający wygląd. Co to za frajda, pisać tak jak inni? Rekosz pisze tak jak... Rekosz. A jeśli ktoś szuka fantastyki, to z pewnością ją znajdzie. Ale nie u mnie. Jeśli chcemy zjeść pizzę, to na pewno nie będziemy jej szukać w aptece.

Stworzył pan świat, w którym rodzice dzieci prawie nie istnieją. Nawet wówczas, gdy Maciek wraz z całą paczką udają się w pogoń za złodziejami. Czy nawet w XXI wieku tak łatwo jest dzieciom zniknąć z pola widzenia rodziców?

Okazuje się, że coraz trudniej. Ale nie jest to niemożliwe. Winne temu oczywiście w większości są... telefony komórkowe i wszechogarniająca nas sieciowa inwigilacja. Nie mam tu na myśli wyłącznie Internetu, ale również wszelkiego rodzaju systemu monitoringu. Przez te wszystkie techniczne „udogodnienia” pisanie kryminału stało się dziś dużo trudniejsze, niż jeszcze 30 lat temu. Łatwiej dziś kogokolwiek namierzyć, sprawdzić jego kontakty oraz sporządzić listę zakupów, których dokonał w osiedlowym sklepie. Zwłaszcza, gdy należność uregulował przy pomocy karty płatniczej lub smartfonu. Uważam za przekleństwo wszelkie „bezludzkie” formy komunikowania się (chociaż sam jestem zmuszony z nich korzystać), a więc na przykład szkolne elektroniczne dzienniki, portale społecznościowe czy aplikacje telefoniczne, szpiegujące nasze poczynania. Znając książkę George'a Orwella „Rok 1984” wiem, do czego to może doprowadzić. Moim marzeniem jest, aby młodzi czytelnicy (ale ich rodzice także) mieli tego świadomość.

Czarny Maciek i wenecki starodruk

Czy nie kusił pana powrót do świata Maćka, Kisiela, Góreckich i Klubu detektywistycznego Herkules, aby napisać czwartą część? A może jest to już dla pana zamknięta historia?

Jeśli UWAŻNIE wczytacie się w zakończenie obecnej trzeciej części przygód Maćka („Czarny Maciek i wieża śmierci”), to z pewnością samodzielnie odpowiecie sobie na to pytanie. Pamiętajcie, że żaden NORMALNY pisarz nie porwie się na to, by stwierdzić: „nigdy nie napiszę dalszej części”.

Na koniec pozwolę sobie zadać pytanie od mojego syna, który również miał okazję przeczytać pana książkę: skąd pomysł na to, by jednymi z bohaterek pana książki były siostry-bliźniaczki? 

Miało to być absolutne zaskoczenie dla czytelników. I mam nadzieję, że tak się stało. Umieszczenie dwóch różnych osób, które wyglądają tak samo (i nie są klonami!!!) daje niesamowite możliwości twórczej kreacji. Nawet Maciek dał się „prawie” oszukać, nieprawdaż?

Przeczytaj fragment książki „Czarny Maciek i wenecki starodruk”

Czarny Maciek i wenecki starodruk

Czarny Maciek i wenecki starodruk - fragment książki

Powieść „Czarny Maciek i wenecki starodruk” Dariusza Rekosza jest już dostępna w sprzedaży.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
2927
4
03.02.2021 11:59

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd