Cyberpunk w świecie samurajów-gladiatorów. „Mrok nad Tokyoramą” Roberta J. Szmidta

LubimyCzytać
30.10.2020

Tak naprawdę nie ma zgody co do tego, jak to się wszystko zaczęło. Wielu za pierwszą powieść cyberpunkową uznaje „Neuromancera” autorstwa Williama Gibsona – którego zresztą większość dzieł zalicza się do tego nurtu. Jednak jako twórcę samego określenia wskazać trzeba Bruce’a Bethke, który w 1983 roku (a więc już rok przed publikacją powieści Gibsona) opublikował opowiadanie właśnie pod tytułem „Cyberpunk”.

Cyberpunk w świecie samurajów-gladiatorów. „Mrok nad Tokyoramą” Roberta J. Szmidta

Początek

Jednak, jeśliby szukać dalej, cofnąć się wstecz, to musimy wspomnieć o jednym z klasycznych twórców science fiction,z tzw. Nowej Fali – Philipie K. Dicku i jego „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” (1962) oraz sławnej ekranizacji tej powieści z 1982 roku – „Łowcy androidów” Ridleya Scotta. I choć Dick nie tworzył cyberpunku sensu stricte, to już Scott w ekranizacji zaserwował cyberpunk w stanie czystym, kreując najbardziej archetypiczną wizję cyberpunkowej metropolii w dziejach popkultury. I to całe dwa lata przed publikacją „Neuromancera”! Nie tylko zresztą o nich warto w tym kontekście wspomnieć, bowiem cała plejada pisarzy sięgała po estetykę zawierającą przynajmniej elementy składowe cyberpunku, choć nie wypełniającą jego definicji gatunkowej w całości.

Ale przecież żaden trend, żadna konwencja nie powstaje z niczego. Wszystko opiera się na podbudowie wcześniejszego dorobku kulturowego, więc oczywistym jest, że i cyberpunk jako taki wyewoluował na gruncie klasycznej SF i na dorobku pisarzy tworzących wcześniej. Gatunkowe granice są płynne, elastyczne, więc i graniczne daty muszą – z założenia – być datami umownymi. A historia cyberpunku akurat składa się w większości z takich – delikatnie ujmując – polemik nt. jego genezy i pochodzenia.

„Tymura stanął na widoku, siląc się na spokój. Zaskoczony szermierz odwrócił głowę. Oczy lśniły mu dziwnie, zbyt dziwnie, i na pewno nie była to kwestia oświetlenia. Ten człowiek oszalał. Postradał zmysły albo nafaszerował się najmocniejszymi stymulatorami. W obu przypadkach nie wróżyło to nic dobrego.

Trzymana pewną ręką katana oddaliła się na moment od twarzy przerażonej Junko.

– Jeśli zrobisz krzywdę pani Ota – odezwał się ponownie Rafał, robiąc krok w kierunku Sakazushimy – klan Takashigami zadba, by nie przeżył nikt, kto jest z tobą choćby daleko spokrewniony”.

„Mrok nad Tokyoramą”, Robert J. Szmidt

Co to jest w ogóle, ten cały „cyberpunk”?

Definicji cyberpunku jest z grubsza tyle, co koncepcji jego powstania. Zwłaszcza, że – jak każdy trendów w obrębie popkultury – nieustannie ewoluuje, szukając odkrywczych form i możliwości artystycznej ekspresji. Pojawiają się nowe elementy, niektóre spychane są na dalszy plan. Coraz to nowi twórcy usiłują odświeżyć konwencję, przetworzyć ją, urozmaicić przekaz, uczynić ją oryginalniejszym, atrakcyjniejszym, bardziej wizjonerskim. Zresztą, to co było futurystyczną wizją technologiczną trzydzieści kilka lat temu, obecnie coraz częściej przenika do rzeczywistości. Staje się rzeczywistością! W ten sam sposób, jak cyberpunk wykształcił się z twórczej ewolucji literatury Nowej Fali Science Fiction (do niej należał właśnie Philip K. Dick, Harlan Ellison, Roger Zelazny – wszyscy uznawani za prekursorów cyberpunku), tak on sam wykreował z czasem nowe, oryginalne odsłony, kolejne oblicza budowane w oparciu o świeże spojrzenie następujących pokoleń twórczych.

Reklama

Najprostszą i najlepszą definicją, którą skłonny jestem podać, jest ta sformułowana przez niemieckiego publicystę i krytyka fantastyki Franza Rottensteinera. Sam Rottensteiner był arcyciekawą postacią, której zasług dla fantastyki nie sposób przemilczeć. Był nie tylko aktywnym redaktorem, tłumaczem klasyki SF na język niemiecki, ale i też propagatorem twórczości Stanisława Lema na rynkach zachodnich. Zakłada się, że sukces Lema w USA pisarz zawdzięcza właśnie Rottensteinerowi.

Jego jednozdaniowe, ujmujące trafnością w swojej prostocie stwierdzenie, że cyberpunk to „high tech & low life” w doskonały sposób obrazuje kluczowe aspekty tego podgatunku fantastyki.

Postęp technologiczny, w znacznym stopniu sięgający po cyborgizację oraz rzeczywistość wirtualną, jest jednym z dominujących w cyberpunkowej estetyce elementów. To, w połączeniu ze skrajnym ubóstwem znaczącej części społeczeństwa, zaludniającego mega-metropolie rozrastające się już nie tyle wstecz, co wzwyż, w wyniku kurczącej się coraz bardziej, dostępnej ludzkości przestrzeni, daje nam ogólny obraz cyberpunkowego świata. Ziemia zazwyczaj w tych obrazach jest dogorywającą pustynią, wyeksploatowaną do cna przez megakorporacje, nastawione jedynie na maksymalizację zysków i utrzymujące przy życiu rzesze zdegradowanych do planktonu społecznego obywateli. Tylko po to, by wciąż posiadać z jednej strony tanią siłę roboczą, utrzymywaną ledwie na poziomie wegetatywnym, z drugiej – docelową grupę konsumencką, która wciąż ma generować popyt i zapewniać zyski. Powszechna bieda, niedostępność bogactwa, zapewniającego przyzwoity poziom życia gdzieś na szczytach – zwykle dosłownych – łańcucha pokarmowego metropolii sprzyja rozwojowi przestępczości, a zarazem społecznej degradacji.

Stąd takie, a nie inne galerie postaci zasiedlających cyberpunkowe światy. To zazwyczaj ludzkie wraki. Życiowi rozbitkowie, jednostki zniszczone, trwające na egzystencjalnej krawędzi. Nie oczekujące już nic, byle odhaczyć kolejny dzień. Bez marzeń, bez złudzeń, bez pragnień – prócz tych najbardziej poślednich ludzkich instynktów.

Kryjący się w mrocznych zaułkach detektywi, ćpuny, oszuści, desperaci. Do tego cyberprzestępcy, pół ludzie-pół maszyny, hakerzy i zorganizowane grupy przestępcze. Cała plejada antybohaterów, wciśnięta w ciasne, brudne, śmierdzące zaułki, zasnute mgłą rozpraszaną przez nieustający blask neonów nawołujących do ucieczki w wirtualny świat, gdzie wszystko jest lepsze, prostsze, łatwiejsze.

Cyberpunkowe światy to przestrzenie pełne anarchii, jednak spalają się szaleńczym, idealistycznym i równie niemożliwym płomieniem, pochłaniając kolejne dusze naiwnych liczących, że mogą coś zmienić, że są zdolni zagrozić rządzącym światem korporacjom.

Cyberpunk nie kreuje realiów przyjaznych. On nie tworzy ich nawet akceptowalnymi. To miejsca odpychające, zdeformowane, napawające lekiem, ale i obrzydzeniem. Mimo całego technologicznego blichtru, który mieszkańcy mają w zasięgu ręki, nie ma tam nic kuszącego, atrakcyjnego, bowiem osadzone jest w środowisku skrajnie antypatycznym. Cyberpunkowe światy to miejsca, gdzie naprawdę nie chcielibyśmy żyć, jeśli nie znaleźlibyśmy się w wąskiej, hermetycznej i starannie odseparowanej od reszty zwyczajnych obywateli kaście władców. A szczerze powiedziawszy, jakie mielibyśmy na to szanse?

Reklama

Najważniejsze powieści w gatunku

Jak wspomniałem na początku, za pierwszą powieść w gatunku uznaje się „Neuromancera” Williama Gibsona, książkę, stanowiącą początek tzw. „Trylogii ciągu”. I dla wielu odbiorców nadal pozostaje ona nie tylko „biblią cyberpunku”, ale i najlepszym, co Gibson napisał w całej swojej karierze.

Z innych, znaczących dla gatunku tytułów, które warto znać, wymieńmy choćby „Schismatrix” Bruce’a Stirlinga – drugiego, po Gibsonie najważniejszego propagatora cyberpunku – „Okablowanych” Waltera Jona Williamsa, „Zamieć” Neala Stephensona czy „Modyfikowany węgiel” Richarda Morgana (spopularyzowany przez serial Netflixa – „Altered Carbon”).

W Polsce cyberpunk literacki także ma się zaskakująco dobrze. By wymienić chociażby (nie będące może czystym cyberpunkiem „Czarne oceany” Jacka Dukaja i już w pełni reprezentantów gatunku: całą serię „Gamedec” Marcina Przybyłka czy „Deus Ex Machina. Człowiek, który zniknął” Kornela Mikołajczyka.

Tak, nadwiślański cyberpunk jest i radzi sobie całkiem dobrze, reprezentując konwencję gatunkową na bardzo szeroki wachlarz sposobów. A do tego wybitnego grona twórców dołącza obecnie Robert J. Szmidt z najnowszą powieścią „Mrok nad Tokyoramą”.

Kim jest Robert J. Szmidt?

Robert J. Szmidt to człowiek orkiestra. Pisarz, tłumacz, redaktor, wydawca. Z licznych tytułów prasowych, za które odpowiadał, warto koniecznie wspomnieć choćby kultowy magazyn „Science Fiction, Fantasy & Horror”, gdzie debiutowała i publikowała znakomita większość współczesnych autorów polskiej fantastyki.

Sam Szmidt jest pisarzem bardzo wszechstronnym, nie trzymającym się jednej, wybranej konwencji gatunkowej. Zaczynał od przebojowego „Toy Land”, później był pastisz conanowskiej fantasy w „Zaklinaczu” i ze wszech miar kultowa „Apokalipsa wg pana Jana” – która doczekała się już kilku wznowień i reedycji. Ma na koncie trzy powieści w ramach „Uniwersum Metro 2033” i znakomity cykl space operowy „Pola dawno zapomnianych bitew”, a także serię powieści grozy z zombie w roli głównej, na którego kartach „uśmiercił” kilkuset fanów w ramach akcji promocyjnej. Zdawać się może, że nie ma dla niego gatunku nieodpowiedniego, bowiem w każdej podjętej literackiej konwencji radzi sobie równie dobrze. To przede wszystkim znakomity gawędziarz, który dzięki bardzo dobrej znajomości klisz gatunkowych i literackich schematów w udatny sposób potrafi kreować nie tylko coraz to nowe światy, ale też osadzone w nich zajmujące opowieści.

„Mrok nad Tokyoramą” – mroczna wizja świata przyszłości

„Mrok nad Tokyoramą” to powieść zdecydowanie powstała na kanwie wzmożonego zainteresowania cyberpunkiem za sprawą przygotowywanej przez CD Projekt Red (twórców kultowej serii gier „Wiedźmin”, inspirowanych serią powieści Andrzeja Sapkowskiego) gry „Cyberpunk 2077”.

Jednak – jak to zwykle w twórczości Szmidta – nie jest to tytuł bezmyślnie przetwarzający ten sam, mocno wyeksploatowany obraz cyberpunkowego świata (co, niestety, stało się udziałem powieści „Cyberpunk. Odrodzenie” Andrzeja Ziemiańskiego), ale wykreowaniem niezwykłej, intrygującej historii, zaimplementowanej do realiów świata cyberpunka.

„Mrok nad Tokyoramą” przywodzi na myśl nieco westernową konwencję, choć osadzony jest w cyberpunkowej odsłonie świata samurajów. Mamy zdesperowanego mściciela, który po utracie tego, co kochał najbardziej poprzysięga krwawą zemstę na oprawcach. Jednak w świecie Tokyoramy – megalopolis rządzonej żelazną ręką przez wszechwładne, rywalizujące ze sobą bezustannie korporacje – nic nie jest jasne i proste. Są maluczcy, na najniższych poziomach miasta i bohaterowie, żywi półbogowie areny, sięgający chmur.

Rozrywką dla mas stały się nowe igrzyska. Areną – szachownice, na których współcześni gladiatorzy toczą śmiertelne pojedynki w grze opartej na połączeniu szachów i sztuk walki.

Rafał Tymura, Polak o japońskich korzeniach, były żołnierz, który w jednej chwili traci wszystko, co było dla niego ważne, tworzy plan, mający umożliwić mu zemstę. Plan szalony, niemożliwy, samobójczy. Ale też plan, jaki z pomocą mitycznej hackerki oraz niebagatelnych umiejętności walki samego Rafała ma szansę się ziścić.

„Tymura pokłonił się z szacunkiem, po czym płynnym ruchem wyjął ostrze z pochwy.

– To klinga, która po zanurzeniu w wodzie górskiego potoku może odciąć szypułkę kwiatu lotosu spływającego swobodnie z nurtem – zaintonował wzniosłym tonem prezenter.

– Więcej powiem, powinna bez najmniejszego problemu przeciąć człowieka od obojczyka aż po pachwinę. – Mówiąc to, Rafał odwrócił się twarzą do sensowizyjnego celebryty.

– Dobyta katana musi zakosztować krwi…”

„Mrok nad Tokyoramą”, Robert J. Szmidt

Robert J. Szmidt

Powieść Szmidta kreuje bardzo interesującą wizję świata, utrzymaną w czysto cyberpunkowej konwencji, jednak ten sztafaż to tylko jeden z elementów misternie nakreślonej konstrukcji. Autor nie skupia się wyłącznie na odmalowaniu scenografii świata przedstawionego. Dla niego liczy się przede wszystkim opowieść. Opowieść wykorzystująca popkulturowe kalki, ale jednak – dzięki temu – znajoma, przyswajalna. W dużej mierze swojska, oparta na klasycznej dysproporcji pomiędzy dobrem i złem i skazanej tylko pozornie na klęskę dobra walkę między nimi. A dodatkowo obudowana arcyciekawym instrumentarium, będącym mieszaniną wątków z „Nocy oczyszczenia”, i „Gladiatora”. Splecionych ze sobą i osadzonych w mrocznym, nieprzyjaznym, stechnicyzowanym świecie przyszłości, wzbogaconym o starannie odmalowany obraz sztuk walki reprezentowany przez społeczność współczesnych samurajów-gladiatorów.

Brak tu wirtualnej rzeczywistości, będącej częstym elementem składowym cyberpunkowych konstrukcji, ale mamy za to znakomicie nakreślony obraz gry – igrzysk, których uczestnicy stają się niejako półbogami, uwielbianymi przez tłum. Ale tak naprawdę pozostają zabawkami, kukiełkami w rękach korporacyjnych oligarchów.

Powieść Szmidta urzeka nie tylko kreacją cyberpunkowego świata, ale też samym pomysłem na historię mściciela przyszłości, którego wendeta pozwala nam odkrywać coraz to nowe, kolejne oblicza megalopolis 2077 roku.

Reklama

„Mrok nad Tokyoramą” to także niejako parafraza naszej rzeczywistości. Brutalniejsza, bardziej przerysowana, komiksowa. Jednak nie tak odległa od realiów naszych czasów, jak byśmy tego pragnęli. Korporacje zastępujące struktury państwowe, zawodnicy sportowi traktowani już nie tylko jak celebryci, ale wręcz nietykalne bożyszcza, wykreowane dla bezgranicznego uwielbienia. Skrajnie niesprawiedliwa dystrybucja dóbr, gdzie garstka u szczytów posiada większość materialnego dorobku ludzkości, podczas gdy cała reszta społeczeństwa musi zadowolić się resztkami z pańskiego stołu. Jak mocno ta wizja różni się od realiów świata, w jakim żyjemy wszyscy? Od naszego status quo?

„Mrok nad Tokyoramą” to powieść o zemście, o desperacji, o niesprawiedliwości i palącym pragnieniu pomszczenia bliskich. To powieść o nadziei, o pragnieniach, o trudzie wytrwania w swoich postanowieniach zamiast ulegnięciu blichtrowi oferowanemu przez otoczenie, w jakim się niespodziewanie znaleźliśmy. To w końcu historia o zatraceniu, posiadająca niejako dwa niezależne od siebie zakończenia, z których drugie jest znacznie bardziej gorzkie, boleśniejsze, niż to pierwsze.

Jeśli lubicie cyberpunk, ale szukacie jego nowych obliczy, pragniecie poznać powieść w tej konwencji, ale odświeżającą, oryginalną i nowatorską, to śmiało – sięgnijcie po „Mrok nad Tokyoramą”. Wierzę, że się nie zawiedziecie.

Mariusz Wojteczek, BadLoopus.pl

Książka jest już do kupienia w księgarniach online

Przeczytaj fragment książki „Mrok nad Tokyoramą”

Mrok nad Tokyoramą

Mrok nad Tokyoramą, fragment


Aktualność sponsorowana

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
1455
69
30.10.2020 16:19

Z jednego jego opowiadania na książkę zamienić brawo :)
Tak na serio mam, ale jest na bardzo długiej liście do przeczytania. Zobaczymy :)


2834
4
30.10.2020 12:29

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd