Bohaterowie o jednej twarzy (albo upupianie „Maski”)

Bartek Czartoryski Bartek Czartoryski
04.12.2021

Jak powszechnie wiemy, sowy nie są tym, czym się wydają. Podobnież żółwie, a przynajmniej te nastoletnie i znające karate.

Bohaterowie o jednej twarzy (albo upupianie „Maski”)

Bo przecież to dopiero popkultura epoki niedzielnej kreskówki telewizyjnej przemieliła undergroundowy komiks autorstwa Kevina Eastmana i Petera Lairda na rzecz przyjazną dzieciakom. Animacja raz a dobrze przysłoniła oryginał i zmieniła ogólne postrzeganie dzieła zrodzonego z zupełnie innych potrzeb i idei. Znacznie popularniejsza adaptacja praktycznie wyparła z fanowskiej świadomości pierwowzór, niejako stopniowo wymuszając na kolejnych seriach komiksowych dostosowanie się do oczekiwanego szablonu.

Ale to nie będzie tekst o „Wojowniczych Żółwiach Ninja”, bynajmniej, choć również zielonego nie zabraknie. Chciałem jedynie przybliżyć pewien rynkowy mechanizm na przykładzie znanym i lubianym, bo zapewniam, że kto, znając jedynie animację sprzed lat albo niedawne, wysokobudżetowe filmy aktorskie, sięgnie po oryginalne przygody przyjaciół z nowojorskiego kanału, ten będzie bardzo, ale to bardzo zaskoczony. I idę o zakład, że cokolwiek podobnie zareagują również i ci, którzy zmierzą się z wydanym ostatnio, opasłym tomiszczem (na dodatek dopiero pierwszym) bez mała legendarnej już, a praktycznie nieznanej u nas „Maski”, stworzonej przez duet Doug Mahnke (rysunki) i John Arcudi (scenariusz).

Reklama

Można protestować, czy aby na pewno nieznanej, bo, jakby nie było, chodzi o ten sam znaleziony przypadkiem antyk, który swojego czasu na zawsze odmienił życie Jima Carreya; dosłownie i metaforycznie. Popularny film z 1994 roku, który odniósł zasłużony sukces komercyjny oraz krytyczny, przekuł do tej pory znany stosunkowo nielicznym, autorski komiks na globalny fenomen. Prędkim pokłosiem tego sukcesu był emitowany przez parę ładnych lat serial animowany oraz całkiem przyzwoita gra na konsolę Super Nintendo, nie licząc innych licencjonowanych bzdur i bzdurek. Z kolei Carrey sięgnął dzięki temu filmowi (i, bądźmy uczciwi, nie tylko temu; był to niezwykle urodzajny okres jego kariery) po sławę dostępną nielicznym.

Z owych adaptacji wyłania się postać niemalże klasycznego superherosa, któremu może i nie idzie w życiu, ale kiedy zakłada kostium, staje się tym, kim zawsze chciałby być, ale albo nie ma na to sił, albo odwagi. Cała historia wygląda mniej więcej tak: niejaki Stanley Ipkiss, idealnie przeciętny gryzipiórek i niedorajda, znajduje starożytną maskę niewiadomego pochodzenia, po której założeniu staje się barwną postacią ze slapstickowej kreskówki. Może niemalże dowolnie naginać rzeczywistość, wyczarowując coś z niczego, nie imają się go kule, sypie żartami i wojuje ze złem jako, no cóż, Maska. Persona Ipkissa (i jego alter ego) jest spójna na płaszczyźnie obu tych dzieł, animowanego i fabularnego, to klasyczny przypadek ilustrujący znane powiedzonko od zera do bohatera, facet, który dzisiaj nie ma nic, a jutro podbije świat.

Dzieciaki się zachwyciły, a rodzice nie musieli się martwić, że ich pociechy obcują z czymś nieodpowiednim (no, może jakieś momenty by się znalazły, ale, hej, mowa o połowie lat dziewięćdziesiątych). I wtedy do domu trafia komiks… Dobra, ten tani dramatyzm nie jest raczej na miejscu, bo kto zachwycał się przed laty rzeczonym filmem, dzisiaj ma lat pewnie z czterdzieści i nie istnieje ryzyko, żeby zniesmaczyło albo oburzyło go (albo ją) to, co tam znajdzie.

Reklama

Lecz skoro od uczucia zaskoczenia zacząłem, to pociągnę tę myśl dalej. Mówiąc bez ogródek: oryginalna, komiksowa „Maska”, na której stronicach, co ciekawe, bodaj nikt nie nazywa Maski Maską, to rzecz ociekająca takoż krwią i flakami, jak i czarnym humorem, pełna iście absurdalnej przemocy i podskórnie niepokojącej beznadziei. Owszem, może i kolorowa, ale na tym podobieństwa z kinowymi i telewizyjnymi adaptacjami zaczynają się i kończą. Aż mnie korci, żeby zdradzić, co dzieje się ze Stanleyem Ipkissem, który, dodajmy, jest zaledwie szeregowym nosicielem maski, jednym z mnóstwa, ale nie wypada. Lecz daleko mu do niedorajdy, który nareszcie pokazuje wszystkim, na co go stać. Ten tutaj wystawia raczej środkowy palec i grozi światu pięścią. Bo w tej „Masce” tajemniczy artefakt to diabelskie narzędzie, które miesza w głowie każdemu, kto założy je na twarz. Nie tylko obdarowuje noszącego fantastycznymi mocami zbieżnymi do tych z filmu i z kreskówki, ale prędko sprowadza nań obłęd. Maska pozbawia swojego gospodarza jakiegokolwiek społecznego hamulca i wypacza jego zachowania, czyniąc doktora Jekylla panem Hyde’em. Komiksowy Ipkiss z początku chce wyłącznie zemścić się na tych, którzy wyrządzili mu krzywdę, lecz, rozkręcając się, staje się socjopatycznym monstrum nierespektującym absolutnie żadnych granic i czerpiącym uciechę z mordu. Potem maskę noszą i inni, ale, nieodmiennie, z tym samym skutkiem.

Pierwsze polskie wydanie „Maski” zawiera trzy oryginalne serie stworzone przez Arcudiego i Mahnke’ego, którzy zaprzęgli swojego antybohatera do roboty pod sam koniec lat osiemdziesiątych. Bazował on co prawda na jeszcze innej postaci, wymyślonej przez Mike’a Richardsona, która, żeby zagmatwać sytuację nieco się bardziej, została przegadana przez niego z Markiem Badgerem, a nieco później przerobiona przez Chrisa Warnera, dlatego ten sukces ma niejednego ojca. Ale to dopiero Arcudi i Mahnke z niedostatecznie wykorzystanego pomysłu zrobili kilkuzeszytowe miniserie, które zainteresowały z kolei Hollywood. A reszta jest historią.

Polskie, zbiorcze wydanie „Maski. Omnibusa” zawiera zeszyty wydane i przed premierą hitu z Carreyem („Maska”, „Powrót Maski”), i te opublikowane już po niej („Maska kontratakuje”), i nawet na przykładzie tych trzech opowieści można się przekonać, jak ogromne znaczenie dla kształtu tej ostatniej miał sukces filmu. Finałowy odcinek trylogii, choć również nie stroni od przemocy i smoliście czarnych treści, jest wyraźnie przefiltrowany przez oczekiwania głównego nurtu. Nie znaczy to, że „Maska” nagle przeszła nieodwracalną transformację i stała się komiksem dla całej rodziny, nic z tych rzeczy, czego dowodzą kolejne odcinki, pisane i rysowane przez innych, z których jeden ukazał się niegdyś i u nas. Chodzi o crossover „Lobo/Maska”, a tam, jak pamiętają pewnie starsi fani, dzieją się rzeczy i niesłychane, i nad wyraz krwawe.

Komercyjna popularność nie uwiązała Maski na postronku, bynajmniej, a mainstream, który zaprosił go do siebie, nie miał pojęcia, na co się pisze. Tak samo jak ten nieświadomy niczego czytelnik, który przyniesie do domu omawiany, kilkusetstronicowy tom.

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Polcia 06.12.2021 09:25
Czytelniczka

Smoked! :D

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Bartek Czartoryski 04.12.2021 10:01
Tłumacz/Redaktor

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd