Black Life Matters. „Washington Black” Esi Edugyan

Bartek Czartoryski
12.08.2020

„To wtedy, jak mi się teraz zdaje, Wielka Kit spokojnie i z miłością postanowiła zabić siebie i mnie”, rysując przy tym wizję pogrobowej egzystencji jako wolnej od bata, kiedy można, ot tak, parafrazując jej słowa, odłożyć łopatę i odejść bez słowa. Lecz na barbadoskiej plantacji trzciny cukrowej odmawia się niewolnikom komfortu nie tylko życia doczesnego.

Black Life Matters. „Washington Black” Esi Edugyan

Washington Black Esi EdugyanNiby już niedługo, bo mamy rok 1830 i niewolnictwo na terytoriach podległych koronie brytyjskiej zostanie niebawem zniesione. Ale całe trzy lata to dla młodziutkiego Washingtona Blacka spory kawał świadomego życia. Od dorosłości, kiedy zasiądzie spisywać swoje przygody, dzieli go jeszcze przeszło drugie tyle. Lecz gdyby nawet miał świadomość tego, że niebawem zrzuci ciasne kajdany, nie byłoby mu lżej. Nie zna bowiem innego świata, nawet dom plantatora górujący nad polami wydaje mu się leżeć poza horyzontem poznania. Chyba tym boleśniej rani koszmar niewolnictwa, że kanadyjska pisarka Esi Edugyan zestawia okropieństwa przymusowej i morderczej pracy przy trzcinie z iście fantastyczną ucieczką chłopaka.

 – Nigdy nie poznamy istoty cudzego cierpienia. – Ale warto czynić wszystko, co w naszej mocy, by nie przykładać do niego ręki.

„Washington Black”, Esi Edugyan

Reklama

Bo gdy na swojego pomagiera mianuje go brat zarządcy plantacji, Christopher „Tyci” Wilde, skryty abolicjonista i entuzjastyczny wynalazca, odleci stamtąd balonem. Co zabawne, dzieciak wybrany zostaje, bo waży tyle, ile dobry balast ważyć powinien. Ale gdy Christopher odkrywa, że Washington to uzdolniony artystycznie chłopak o ogromnej wrażliwości, zawiązuje się między nimi nie tylko nić porozumienia, ale i przyjaźni. Nad karkiem młodego niewolnika zawisa jednak katowski topór i wtedy uciekają razem z plantacji na północ, aby przemierzyć kawał świata niczym Phileas Fogg.

Ku niebiosom

Pierwsza część powieści to niestroniąca od sugestywnej brutalności, pełna przemocy opowieść o dziedziczeniu niewolniczego jarzma z jednej strony, i ukonstytuowanej prawnie znieczulicy na ludzką krzywdę z drugiej. Edugyan, gdy pozwala Washingtonowi odlecieć z Barbadosu, wyrusza z nim ku krainie fantazji, ku dziewiętnastowiecznej powieści przygodowej, pełnej nieprawdopodobnych perypetii. Ale, choć to fikcja, to jednak historyczna, stąd chłopak, gdzie by się nie zjawił, nadal jest albo zbiegiem, albo „tylko” czarnoskórym. Mamy przecież trzecią dekadę dziewiętnastego stulecia, na długo przed wojną secesyjną i jeszcze dłużej przed skutecznym zniesieniem niewolnictwa przez Mauretanię, do czego doszło dopiero kilkanaście lat temu.

 Pojąłem, że można żyć w najróżniejszy sposób i że wyznawanie sztywnego kodeksu wartości jako jedynego słusznego sprawia, że coś tracimy. Wszystko jest dziwaczne i wszystko ma jakąś wartość, a przynajmniej zasługuje na zainteresowanie.

„Washington Black”, Esi Edugyan

Pisarka nie ucieka się do alegorycznego opisu miejsca i czasu, operuje encyklopedycznymi szczegółami. Spora w tym zasługa samego Washingtona, który przepuszcza to, czego jest świadkiem przez oko i ucho człowieka jeszcze nieznającego świata leżącego gdzieś hen za łodygami cukrowej trzciny. Piękna, bogata fraza koresponduje z jego artystycznym duchem, którego nie zdążył z niego wygnać bicz nadzorcy. Lecz, choć „Washington Black” to czysta opowieść o dojrzewaniu, nie jest beztroska, bynajmniej. Bo za narratorem, a zarazem tytułowym bohaterem powieści ciągle podąża cień; ten dosłowny, rzucany przez posłanego za nim tropiciela, oraz metaforyczny, związany ze społecznymi uprzedzeniami. Nawet i Tyci, choć przecież kładzie na szalę także i swoje życie, ratując Washingtona, jest człowiekiem postępowym i światłym, niekiedy wydaje się zorientowany nawet nie tyle na dobrostan harujących na plantacji jego brata ludzi, co na swoje sumienie. Jakby bardziej obawiał się o skazę na białej duszy, wydajając się przy tym naiwnie nieświadomy swojej bierności aż do czasu wspólnej ucieczki. Ale to może cyniczna konkluzja, a Edugyan od cynizmu ucieka. No i nie przez całą książkę chłopcu towarzyszy Tyci.

Reklama

Na lądzie

Ba, zostaje przezeń porzucony i wtedy, jak sam pisze, „stałem się kimś bez tożsamości, żywym trupem, i z każdym miesiącem ten stan się pogłębiał. Nigdzie nie było miejsca dla kogoś takiego jak ja — okaleczonego ciemnoskórego chłopaka z naukowym zacięciem i talentem do rysowania, obawiającego się nawet własnego cienia” (tłum. Bohdan Maliborski). Ale to wówczas, pozbawiony tej istnej ojcowskiej figury, Washington rozpoczyna podroż do samopoznania, odbywając przesycone ciekawością świata podróże, których, jak pisała przy okazji amerykańskiego wydania książki na łamach „New Yorkera” krytyczka literacka Laura Miller, mógłby mu pozazdrościć sam Charles Darwin. Empiryczne spojrzenie chłopaka na tryby mechanizmu rzeczywistości przefiltrowane jest przez radosne zainteresowanie, patrzy nie tylko szkiełkiem, ale i sercem, choć przecież sam jeszcze nie rozumie uczuć, które nim targają.

Washington – czy też, jak go wołają, Wash – nie znosi bezczynności, nie daje się targać podmuchom historii, na tyle, na ile może, staje się panem swojego losu. A przynajmniej sam próbuje się co do tego przekonać, jakby, z perspektywy tych paru lat, chciał zamaskować dawno minione słabości. Może dlatego częstokroć łatwiej mu naukowo analizować zastane, niż myśleć o tym, że przeszłość będzie czyhać tuż za jego plecami, kiedy tylko obejrzy się przez ramię. Bo Edugyan nigdy nie daje zapomnieć czytelnikowi, jaką książkę czyta, że to nie Dickens i nie Verne, nie pozwala, jak celnie podsumowuje Colm Toibin z „New York Timesa”, aby książka „uleciała zbyt wysoko”. Cień, o którym pisałem wcześniej, i o którym mówi sam Washington, wydaje się czekać już na następnej stronicy.

Esi Edugyan

Kolej nadziemna

Reklama

Późniejsze losy Washingtona są niejakim odbiciem wyprawy Christophera, który wypuścił się aż na odległą Arktykę za zaginionym ojcem. Potem chłopak szuka jego, nie do końca pojmując naturę tej relacji, ale przekonując się stopniowo o jej szczerości. „Washington Black” staje się tym samym powieścią drogi w tym samym sensie, w jakim była nią „Kolej podziemna” Colsona Whiteheada, z którą to książką z pewnością dzieło Edugyan nie uniknie porównań.

Ale będą one pozbawione kompleksów. Bo to finalistka nagrody Bookera i Carnegie Medal. A jeszcze niedawno trudno było pisarce znaleźć wydawcę na drugą powieść, „Half-Blood Blues”, zresztą również nominowaną ostatecznie do Bookera. Do trzech razy sztuka? Washington Black na pewno by nie zrezygnował.

Artykuł na podstawie powieści „Washington Black” Esi Edugyan.

Książka jest do kupienia tutaj.

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
733
222
14.08.2020 17:06

BURN LOOT MURDER


267
16
14.08.2020 12:10

No nie, nawet tutaj nie ma spokoju od tematu BLM... Dajcie już z tym spokój, samo nakręcająca się karuzela. Jasne, czarnoskórzy byli niewolnikami, mieli ograniczone prawa, z tym nie ma co polemizować. Natomiast historia pokazuje, że wiele kultur, ras, religii było i jest prześladowanych - dotyczy to również białych np. w RPA "Plaasmoorde" - mordy na białych farmerach....

więcej

589
0
12.08.2020 14:54

"Ale, choć to fikcja, to jednak historyczna, stąd chłopak, gdzie by się nie zjawił, nadal jest albo zbiegiem, albo „tylko” czarnoskórym."

Kosiński walił takie ściemy wcześniej. :)


40
0
12.08.2020 10:30

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd