Ludzie nie czytają książek, które czytają

LubimyCzytać
22.09.2018

Premiera drugiego tomu Viriona jak zawsze w takich przypadkach rodzi pytanie: dlaczego prawie wszyscy, którzy go kupią, tak naprawdę go nie przeczytają. Owszem, przerzucą strony jedna za drugą do samego końca, ich wzrok przesunie się nad każdym słowem, ale…

No właśnie. Uwielbiam spotkania autorskie, bo to tak naprawdę jedyna możliwość bezpośredniego kontaktu z odbiorcami, której nie zastąpi żaden mail, instagram ani forum dyskusyjne. I na tych spotkaniach wielokrotnie przekonuję się, że ludzie co prawda jakieś książki czytają, ale z całą pewnością nie moje. Po co więc przychodzą na spotkanie ze mną?

Hm... Zapytani twierdzą coś dokładnie przeciwnego. I owszem, po krótkiej rozmowie mogę już stwierdzić, że zgadza się tytuł książki, w większości zgadzają się imiona bohaterów, a także czasem zgadzają się nam ważniejsze wydarzenia. Ale to już nigdy nie do końca.

Przykładem może być choćby fala listów, w których czytelnicy pytali, jaki jest sens pisać o przygodach Viriona, człowieka, którego sromotny koniec opisałem w Achai ze szczegółami. Długo przecierałem oczy ze zdumienia. A potem napisałem tekst wyjaśniający, w którym prawie słowem honoru musiałem świadczyć, że nigdy Viriona nie zabiłem. Takiej sceny NA PEWNO w Achai nie ma. Trylogia kończy się, a on żyje i ma się dobrze.

To nie pierwszy taki przypadek. Kiedyś odbyłem wielomiesięczną dyskusję na jakimś forum dotyczącą „Bomby Heisenberga”. Główną osią dyskusji był problem, czy opisana w tekście trzystumilimetrowa samobieżna armata mogłaby naprawdę istnieć. Czy też przewracałaby się po oddaniu strzału, grzęzła w piasku, spadała z mostu. Posty mnożyły się i mnożyły, aż wreszcie zniecierpliwiony poziomem absurdu pewien kolega napisał: przecież ta armata głównemu bohaterowi tylko się śniła. Pytanie trzeba by więc zadać inaczej: czy komuś może się śnić trzystumilimetrowa samobieżna armata?

Oczywiście wszystko, o czym teraz piszę, dotyczy także mnie. Pamiętam, jak przed laty pewien kolega zapytał, czy nie poleciłbym mu czegoś do czytania. Akurat byłem po lekturze Wodnikowego wzgórza Adamsa, a on, chcąc zyskać pewność, że i jemu się spodoba, poprosił, żebym mu rzecz streścił. Zadośćuczyniłem prośbie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku dniach kolega wrócił do tematu. Książkę już przeczytał, ale nie mógł się pogodzić z jedną rzeczą. Nawet i fajna powieść – powiedział. – Ale nie ma w niej ani jednej rzeczy z tych, które mi opowiedziałeś w streszczeniu!.

To mnie zaciekawiło. Czyżbym naprawdę nie czytał książek, tylko wymyślał sobie na ich podstawie własne wersje? Coś jest na rzeczy, bo przecież ilekroć oglądam film, który poprzednio widziałem kilkanaście lat temu, to zawsze mam wrażenie, że podstawiono mi jakąś inną wersję. Inaczej zmontowaną, z dodanymi scenami, których wcześniej nie było, ale przede wszystkim z usuniętymi kluczowymi momentami, które przecież pamiętam.

Doskonale wiem, że istnieją wersje reżyserskie filmów, specjalne dla telewizji czy hardcore’owe dla maniaków, ale tu nie o to chodzi. Nic z tych rzeczy. Zresztą książki generalnie mają tylko jedną wersję. Jaki więc mechanizm rządzi tym, że w umysłach czytelników pozostają rzeczy, których sam autor nigdy nie napisał?

Być może chodzi tu o właściwość naszego mózgu. Obliczono kiedyś, że przeciętny człowiek jest w stanie skupić się na odbiorze tekstu mówionego przez osiemnaście minut. Słowo drukowane pozwala na skupienie przez pięć minut, a to samo w wersji elektronicznej trwa jedynie dwie i pół minuty. Zawsze kiedy to mówię, podnoszą się głosy oburzenia: jak to? Ja przecież potrafię czytać przez dwanaście godzin! To ekstremum, oczywiście. Z reguły jednak ludzie mówią o dwóch, trzech godzinach skupienia nad książką. Według naukowców jednak to absolutnie niemożliwe. Może więc czytamy z uwagą tylko na początku, a potem odlatujemy do krainy własnej fantazji, podsycanej jedynie dostrzeżonymi przypadkiem fragmentami akcji, które wymyślił autor?

Coś jest na rzeczy. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałem Erystykę, czyli sztukę prowadzenia sporów Schopenhauera. Autor nie pozostawił tam cienia wątpliwości co do tego, jak odbierana będzie przez słuchaczy jakakolwiek dyskusja. Radził nie używać żadnych argumentów, bo ludzie albo nie zrozumieją, albo nie zapamiętają. Receptą na sukces w rozmowie, na „wygraną”, jest ciągłe powtarzanie tego samego, aż do bólu. Nie argumentacja, nie światłe wywody, tylko powtarzanie swojego do upadłego. Upraszczam oczywiście, ale warto sięgnąć do tej książki.

Dowodem na to wydają się trzy prawa Stanisława Lema. Przypomnę w skrócie:

1. Nikt niczego nie czyta

2. Jeśli czyta, to nie rozumie

3. Jeśli rozumie, to zaraz zapomni.

Wydaje się to kpiną ze współczesnych czytelników, ale wcale nią nie jest. Trudno jednak pogodzić się z myślą, że się niewiele pamięta, a i to przecież nie z akcji książki, a jedynie z własnego wyobrażenia o niej. Umysł nie znosi pustki. Jeżeli coś nam umknęło w treści dzieła, to nasz mózg sam błyskawicznie wypełni brakujące fragmenty własnymi wymysłami. Całość musi być spójna.

Dlaczego więc ludzie nie czytają książek, które czytają? Z powodu sporych ograniczeń w możliwości percepcji? Potraktujmy rzecz optymistycznie: każdy czytelnik, czytając, tworzy własną książkę na podstawie zauważonych wątków. Każdy więc jest jej twórcą.

Ale przy okazji warto pamiętać, że w dyskusji o książkach nie rozmawiamy o konkretnych powieściach, a jedynie o indywidualnych wyobrażeniach na ich temat. I w dodatku każdy ma inną wariację.

http://ziemianski.com.pl

Instagram: a_ziemianski

Reklama

komentarze [59]

Sortuj:
1373
17
27.09.2018 01:04

W Waszych wypowiedziach poruszane są bardzo różne kwestie, różne rodzaje czytania i pamiętania nie tego, co autor pisał: co próbował napisać i co zostało napisane.
Te bardziej banalne to powszechne niestety czytanie z niezrozumieniem, wynikające z licznych przyczyn, w tym z ograniczeń umysłowych czytającego, a także z pośpiechu, rozkojarzenia, szybkiego przelatywania tekstu...

więcej

0
1148
konto usunięte
26.09.2018 10:38

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


0
0
25.09.2018 07:32

Czasem mam nawet wrażenie, że ludzie nie słuchają ze zrozumieniem, a co dopiero czytanie!


19
4
24.09.2018 14:57

Prawda. Skoro świadkowie wypadków przysięgają, że facet miał zieloną kurtkę, a nie niebieską, to co dopiero wspomnienie przeczytanej książki. Ludzie zapamiętują zdarzenia inaczej - w zależności od tego co dla kogo jest ważne. Pamięć wybiórcza jest, fabuła wspomnień raz po raz ulega zmianie w zależności od naszego nastroju, przeżyć czy sugestii...


10
0
24.09.2018 12:35

A ja się zgodzę. To samo powtarza Tomasz Raczek: „To, co widzimy na ekranie, to tylko 50 % filmu. Reszta to projekcja w naszej głowie i dyskusja po obejrzeniu”.


0
0
07.12.2018 00:51

Filmy a ksiazki, to jednak dwie rozne rzeczy. Poza tym w przypadku filmow bardzo czesto jest tak, ze to nie widzowie, ale tworcy nie pamietaja tego co stworzyli. Widzowie staja sie fanami, analizuja, sprawdzaja, ogladaja dokladniej i pamietaja szczegoly, ktore juz dawno wylecialy z pamieci aktora, rezysera, scenarzysty albo nawet nie mieli pojecia, ze cos takiego tam jest....

więcej

734
15
24.09.2018 11:43

Mi się też jeszcze nie zdarzyło, żebym pamiętał sceny, których nie ma.

Owszem, dość szybko zapominam treść książek czy filmów, pamiętając jedynie głównych bohaterów, zarys fabuły oraz to w jakim stopniu dzieło mi się podobało. A przy powtórnym czytaniu/oglądaniu większość scen jest dla mnie nowa (ale tylko w sensie, że ich kompletnie nie pamiętam).
Natomiast jeszcze nigdy...

więcej

3408
179
24.09.2018 11:12

Coś w tym jest. Czytam teraz HEL3 Grzędowicza. Oczywiście, przed lekturą przeczytałem opinie czytelników na lubimyczytac.pl... I mam wrażenie, ze niektórzy czytali zupełnie inną książkę :) Są opie, że w HEL3 praktycznie nie ma sf (niby gdzieś tam na końcu kiedy akcja przenosi się w kosmos). Kiedy mnie już od pierwszych stron uderzyły technologiczne sensacje.

Co za życie :)


1373
17
25.09.2018 12:09

Wiesz, są czytelnicy, którzy gatunki odróżniają tylko po dekoracjach, tacy, dla których wyznacznikiem SF są "Gwiezdne wojny", bo dzieją się w kosmosie, ale już "Rok 1984" w ogóle SF nie jest, bo tam wszystko całkiem możliwe, to przecież tylko komentarz do rzeczywistości państw totalitarnych, a Verne pisał zwyczajne przygodówki, o fantastyce mowy być nie może, bo przecież...

więcej

473
145
24.09.2018 10:11

Mi Achaja się nie spodobała mimo iż ogólnie lubię fantasy jak i wszelkie książki takie mocniejsze i krawsze. Ale zmęczyły mnie dziury w fabule jak i ogólna miałkość historii w niej zawarta.


574
5
23.09.2018 23:45

Mnie to się nie zdarza. Po przeczytaniu książki / obejrzeniu filmu pamiętam co najmniej zarys fabuły i kluczowe fakty. Mogę pomylić drugoplanowe postaci i poboczne wątki, czy zapomnieć o niektórych scenach, ale jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby wersja którą pamiętam i wersja właściwa przeczytana/obejrzana ponownie po jakimś czasie drastycznie się różniła. Chociaż, z tego...

więcej

601
4
23.09.2018 16:11

Jeśli chodzi o zmiany w fabule (jak przeczytałam w jednym z komentarzy) to słyszę o tym pierwszy raz, bo nie wiem jak można pamiętać sceny, które w ogóle nie wystąpiły. A poza tym uważam, że każdy lubi i zwraca uwagę na coś innego, tak samo w książkach, dlatego może zupełnie inaczej interpretować treść i stąd mogą wynikać różnice. Nikt nie jest wstanie tak do końca...

więcej

zgłoś błąd