Fani to ludzie z pasją Relacja z Pyrkonu 2018

Tomasz Pindel
23.05.2018

Najpierw istotne wyjaśnienie: to był mój pierwszy Pyrkon. Bywałem w życiu na różnych festiwalach, także na (nielicznych) konwentach, ale nie jestem kimś, o kim można by powiedzieć „fan” czy „członek fandomu”. Przyjechałem na Pyrkon zwabiony sławą tej imprezy, ale nade wszystko by dokonać – przepraszam za wyrażenie – „obserwacji uczestniczącej”. Byłem więc jak „prawie-obcy w zasadniczo-jednak-obcym kraju”. Dlatego jeśli jesteś starym bywalcem, może nawet jednym z tych, co to pamiętają tę imprezę jeszcze jako lokalny konwent odbywający się w szkole podstawowej, przeczytasz pewnie tę relację z uśmieszkiem pobłażania; ale jeśli na Pyrkonie nigdy jeszcze nie byłeś/aś – to jest to tekst właśnie dla ciebie.

Piątek, 18 maja

Już z tramwaju dostrzegam nieomylne oznaki, że zbliżam się do celu: chodnikami maszerują niewielkie na razie grupki młodzieży, z której część ubrana jest raczej zwyczajnie, ale coraz częściej dostrzegam barwne peruki, falbaniaste sukienki rodem z anime czy epatujące mocnymi kolorami kostiumy Avengersów et consortes. Na zielone światło na pasach czekam obok Indianki i dwóch dziewcząt w słowiańskich wiankach, wyprzedza nas Asteriks – trochę za wysoki, ale wąs prima sort – a za nim chłopak w muchomorkowatym kapeluszu i żółciutki Pikachu z tabliczką „free hugs”. Idzie nas prawdziwy tłum, ale wymiana biletów z przedsprzedaży na identyfikatory przebiega bardzo sprawnie, gżdacze (wolontariuszowska obsługa imprezy) nawołują, gdzie podejść i żeby przechodzić dalej. Wkraczam na teren festiwalu, obok mnie chłopak w czarnym tiszercie nabiera powietrza i wyrzuca z siebie „Jest przestrzeń, czuję się dobrze!”, wyrażając ewidentnie nie tylko swoje uczucia. Jedni się witają, inni zdzwaniają, jeszcze inni robią fotki, ale największa grupa uważnie studiuje program i dyskutuje, na co się wybrać.

Skręcam w stronę hal noclegowych. Wygląda to dość imponująco, ogromne przestrzenie, ale właściwie jest już pełno. Podłoga zasłana karimatami i dmuchanymi materacami, wyglądałoby to post-katastroficznie, gdyby nie fakt, że spora część koczowników ma na sobie przebrania i kostiumy: Harley Quinn poprawia makijaż jeszcze nie do końca przebranemu Jokerowi, mangowy chłopiec psika sobie lakierem na włosy, a wojowniczka mocuje się z jakąś sprzączką w zbroi.

Przechodzę przez dziedziniec, do strzelnicy niewielka kolejka, ale im bliżej strefy gastronomicznej, tym gęściej. „Mam nadzieję, że w gastro jest alko!”, nerwowo powtarza chłopak z plecakiem. „Jezu, ale gorąco…”, sapie dziewczyna w rogatym hełmie na głowie i z pancernymi rękawicami na obu rękach. „O szlag!”, przeklina, całkiem subtelnie, jedi, któremu miecz świetlny stacza się ze stolika. Przez jeszcze o tej porze wcale nie tak tłoczną halę 4 (tę gastronomiczną) przechodzę do hali 5, czyli Krainy Wystawców. To raj – albo piekło (zależy od zasobów gotówki) – dla ludzi o słabości do gadżetów. Można tu dostać tak oczywiste rzeczy, jak książki, komiksy, gry planszowe i koszulki, ale mijam także stoiska z azjatyckimi słodyczami i zakąskami o jaskrawych opakowaniach i nietuzinkowych (jak mniemam) smakach, oraz całą masę niewielkich stanowisk z różnej maści rękodziełem: można nabyć rysunki, ekstrawaganckie szydełkowane czapki, figurki, akcesoria rycerskie, mydełka z Harrym Potterem i wiedźminem, a nawet kolorowe czaszki ptaków.

Dalej jest Pawilon Gier Elektronicznych, gdzie oprócz pochłoniętych rozgrywką graczy mijam grupki skaczące w rytm tanecznego karaoke i widzę konkurs na trzymanie na czas miecza w wyprostowanej ręce: chłopak w koszulce z Punisherem deklasuje konkurencję. Potem nawiedzam salę z figurkami, modelami, zbrojami i kostiumami, gdzie kilkanaście osób w skupieniu pokrywa farbą precyzyjne odlewy postaci i dalej przechodzę do sąsiedniej hali gier planszowych, w której wypożyczyć można jedną z wielu dostępnych tu planszówek i grać do upadłego. Wkraczam do Fantasium Suburbium, którym władają grupy rekonstrukcyjne, zapraszający do nauki walki rycerze i dość groźnie wyglądający steampunkowcy/postapo (sprawiają wrażenie jak Mistrz z powieści Marcina Świetlickiego – w nastroju nieprzysiadalnym). Dalej jest strefa inicjatyw fantastycznych, na której prezentują się kluby i stowarzyszenia, tu można się dowiedzieć, kto w twojej okolicy prowadzi fantastyczną działalność.

Kiedy docieram do budynku numer 15, w którym odbywa się większość prelekcji i spotkań, zaczyna zapadać zmrok. Pierwszy dzień zszedł mi zasadniczo na oglądaniu tego, co tu się pokazuje, ale nade wszystko ludzi: kolorowego tłumu, który przybywa tu motywowany różnymi zainteresowania – fan serialu Gotham może nie dzielić żadnych zainteresowań z miłośnikiem RPG-ów czy LARP-ów – a jednak wykazuje pewne zachowania wspólnotowe. „To nie jest już moje plemię”, mówi bywalec Pykonów, bardziej moje pokolenie niż dominującej tu młodzieży, „ale większość rzeczy wciąż ogarniam”. Po czym dodaje, że kiedy w pracy powiedziano mu, że z wolnym na pyrkonowy piątek może być problem, powiedział, że jak mu nie dadzą, to się zwolni. Mam wrażenie, że to wcale nie był żart.

Sobota, 19 maja

Dziś zanurzam się w świat prelekcji i spotkań. Oferta jest ogromna, wyświechtana fraza „dla każdego coś dobrego” znajduje tu w pełni uzasadnienie. Panele podzielone są na bloki: literacki, komiksowy, serialowy, naukowy i inne, jest seria wykładów dla zupełnych laików, są warsztaty dla graczy i konkursy dla kinomanów, spotkania o charakterze szkoleniowym i ze znanymi postaciami. Ale by się dostać na dane spotkanie, trzeba stosować strategię i planowanie: w salach często nie mieszczą się wszyscy chętni, jeśli nie dokonałeś rezerwacji, możesz się nie zmieścić, trzeba odpowiednio wcześniej zająć kolejkę. Wślizguję się na spotkanie miłośników seriali z uniwersum DC, prelegent dialoguje z publicznością, co się komu w którym sezonie podoba lub nie (jak on zapamiętuje, co-kto-i-w-którym-odcinku?!, i kiedy to wszystko ogląda?), nie załapuję się na panel o tłumaczeniach (tego się nie spodziewałem!), podsłuchuję konkurs z wiedzy filmowej – akurat trafiam na rozpoznawanie motywów muzycznych – i przez chwilę przyglądam się debacie o plusach i minusach grania inmersyjnego. Później jeszcze wysłucham prezentacji botanicznej (dowiem się, że wyrażenie „lepszy rydz niż nic” wcale nie nawiązuje do grzyba, tylko do pewnej rośliny używanej jako omasta), spekulacji na temat dalszego ciągu cyklu George’a R. R. Martina czy opowieści o biografii Merlina. Rozrzut tematyczny jest ogromny, a tym, co łączy te wszystkie prelekcje, jest aktywna publiczność, wyraźnie zorientowana w temacie. Kojarzycie tę typową sytuację na spotkaniu literackim, kiedy moderator zaprasza do zadawania pytań i zapada głucha cisza? Otóż tu czegoś takiego nie widziałem. (Także dlatego, że rygorystycznie przestrzega się ram czasowych i większość wystąpień kończy się równo po 45 minutach).

Nie jest łatwo, ale udaje mi się załapać na spotkanie z Jakubem Ćwiekiem poświęcone spełnianiu fanowskich marzeń. Znałem Ćwieka jako pisarza. Tu zdaję sobie sprawę, że to prawdziwa gwiazda. Spotkanie to ma charakter poprowadzonego na luzie i z wielką swadą szkolenia-coachingu, do czego zresztą prelegent humorystycznie nawiązuje. „Jakie macie marzenia?”, pyta Ćwiek salę. Zgłasza się dziewczyna siedząca tuż przede mną: „Chciałabym spotkać Toma Hiddlestona”. (Nerwowo sprawdzam na komórce kto to.) Odpowiedź Ćwieka pełna jest anegdot i osobistych historii, zaśmiewamy się co chwila (kontakt z publicznością na poziomie gwiazdy rocka, bez dwóch zdań; przy czym rockmani mają łatwiej, bo prawie nie mówią), ale wyłania się z tego poważne przesłanie. Jak osiągnąć taki cel? Przygotować się, zaplanować, zbudować sieć kontaktów. „Przy spełnianiu marzeń potrzeby jest łut szczęścia, ale musisz być gotowa, żeby go wykorzystać”, mówi Ćwiek. „Nic nie zrobicie sami. Potrzebujecie ludzi, z którymi dzielicie pasję. A fani to ludzie z pasją”. Znamienne jest to, że Ćwiek – znany pisarz i w ogóle gwiazda, jak się rzekło – ustawia się w tej rozmowie jako fan właśnie: jest tam, gdzie te dwieście zebranych na sali osób, przemawia do nich, jak jeden z nich, jako członek tej społeczności, a nie pozostający gdzieś nad nią celebryta.

Ćwieka zobaczę potem jeszcze raz: jako konferansjera podczas Maskarady. To gwóźdź programu, wielki konkurs, podczas którego wybiera się najlepsze cosplaye. Show trwa trzy godziny – kolejka stała już od rana, ja oglądam transmisję na telebimie, wraz z tłumem takich jak ja, którzy nie dostali się do środka – i podziwiamy wychodzących w seriach po pięć uczestników tegorocznej edycji. Król Foltest z sagi o wiedźminie, masywny robot (mech) z Fallouta, Śnieżka i Zła Królowa z "Once Upon a Time", wciąż wychodzą następni i odgrywają krótkie scenki. Dwie ekspertki (oczywiście w kostiumach) komentują występy i zwracają naszą uwagę na użyte techniki. Nigdy bym nie pomyślał, że spędzę na tym trawniku tyle czasu i będę z otwartą gębą patrzył na taki pokaz. A to naprawdę robi wrażenie. „Pamiętam, że parę lat temu jeszcze zdarzały się takie trochę amatorskie te stroje”, zauważa chłopak obok. „Ale teraz to już pełna profeska”.

Niedziela, 20 maja

W sobotę siedziałem na Pyrkonie do późna – jak dla kogo, gracze z sekcji gier zdaje się grali non stop. W ostatni dzień znów kręcę się tu i tam, przyglądam się ludziom, zagaduję. Bogactwo oferty to jedno, ale jest coś głęboko wciągającego w tej atmosferze, pozytywna energia tłumu, który przyszedł tu motywowany swoimi zainteresowaniami. Ciekawie jest zobaczyć tak wielu ludzi tak intensywnie realizujących swoje kulturowe potrzeby. Socjologiczne obserwacje współczesności bywają zwykle mocno nasiąknięte pesymizmem – tego rodzaju miejsce może natchnąć zgoła innymi emocjami.

Chodzę, oglądam, robię notatki. W pewnym momencie docieram pod salę komiksową, na której zaczęło się już spotkanie z Bedu, autorem jednego z najukochańszych komiksów mojego dzieciństwa – serii Hugo. Wchodzę, sala pustawa. Ale jest nas tam kilkanaście osób, paru takich jak ja – starych wielbicieli – i paru takich, którzy Hugo poznali dopiero teraz za sprawą wznowienia. Pochłania mnie spotkanie z komiksowym bożyszczem, słucham rozmowy, zadaję pytanie, a potem pędzę na stoisko kupić to nowe zbiorcze wydanie (i co z tego, że mam wszystkie tomy z pierwszej edycji?) i staję w kolejce po autograf. Po dwóch godzinach mam piękny ołówkowy portret Hugo, z dumą rozsyłam zdjęcie po znajomych.

Nie jestem już obserwatorem. Nie jestem obcym w obcym kraju.

Jestem fanem.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

105
12
23.05.2018 15:41

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd