Najlepsze, co może usłyszeć pisarz

Tomasz Pindel
25.05.2017

Lśnij, morze Edenu – powieść, która wywołała w Hiszpanii sensację. Historia grupy rozbitków, którzy w wyniku lotniczej katastrofy trafiają na tropikalną wyspę i z czasem odkrywają, że dzieją się na niej dziwne, bardzo dziwne rzeczy. Z jej autorem Andrésem Ibañezem podczas Warszawskich Targów Książki rozmawiał Tomasz Pindel.

Tomasz Pindel: Na wielki stół pośrodku pokoju, a może po prostu na podłogę, wyłożył wszystko, co lubi: stare wydania przygodowych powieści Verne’a, komiksy z serii „Strażnicy. The Watchmen” i może też Tintina, kompletną edycję prozy i poezji Roberta Bolaño, „Władcę much” Goldinga – ale może też „Orkan na Jamajce” Hughesa, pojedyncze powieści Pynchona i Salingera, jakąś prozę japońską, możliwe, że Murakamiego, ale też sporo DVD z japońskim kinem, wszystkie sezony „Lost”, na pewno jakieś horrory, w tym jeden typu gore, „Niebiańską plażę” z Di Caprio, albo jej powieściowy oryginał, jakąś non-fiction o przemocy w Meksyku, dawną literaturę podróżniczą z wypraw do egzotycznych krajów, opowiadania Cortázara i zapiski albo dzienniki Che Guevary, jeszcze trochę amerykańskiej powieści akademickiej, może też „Nowy wspaniały świat” Huxleya, i na koniec „Maga” Fowlesa. Potem spojrzał na to i powiedział: „No, to teraz upichcimy coś własnego”. Tak w trakcie lektury „Lśnij, morze Edenu” wyobrażałem sobie, jak Andrés Ibañez zabierał się do pisania tej powieści. Zapytałem go, jak to naprawdę wyglądało.

Andrés Ibáñez: Ta powieść wyrosła z wszystkiego, co przeczytałem, ze wszystkich komiksów, które oglądałem, ze wszystkich filmów, które widziałem, ze wszystkich rzeczy, które mi się przydarzyły, ze wszystkich krajów, w których mieszkałem – ona wzięła się z bardzo wielu źródeł. Czasami zdarza mi się powiedzieć, że książka ta wzięła się z tego czy owego, ale zaraz zdaję sobie sprawę, że pomijam w ten sposób masę istotnych źródeł.

Ona mieści też w sobie coś jakby moją osobistą geografię. W tej powieści pojawiają się ważne dla mnie kraje, czyli Hiszpania, w której się urodziłem, któż to może wiedzieć dlaczego – często się nad tym zastanawiałem i wciąż się zastanawiam…

No tak, takie rzeczy się zdarzają…

Ano zdarzają, na dobre i na złe, tyle że to jest coś, czego zwykle nie da się pojąć. Jednym z moich życiowych problemów jest to, że cięgle próbuję zrozumieć czym jest Hiszpania, ale jak na razie mi się nie udaje.

Inne kraje to Stany Zjednoczone, mieszkałem w Nowym Jorku, choć niektórzy mówią, że to wcale nie są Stany, Indie – też bardzo dla mnie ważne – oraz Meksyk. W powieści pojawia się jeszcze Japonia, tyle że tam to nigdy nie mieszkałem.

Ta powieść wzięła się także z pewnego osobistego kryzysu, nagle okazało się, że w nic już nie można wierzyć, wszystko się waliło i psuło – więc pomyślałem: To może poddajmy wszystko pod osąd, zobaczmy, w co można wierzyć, kiedy nie wierzy się już w nic. No i także ważnym impulsem był serial „Lost”, co niektórych strasznie irytuje, mówią: Jak to możliwe, żeby powieść czerpała z serialu telewizyjnego…

Dla mnie pierwszym i natychmiastowym skojarzeniem było pisarstwo Juliusza Verne’a, przede wszystkim „Tajemnicza wyspa”…

Tajemnicza wyspa tak bardzo podobała mi się w dzieciństwie, że kiedy ją wtedy czytałem, rysowałem mapę i starałem się nanieść na nią wszystko, co Verne opisuje. Uwielbiałem książki Verne’a. W dzieciństwie strasznie dużo czytałem, przede wszystkim Verne’a, Salgariego, Jacka Londona – to był mój ulubiony autor, przede wszystkim London z „Opowieści z mórz południowych”. W mojej powieści chciałem właśnie odtworzyć to wrażenie, jakie się ma podczas czytania w dzieciństwie, kiedy czytasz z prawdziwą pasją i nie możesz się doczekać, co będzie dalej, całkowicie zanurzasz się w książce – taką powieść chciałem napisać.

Ale o co w ogóle chodzi z tymi bezludnymi wyspami? Dlaczego tak nas fascynują?

Nie mam pojęcia. Nie wiem. Tych wysp wszędzie jest pełno. Już taki „Robinson Crusoe”, ale także „Burza” Shakespeare’a, z którą moja powieść ma wiele wspólnego. Ja uwielbiam powieści o bezludnych wyspach. Jest taka książka Adolfa Bioy Casaresa „Wynalazek Morela”, która także jest jednym z fundamentów mojej powieści, tak samo jak serialu „Lost”. Może chodzi o to, że bezludna wyspa należy tylko do tego jednego człowieka: jeśli jestem jedyną istotą ludzką na takim lądzie, to jest to świat stworzony na moją miarę. Tak się dzieje chociażby z Robinsonem. Ciekawe jest to, że musisz sam zrobić sobie stół czy krzesło… Powieść Defoe także była dla mnie bardzo ważna, przez kwestię techniki właśnie – to, że musisz wykonywać różne przedmioty, uczyć się pracy z wszelkimi materiałami, jak się ścina drzewo, jak się robi węzły, te wszystkie rzeczy zawsze bardzo mnie ciekawiły.

Ale paradoksalnie te bezludne wyspy szybko stają się ludne, bohater – acz w pańskiej powieści jest ich od razu cała grupa – przestaje być sam. Trochę jakby ten mit samotności wymykał nam się z rąk…

Tak, prawie wszystko w życiu wymyka się nam z rąk. Pierwsza książka, którą napisałem w wieku szesnastu lat, opowiadała właśnie o wyspie. Nosiła tytuł „Magiczna wyspa Armindy… Trochę czytałem na ten temat. Psychoanaliza twierdzi, że wyspa symbolizuje ego na morzu nieświadomości. Tyle że kiedy człowiek przygląda się swojemu „ja”, okazuje się, że to wcale nie jest coś pojedynczego, tylko kryje się w nim wiele osób, wręcz cały tłum. To spotkało Carla Gustava Junga: zaczął badać samego siebie, zagłębił się w swoją osobowość i nagle odkrył różne osoby, pejzaże i coraz więcej postaci… I rzeczywiście, bezludne wyspy ostatecznie zapełniają się wszelkiej maści istotami i postaciami, ale może to wszystko po prostu jest w nas.

Lśnij, morze Edenu to gigantyczna powieść, z całą masą postaci, wątków… Jak wyglądała praca nad tak obszernym materiałem? Wedle precyzyjnego planu czy mniej więcej na oślep?

Trochę tak, trochę tak. Na początku miałem plan, rzecz w tym, że ja sobie mogę taki plan mieć, ale powieść i tak robi, co chce. Nagle postać podejmuje jakąś decyzję i muszę za nią podążać. Nie da się wszystkiego zaplanować, bo książka zaczyna żyć własnym życiem.

Chciałem wprowadzić do tej książki bardzo dużo różnych postaci – jak najwięcej, z rożnych krajów, różnych zawodów i wyznań, więc zrobiłem sobie do nich wszystkich notatki. W całej powieści pojawia się jakieś sto pięćdziesiąt postaci, a dobrze rozwiniętych może z sześćdziesiąt. Wymyśliłem wiele osób i wiele biografii, niektóre z nich nadal we mnie żyją, pamiętam o nich, myślę, a niektóre nawet nie pojawiają się w książce. Na przykład jeden sędzia z Indii, którego historia ostatecznie nie zmieściła się w powieści, choć ją napisałem.

Chodziło mi o to, żeby dać dużo Hiszpanów, Latynosów, także Hindusów – bo samolot leci przecież do Indii – i zrobić z nich taką reprezentację całego świata.

Pisarze często mówią, że książka czy postać ich zaskoczyła… To się naprawdę zdarza?

To bardzo zależy od tego, jaką się ma metodę pisania. Dla mnie najbardziej niepojętą jest ta stosowana przez Nabokova: układał całe dzieło w głowie, a potem zapisywał je na fiszkach, zupełnie nie po kolei. Mówił: Teraz napiszę stronę 235, a teraz stronę 123. Potem to wszystko scalał i wychodziła mu kompletna powieść. Dla mnie to zupełnie niemożliwe, bo książka to organizm, jak roślina, a roślina przecież się dostosowuje: jak napotyka kamień, to go omija, a jak słońce świeci z lewej strony, to skręca w lewo. Trochę się nadużywa tego stwierdzenia, że książka zaskakuje autora, ale mnie zaskakiwała… Niektóre postaci doprowadzały mnie nawet do płaczu! Bo mam na przykład postać, z którą nie wiem, co zrobić, i nagle odkrywam, jaką przeżyła tragedię, a ja o tym wcześniej nie miałem pojęcia. Bo postaci z książki to istoty żyjące w naszym wnętrzu, są jak bogowie, jak zwierzęta. Zwierzęta żyją na naszej planecie, bo istnieje tu biologiczna różnorodność, ale dla nas stanowią jakby wewnętrzne siły. I postaci to są takie właśnie wewnętrzne siły tkwiące w nas samych. Więc kiedy człowiek budzi w sobie taką siłę – to może być zabójca, albo mistyk, albo gwiazda telewizyjna, albo dziecko – kiedy to coś się budzi, nabiera żywotności i podejmuje własne decyzje.

A gdyby miał pan wskazać trzy ulubione postaci z tej powieści, to byliby to…? Zostawmy może na boku Juana Barbarína, jako główny bohater i narrator i tak ma fory…

Trzy ulubione postaci… Hmmm, lubię je wszystkie. Najbliższy mi z wszystkich jest Wade, który wprawdzie nie jest głównym bohaterem, ale to w sumie centralna postać książki. Bardzo go lubię, postrzegam go jako swoistego brata, którego nigdy nie miałem, amerykańskiego brata. On symbolizuje ducha wiatru, tę amerykańską przestrzeń – bo to jest charakterystyczne dla Stanów, że tam jest tak wiele przestrzeni, że zawsze możesz przenieść się gdzie indziej i tam wszystko zacząć od nowa, możesz stworzyć samego siebie. Więc tak, Wade’a bardzo lubię, jest ode mnie zupełnie inny, nigdy bym nie pomyślał, ani nie zrobił tego, co on.

Inna postać, do której mam słabość, to Bruckner, Anton Bruckner, austriacki kompozytor, który pojawia się w mojej powieści jako postać. Uważam, że istnieją trzy rodzaje osób. Jedni są jak Richard Strauss, inni jak Mahler, a jeszcze inni jak Bruckner. Ci podobni do Straussa są towarzyscy, weseli i energiczni. Ci jak Mahler – tragiczni, skomplikowani, polityczni. A ci podobni do Brucknera są jakby nie z tego świata, spoza historii. Obawiam się, że jestem raczej podobny do tego ostatniego, choć wolałbym przypominać Straussa. Dla mnie Bruckner jest taką postacią, która zawsze chodzi po ulicach gapiąc się w chmury, zatraca się w swoich marzeniach, komponuje gigantyczne symfonie – tak jak ja piszę gigantyczne powieści. Do tej postaci mam dużą słabość.

No i Cristina, bardzo ją lubię. Nie planowałem dla niej ważniejszej roli, ale ostatecznie ta miłosna historia okazała się niemal osią powieści…

Lepiej za dużo nie mówmy, żeby nie zdradzić zakończenia…

No ale tu jest historia miłosna od samego początku…

Prawda.

Ludzie mówili mi: Musisz pisać historie miłosne.

No i to jest zasadniczo opowieść o miłości.

Moja powieść? W całości?

Moim zdaniem tak. To znaczy w tej powieści jest dużo różnych powieści, ale wątek miłosny tak jakby to scala.

Zgoda, to jest historia miłosna z wieloma innymi rzeczami, racja.

A proszę opowiedzieć o Roberto B. To dość dziwna postać: mamy tu jednego z bohaterów o takim imieniu i życiorysie do złudzenia przypominającym Roberta Bolaño, ale też Bolaño pojawia się przywołany z imienia i nazwiska…

To jest trick stosowany przez Prousta. Lokował w swoich powieściach rzeczywistą postać, a żeby jej nie rozpoznano wymieniał tę samą postać z nazwiska, jakby to była inna osoba. Oczywiście nikt się na to nie nabierał.

U pana widać go nawet na okładce.

Niby widać, ale w sumie skąd wiadomo, kto to jest ten chłopak machający do czytelnika, ale przede wszystkim do mnie. Okładkę narysowałem sam, bo chciałem, żeby pojawiły się na niej pewne elementy, pewne reprezentatywne obrazy i postaci. Pośrodku widnieje młody człowiek w okularach i z ciemnymi włosami, który do nas macha. Przypomina bardzo Roberta Bolaño, acz w powieści ta postać nazywa się Roberto B., jest to chilijski pisarz, który wiele lat mieszkał w Meksyku, bardzo lubi fantastykę naukową i gry RPG, gra w jedną, która nazywa się „Trzecia Rzesza”…

Same przypadkowe zbiegi okoliczności!

Stwierdzenie, że to Roberto Bolaño nie pada, ale wydaje się to dość ewidentne. Ja mam prawdziwą obsesję na punkcie Bolaño, nie jestem w stanie wybić go sobie z głowy, więc uznałem, że jedyne, co mogę zrobić, to wprowadzić go na moją wyspę. Jeśli ta wyspa to moja głowa, to Bolaño musi tam być. I siedzi tu na okładce, macha do mnie i mówi: Andrés, nigdy się ode mnie nie wyzwolisz, ja tu zawsze będę.

Można odnieść wrażenie, że Bolaño to autor o największym wpływie na dzisiejszą literaturę języka hiszpańskiego.

W hiszpańskim i także latynoamerykańskim światku literackim, ale nade wszystko w Hiszpanii, panuje zasada niewdzięczności. Kiedy pojawia się coś dobrego, wszyscy próbują to zniszczyć. W innych krajach autor po śmierci staje się klasykiem, przekracza tę granicę „podoba mi się/nie podoba mi się” i staje się częścią historii literatury. Ale nie w Hiszpanii. U nas jak ktoś umiera, wszyscy próbują się go pozbyć, że to pieśń przeszłości. Z Bolaño z jednej strony mamy wielki sukces – przede wszystkim w świecie anglosaskim, co nikomu innemu się nie udało – a z drugiej strony wielu krytyków i pisarzy twierdzi, że im się on nie podoba, upierają się, żeby go nie rozumieć, zamykają oczy na jego oryginalność. Dla mnie to jeden z największych pisarzy ostatnich lat, nie tylko języka hiszpańskiego –w ogóle. Ja nie wiem, co on robi – a w przypadku większości pisarzy, którzy mi się podobają, umiem wskazać dlaczego – ale co i jak robi Bolaño – nie wiem. Nie wiem, dlaczego to działa, dlaczego jest tak fascynujące, dlaczego ciągle chcesz czytać i czytać…

Skoro mowa o kolegach po fachu: jakich współczesnych pisarzy hiszpańskojęzycznych chętnie pan czyta?

Cervantesa… (śmiech) Cóż, o współczesnych trochę trudno mówić. Bardzo lubię Vila-Matasa, Pabla d’Orsa, choć on od dawna nie napisał powieści, a ma ich trochę i to świetnych. Niedawno przypomniano powieści Casavelli: w swoim czasie właściwie nikt ich nie czytał, a teraz wznowiono je po jego śmierci i okazało się, że są znakomite. Dziwne rzeczy dzieją się w tej naszej Hiszpanii… Niedobra z niej matka…

Ciekawe, że tak pan mówi, bo z naszej perspektywy wydaje się, że literatura hiszpańska ma się dziś wręcz znakomicie, tylu autorów, tyle książek i to wszystkich typów: od czystej komercji po kandydatów do Nobla.

Pewnie to wy macie rację, bo z oddalenia lepiej widać. Ja jednak widzę pewne problemy w Hiszpanii. Na przykład nagrody literackie – bardzo często wcale nie wyróżnia się dobrych książek, tylko robi się regularną promocję. No nic, to nie jest mój ulubiony temat…

Wspomniał pan Wynalazek Morela: w przedmowie do tej powieści Borges pisze o dwóch przeciwstawnych nurtach w prozie: psychologicznej i przygodowej…

…i o tym, że w powieści psychologicznej jak dwie osoby się kochają, to się muszą rozstać na zawsze i popełnia się samobójstwa ze szczęścia…

Tak, i że panuje tam chaos i bałagan, w odróżnieniu od porządku właściwego prozie przygodowej. Podziela pan to zamiłowanie do literatury gatunkowej?

To bardzo ciekawe, że mnie o to pytasz, bo przy pracy nad moją powieścią, jako że miałem tyle postaci z tylu krajów, bardzo często zastanawiałem się, jak dalej potoczy się ta historia. Próbowałem więc nieraz kazać im robić coś zupełnie absurdalnego, czego nikt w tej sytuacji by nie zrobił, i wtedy nagle okazywało się, że jest to prawdopodobne i logiczne. Zupełnie wariackie rzeczy okazywały się logiczne. Czyżbyśmy byli aż tak szaleni, tacy niekonsekwentni w działaniu?

Lśnij, morze Edenu” to w końcu niemal czystej wody powieść przygodowa.

Taki był mój cel. Stworzyć czystą fabułę.

Podejrzewam, że to właśnie jest przyczyną jej powodzenia: czytelnicy tęsknią za takimi książkami.

Myślę, że jedną z przyczyn, dla której pojawiło się tyle bestsellerów i cała ta bestsellerowa kultura często związana z niską jakością, jest to – i w Hiszpanii świetnie to widać – że literatura „poważna” ograniczyła się do bardzo nudnych książek, które czyta się dla stylu. Mam wielu znajomych, którzy mówią: Czytać powieść, żeby się dowiedzieć, jak się kończy? Co za bzdura! To dziecinne! No ale przecież czytasz książkę wtedy, kiedy cię ciekawi, co się wydarzy z bohaterem, czy umrze czy nie. Z drugiej strony czytelnik nie będzie czytał dla samego stylu, czy dlatego, że to intelektualnie czy językowo ciekawa książka. Trzeba połączyć jedno z drugim, zawsze o to chodzi. To widać u Nabokova, to mój ulubiony autor i nieosiągalny cel: on bierze modernizm Joyce’a i Dickensa, dziewiętnastowieczną fabułę z bohaterami i nowoczesny styl – i łączy je. I właśnie o to chodzi, żeby napisać książkę, która będzie poezją, będzie się czytała jak poezja, ale zarazem będziesz czytać ją dla opowieści. Dla mnie tworzenie historii jest najbardziej fascynujące i trudne. Napisać doskonałym stylem stronę – byle głupi to potrafi, w gazetach codziennie dostajemy strony nieskazitelnej prozy. Ale napisać wiarygodną powieść z interesującą historią, która będzie mówiła czytelnikowi ważne rzeczy i go poruszy – to jest coś. Kiedyś myślałem, że najlepsze, co może usłyszeć autor od czytelnika, to zdanie: Twoja książka mnie rozśmieszyła. Ale zdałem sobie sprawę, że jest coś jeszcze lepszego i spotkało mnie to z tą książką: kiedy ktoś mi mówił, że się podczas czytania popłakał. Brzydko powiedzieć, że autor chce kogoś doprowadzać do łez, ale wtedy to jest prawdziwa lektura.

Warszawa, 18 maja 2017

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
105
12
25.05.2017 13:04

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd