Bolesne, ale niezbędne - Michał Larek i Jerzy Borowczyk

LubimyCzytać
28.06.2016

„Punkty zapalne” to dwanaście przejmujących opowieści o współczesnym świecie, który drży w posadach. Larek i Borowczyk rozmawiali m.in. z Pawłem Smoleńskim, Vincentem Severskim, Wojciechem Jagielskim, Wojciechem Tochmanem, Patrycją Sasnal i Miładą Jędrysik - teraz rozmawiają ze sobą - o książce, śmierci i świecie.

 

Książka o śmierci?

J: Chciałbym Ci przeczytać mejla.

M: Od kogo?

J: Lepiej zapytaj: Skąd?

M: No skąd?

J: Z Tobago!

M: Piotr Andrews, nasz znajomy fotoreporter?

J: Tak! Posłuchaj: „Teraz jestem troszeczkę oddalony od różnych ważnych światowych tematów. Mogę powiedzieć, że oglądam świat jak zawodnik z ławki rezerwowych.

Życie na Tobago jest bardzo spokojne. Moim głównym zajęciem jest zajmowanie się domem mojej żony, ale łowię też ryby i od czasu do czasu robię zdjęcia. Kilka tygodni temu zginął w Afganistanie kolejny mój kolega, David Gilkey. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję wycofując się z zawodu....

M: Czyli zrobił to, o czym mówił nam w Warszawie w grudniu zeszłego roku. Zostawił to wszystko w cholerę…

J: No tak. Nie mogę jednak przestać myśleć o Gilkeyu. Zginął 5 czerwca, jakby to było wczoraj… Zasadzka talibów…

M: Pocisk trafił w samochód i spowodował pożar. Straszne. Ale prawdziwy szok przeżyłem, kiedy Andrews opowiedział nam o tragedii, która przydarzyła się innemu jego kumplowi.

J: Masz na myśli João Silvę z Bractwa Bang Bang?

M: Tak. Facet wszedł na minę, na skutek czego urwało mu obie nogi. Przeżył, ale…hm…

J: Jakby umarły za życia.

M: Przypomina mi się zdjęcie tegoż Silvy, które przedstawia śmierć Kena Oosterbroeka, słynnego fotografa wojennego. Kolejna sugestywna scena. Im dłużej myślę o naszych „Punktach zapalnych”, tym większego nabieram przekonania, że zrobiliśmy książkę o śmierci.

Życie jest większe

J: Trochę mnie zaskoczyłeś tym podsumowaniem. Niby masz rację, ale mam ochotę zaprotestować.

M: Niby jak?

J: Choćby tak: Po spotkaniu z każdym z naszych rozmówców miałem silne wrażenie, że życie jest większe. Pamiętasz rozmowę z Wojciechem Jagielskim albo z Patrycją Sasnal?

M: Pewnie.

J: Ten pierwszy dał nam do myślenia swoimi uwagami o ISIS i wydrążonej z życia Europy. Pokazywał, że Europejczycy muszą w końcu w coś uwierzyć, a zarazem przestać narzucać światu arabskiemu własne standardy. Sasnal po prostu urzekła mnie swoją wiarą w sens Unii Europejskiej oraz tym, że umiała pokazać, jak wiele wspólnego mają przeciętni Europejczycy i zwykli mieszkańcy Bliskiego Wschodu.

M: No właśnie! Jagielski pokazał, że Europa umiera, bo jej dusza zmarniała, uzależniając się kompletnie od konsumpcji, rozkoszy, lenistwa. Z perspektywy reportera terroryzm może się czasem jawić jako walka o metafizyczny ogień. Oglądałeś ostatni sezon House of Cards? W finałowym odcinku Francis i Claire Underwoodowie oglądają nagranie z egzekucji. Na koniec zwracają się do kamery i mówią: „Nie damy się zastraszyć. To my jesteśmy terrorem”. Jest coś upiornego w tej poincie.

J: Ach, te efektowne frazy amerykańskich scenarzystów…

M: Efektowne, ale i inspirujące.

J: No tak, coś w tym wszystkim jest.

M: Jest też coś upiornego w tym, że niektórzy z nas potrafią wsłuchać się w racje ISIS. A Patrycja Sasnal? Pamiętam jej fachowy, analityczny i pogodny wywód! Ale im więcej czasu upływa od tej rozmowy, tym mniej we mnie wiary w dobrą przyszłość Europy. To przez Wojciecha Tochmana chyba.

Czytelnicy mogą zmienić świat

J: Tochmana?

M.: Tak. To była ciekawa rozmowa, ale jej główna myśl dopiero teraz zaczyna we mnie rezonować.

J: Jaka myśl?

M: Cuchnie trupami – pamiętasz? On tak powiedział, odnosząc się do języka nienawiści, która zalewa Internet.

J: Pamiętam.

M: Ludobójstwo może wrócić – dopowiadał. Parę dni temu czytałem w gazecie, że 175 parlamentarzystów europejskich podpisało zobowiązanie do zapobiegania ludobójstwu. To chyba świadczy o tym, że coraz więcej ludzi zaczyna czuć strach przed gwałtownym wybuchem przemocy. I o to mi chodzi, gdy niespokojnie myślę o przyszłości Europy. O coraz większym przyzwoleniu na przemoc.

J: Przypomnij sobie jednak rozmowę z Rotfeldem!

M: Przypominam.

J: Mówił o tym, że owszem, sytuacja na świecie jest bardzo niepewna, że rośnie poczucie zagrożenia. Trzeźwo podkreślał, że nic nie jest dane raz na zawsze. Zarazem wskazywał na możliwe drogi wyjścia, powołując się na swój negocjacyjny sukces w konflikcie mołdawskim. Mówił to z jakimś takim żarem, ale bez patosu. W podobnym tonie utrzymana była wypowiedź Jonasa. Obaj Panowie nie mieli złudzeń, co do egoizmów dzisiejszych mocarstw politycznych, ale zarazem pokazali, iż to w interesie możnych jest spuszczenie z tonu, dogadanie się. Gdy ich słuchałem, miałem silne poczucie, że europejski duch dialogu wcale nie zwietrzał.

M: To nie zmienia faktu, że opowieści reporterów i obrazy fotoreporterów przynoszą mało krzepiącą wizję ostatnich dekad i nie stawiają raczej krzepiących prognoz…

J: I tak, i nie. Bo przypomnij sobie, jak Miller przywoływał kuratora jednej ze swoich wystaw, który mówił o jego zdjęciach jako humanistycznych, bo biorą stronę zwykłych ludzi uwikłanych w światowe konflikty. A pamiętasz jak Miłada Jędrysik w warszawskiej knajpce snuła opowieść o irackim chłopcu, rannym wskutek wojennych działań? Miałem wtedy wrażenie, że nie ma jej z nami, że znowu jest tam.

M: Do czego zmierzasz?

J: Do tego, że opowieści reporterów i wojennych fotografów nieprzypadkowo tak przykuwają uwagę polskich czytelników. Ludzie po prostu wyczuwają, że ci twórcy stoją po stronie takich, jak oni. Niemających wpływu na decyzje politycznych decydentów i terrorystycznych szantażystów. To stanie po stronie ofiar i przegranych ma głęboki sens. Przypominam ci słowa Smoleńskiego, że to nie reporter, ale jego czytelnicy mogą zmienić świat.

Podróż autorów

M: Byłbyś dobrym psychoterapeutą [śmiech]. Prawdę mówiąc – mnie też uspokoił prof. Rotfeld. Odetchnąłem po tej rozmowie. Dobre argumenty starego negocjatora, który potrafi nawet z diabłem się dogadać.

J: Prawda?

M: Zastanawiam się, jaki morał płynie z naszej książki - przynajmniej dla mnie.

J: No i?

M: Praca nad Punktami zapalnymi była dla mnie jak podróż. Wszystko, co stałe, wyparowuje – powiedział klasyk. Dzisiaj dotarliśmy do takiego punktu, w którym odczuwamy na własnej skórze prawdę tego aforyzmu. Rzeczywiście, wszystko może się rozsypać. Wolność, pokój, demokracja… To chyba zaskakuje wielu z nas. Być może właśnie budzimy się dobrego snu.

J: Świta i trzeba porzucić oniryczne rozkosze… I dla mnie było to przebudzenie. Bolesne, ale niezbędne. Tak to czuję.

M: Nie poznaję kolegi [śmiech].

J: Dobrze oddają to słowa jednego z naszych rozmówców oraz pewna scenka z naszych wojaży w trakcie pracy nad „Punktami zapalnymi”. Najpierw obrazek podróżny. Styczeń 2016. Zatrzymaliśmy samochód przy pustej, bocznej uliczce w Brwinowie pod Warszawą. Mamy jeszcze kwadrans do rozmowy z Krzysztofem Millerem. Świeci słońce. Wysiadamy z auta. Stoimy przy pochylonym płocie, który okala opuszczony, zrujnowany dom. Nagle wychodzi z niego jakaś postać w łachmanach. Siada na porozrzucanych belkach. Myślimy, że to facet. Nagle spogląda na nas. To kobieta! Patrzymy na siebie w milczeniu. Ona spuszcza głowę i pozostaje w tej pozie kilka minut. Wreszcie wstaje i wchodzi do pustego budynku. My musimy ruszać w poszukiwaniu posesji fotoreportera. Każdy do swojej roboty…

M: Kapitalna scena. Trochę jak z Lyncha.

J: Może.

M: A o jakich słowach myślisz?

J: Pochodzą z zakończenia rozmowy z Ludwikiem Dornem, który nas olśnił intelektualną biegłością w rozkminianiu polskiego piekiełka. Dotyczą jednak gościa ze świata fikcji – George’a Smileya, bohatera szpiegowskich opowieści Johna Le Carre. Otóż ten oficer brytyjskiego MI5 trafnie charakteryzuje przyczynę przyrostu swojej mądrości. To znaczy: zawsze jest mądrzejszy o kolejne stracone złudzenia. Przy czym pozostaje wierny sprawie.

M: Jest to wierność bez złudzeń, gorzka wierność. Całkiem kowbojska pointa nam wyszła. No dobrze.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
2801
4
28.06.2016 12:32

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd