„Historyczne tło sprawia, że książka staje się wiarygodna” – rozmawiamy z Ryszardem Ćwirlejem

Adam Jastrzębowski
12.03.2021

O pisaniu książki, której akcja dzieje się w przeszłości, o Poznaniu w dwudziestoleciu międzywojennym, a przede wszystkim o powieści „Wszyscy słyszeli jej krzyk”, czyli najnowszym tomie przygód komisarza Antoniego Fischera, rozmawiamy z autorem Ryszardem Ćwirlejem. Poznański pisarz zdradza również tajniki swojej kuchni. Nie tylko literackiej.

„Historyczne tło sprawia, że książka staje się wiarygodna” – rozmawiamy z Ryszardem Ćwirlejem

Wszyscy słyszeli jej krzyk[OPIS WYDAWCY]  Akcja: rok 1929. W Poznaniu trwa Powszechna Wystawa Krajowa, prezentująca gospodarczy dorobek dziesięciu lat Niepodległej Polski. Ściągają na nią przybysze z całego kraju, nie tylko ci których interesuje wielka ekspozycja, ale także tacy dla których PeWuKa to możliwość szybkiego wzbogacenia. W mieście dochodzi do serii napadów na targowych gości. Policja musi więc jak najszybciej ująć przestępców, by zapewnić spokój targowym gościom i mieszkańcom.

Reklama

Wydarzenia w mieście relacjonuje otwarte niedawno poznańskie Radio. Komisarz Antoni Fischer, zafascynowany nowym wynalazkiem ma wygłosić przed radiowym mikrofonem odczyt o humanitarnej działalności radia. Tuż przed jego wystąpieniem do studia wpada uzbrojony szaleniec, który otwiera ogień do zebranych tam ludzi. Antoni Fischer musi wziąć sprawy w swoje ręce.

Jednak to dopiero początek niecodziennych zajść, które rzucą poznańskiego śledczego w sam środek rwącej rzeki wydarzeń. Wkrótce okaże się, że są w nie zaangażowane wywiady Niemiec i Bolszewickiej Rosji. Na szczęście polski kontrwywiad, z którym współpracuje Fischer nie zasypia gruszek w popiele. Kapitan Mikołajewski przygotowuje tajną akcję, w której prócz szpiegów wezmą udział poznańscy złodzieje z bandy Tolka Grubińskiego.
Trzy sprawy, pozornie w żaden sposób niepowiązane ze sobą, jednak nie da się ich przeprowadzić, bez udziału szefa poznańskiej, policyjnej grupy pościgowej komisarza Antoniego Fischera.

Adam Jastrzębowski: To już szósty tom przygód poznańskiego policjanta Antoniego Fischera. Czy świat, który pan stworzył w tym cyklu, jeszcze czymś pana zaskakuje? 

Ryszard Ćwirlej: Każda wyprawa do przedwojennego Poznania obfituje w nowe odkrycia czy ustalenia. Zanim cokolwiek napiszę, czytam gazety z tamtych lat, studiuję pilnie ogłoszenia sklepów, jadłodajni czy restauracji i wciąż coś nowego odkrywam. Dowiaduję się, ile kosztowało mydło czy butelka wódki, jakie materiały sukiennicze sprzedawano na Starym Rynku i gdzie na śniadanie można było zjeść doskonałą wątróbkę wieprzową z konfiturą z dzikiego bzu. Te moje wykopaliska natychmiast trafiają do książki. Dzięki nim powieść kryminalna, której intryga w dużej mierze jest fikcją, staje się wiarygodną opowieścią o przedwojennej Polsce.

Jaki jest powód, dla którego w kolejnych swoich powieściach żongluje pan chronologią? Tak jest w serii o Antonim Fischerze, tak samo w cyklu „Milicjanci z Poznania”. 

Chciałbym pisać chronologicznie, bo to ułatwiałoby mi pracę. Jednak ten brak chronologii stał się już chyba moja wizytówką – znakiem firmowym. Piszę o latach 30., a potem wracam do początków niepodległości, skacząc po latach i wydarzeniach dlatego, że naraz odkrywam coś, co mnie zainteresowało w konkretnym roku i nie potrafię się temu oprzeć. Jednak im dalej w głąb wydarzeń, których bohaterem jest komisarz Antoni Fischer, tym bardziej będą one układać się w logiczny ciąg wyznaczany przez następujące po sobie wydarzenia.

Seria „Antoni Fischer” jest umiejscowiona w dwudziestoleciu międzywojennym. Chwilę po powstaniu wielkopolskim, gdy jeszcze silne były w mieście powiązania z Prusami, Niemcami. Co jest w tym Poznaniu lat 20. i 30. XX wieku tak fascynującego, że tak chętnie pan do niego wraca? 

O wyjątkowości tego miejsca decydują oczywiście ludzie. Przez kilkaset lat mieszkali tu obok siebie Polacy i Niemcy z niewielką grupą Żydów, którzy sami siebie uważali za Niemców wyznania mojżeszowego. Ta polsko-niemiecka mieszanka dwóch żywiołów dała efekt w postaci kulturowego kogla-mogla. Nauki społeczne doskonale znają to zjawisko, które nazywa się dyfuzją kulturową, czyli wzajemnym mieszaniem i przenikaniem się dwóch społeczności, które biorą od siebie to, co najlepsze, najciekawsze i wzbogacające. Tak było z tutejszymi Niemcami i Polakami. Miejscowi uczyli się od przybyszów wysokiej kultury rolnej i etosu pracy, a przybysze od miejscowych poszanowania tradycji i przywiązania do własnej małej ojczyzny. Z tej mieszanki zrodził się poznaniak, katolik, mówiący po polsku i po niemiecku, pracowity i zapobiegliwy, który mógł się nazywać Fischer i jednoczesnie uważał się za Polaka. Ci ludzie wypełniają sobą fascynujące miejsce, o którym warto pisać, by przywrócić je tym, którzy go jeszcze nie odkryli.

Pana książki cechują się dbałością o detale – gwarę, topografię Poznania i okolic, szczegóły dotyczące obyczajów, a nawet potraw. Spodziewam się, że zbieranie tych wiadomości, przygotowywanie researchu musi być ciekawą, ale również ciężką i skrupulatną przygodą. Czy przeszukuje pan lokalne biblioteki? Rozmawia z tymi, którzy mogą jeszcze pamiętać przedwojenne czasy? 

Najprościej jest z topografią, bo mam w szufladzie biurka kilka przedwojennych map Poznania czy Schneidemühl, czyli Piły. Moi bohaterowie nie mają więc prawa zabłądzić w gąszczu przedwojennych placów i ulic, i najważniejsze, wiedzą, jak się te ulice nazywają, co nie zawsze jest w kryminałach retro oczywiste. Gdy już jakaś ścieżka czy trasa zostanie wyznaczona, trzeba się przyjrzeć stojącym przy nich budynkom. Niezbędna jest ikonografia. Tę rozbudowuję w zasadzie ciągle, bo gdy w Internecie natrafiam na jakieś zdjęcie przedwojennego Poznania, od razu zapisuję je w komputerowym pliku ze starymi fotografiami. Gdy więc zaczynam budować jakąś historię, wiem, jak wyglądała przestrzeń, w której ona się rozgrywała. Później trzeba poczytać trochę gazet z okresu, w którym ma się toczyć akcja książki, no i jeszcze, by wejść w tok opowieści, najlepiej poczytać trochę książek z tamtych czasów, by osłuchać się z językiem. I po takim przygotowaniu można już brać się za wciskanie fabuły w ramy historyczno-topograficzne. W sumie nic trudnego.

Reklama

Dzięki tej dbałości i drobiazgowości pana książki mogą być też źródłem wiedzy o Poznaniu i jego historii. Tak jak „Zły” Tyrmanda fascynująco opowiada o tym, jak wyglądała Warszawa lat 50. XX wieku. Ale z drugiej strony, Radosław Nawrot opowiadał mi w wywiadzie dotyczącym jego „Szachownicy”, że powinniśmy się nauczyć oddzielać prawdę historyczną od jej fabularyzowanej wersji. Gdzie ta granica przebiega w pana powieściach? 

Jeśli mój bohater idzie na obiad do Grand Caffe i zamawia sznycel cielęcy z podwójnym jajkiem i frytkami, to znaczy, że tego dnia w tym roku podawali tam takie danie. Jeśli jedzie tramwajem na dworzec kolejowy, to jedzie jedynką, bo ten numer miał tam pętlę, a kiedy czyta w „Głosie Poznańskim” artykuł o traktacie w Rapallo, to znaczy, że ten artykuł w gazecie z tego dnia właśnie się tam pojawił. To historyczne tło sprawia, że książka staje się wiarygodna i dzięki temu każdy miłośnik historycznych detali będzie czytał opisy szczegółów z przyjemnością. Najważniejsze jest jednak, żeby nie przesadzić i zachować zdrową równowagę pomiędzy fabułą a dekoracjami, które przecież nie mogą zdominować kryminału. Ze szczegółów też by się dało stworzyć książkę, ale byłby to przewodnik po Poznaniu, a nie powieść sensacyjna.

Pewnie dla części czytelników będzie zaskoczeniem opis, w jaki sposób Wilhelm Kajzerek zostawał powstańcem – zamiast romantycznego zrywu patriotycznego dał się po prostu porwać tłumowi, a broń wcisnęli mu do ręki napotkani w bramie żołnierze. „Gdyby wtedy do bramy wpadły Szkopy, odpowiedziałby zgodnie z prawdą, że jest ich rodakiem. Ale to Polak go zapytał, więc odpowiedział tak, jak powinien odpowiedzieć”. 

I tak to właśnie jest z tą poznańskością, która wcześniej nie wymagała wyraźnych deklaracji, a potem nagle z dnia na dzień ludzie musieli sobie odpowiedzieć na pytanie: „kim jestem?”. Czy skoro moja mama była Niemką, a ojciec Polakiem, to bliżej mi do jednej czy drugiej strony? Owszem, w środowiskach kupieckich czy szlacheckich kwestia narodowości była dość mocno akcentowana, ale wśród rodzin robotniczych często decydował przypadek, tak jak ten opisany przeze mnie z Kajzerkiem. Ale przecież takiego samego wyboru musiał dokonać podporucznik armii pruskiej Anthon Fischer, który po przyjeździe z frontu pierwszej wojny do Poznania w grudniu 1918 roku musiał podjąć decyzję, czy wstąpić w szeregi wojsk powstańczych. Podobne decyzje podejmowało wówczas wielu weteranów. Te wybory nie były więc w tym czasie niczym wyjątkowym.

U pana bohaterów-poznaniaków wyraźnie wyczuwalny jest ogromny szacunek dla Poznania, którego wyrazem jest urywek ostatniego zdania książki: „[...] bo w kwestii ojczyzny to był akurat dobrze uświadomiony i wiedział, że to Poznań i wszystko, co dookoła, czyli reszta Polski”.

Reklama

To taki poznaniocentryzm, ale nic w tym nadzwyczajnego. Wszyscy patrzymy na mapę z perspektywy naszego miejsca. Widzimy swój dom, swoją ulicę, miasto, region i w końcu kraj. Tu nic się nie zmienia od zawsze, więc niczego odkrywczego w takim patrzeniu na świat nie widzę. Najważniejsze jest jednak, by umieć spojrzeć szerzej i dostrzec to, czego nie widzi się na co dzień, bo zasłania nam horyzont. Dawni poznaniacy chyba to potrafili, skoro zaraz po zakończeniu działań na powstańczym froncie zapakowali się do wojskowych pociągów i pojechali walczyć o Lwów, a potem na wojnę z bolszewikami. 

Czy takie poczucie silnej lokalnej świadomości w Poznaniu było w dwudziestoleciu międzywojennym częstą postawą? 

Poznańskość międzywojnia budował etos XIX-wiecznej pracy organicznej i mit założycielski, którym było Powstanie Wielkopolskie. Poznaniacy byli święcie przekonani, że sami wywalczyli sobie wolność i nikt im w tej walce nie pomógł. Dlatego nie przepadało się tu za Piłsudskim, który, jak mówiono, nie chciał nam pomóc. Dziś już ten pogląd nieco się zmienił, bo wiadomo, o co chodziło z tym „nie chciał”. Nie mógł otwarcie zaangażować się w konflikt z Niemcami, gdy trwały obrady pokojowe w Wersalu, ale pomagał w inny sposób. Przede wszystkim już pierwszego dnia powstania, które wybuchło spontanicznie, całkowicie pozbawione dowództwa wojskowego, sztab generalny z Warszawy zgodził się, by dowództwo objął kapitan Taczak, który przypadkiem przebywał w Poznaniu u swoich krewnych. Sztabowiec z krwi i kości wziął się za robotę i to jemu zawdzięczamy pierwsze organizacyjne sukcesy tworzącej się armii. Później Warszawa przysłała na dowódcę wojsk powstańczych generała Dowbora Muśnickiego wraz z jego sztabem. A gdy powstańcy wyparli Niemców z niemal całej Wielkopolski, zaczęła się wojna dyplomatyczna prowadzona w Wersalu przez polską delegację, która miała powstrzymać wiosenną ofensywę Niemców. I się udało, między innymi dzięki zdecydowanej postawie marszałka Focha. Ten zbiór wszystkich czynników sprawił, że powstanie okazało się zwycięskie i Poznańskie zostało przyłączone do Polski. Samo się nie przyłączyło, choć kluczowe było to, że tak wielu poznaniaków chwyciło za broń i wstąpiło w szeregi armii. Dlatego weterani powstania cieszyli się tu ogromnym szacunkiem, a naczelnik państwa zdecydowanie niewielkim.

Jednym z bohaterów najnowszego tomu przygód Antoniego Fischera jest Zyga Maciejewski z Lublina – ten sam, który był bohaterem cyklu Marcina Wrońskiego. Czy lubelski policjant wróci jeszcze do Poznania? Chyba tej wizyty nie zapamięta tak źle? 

Maciejewski przyjechał do Poznania, tak jak wielu ówczesnych mieszkańców naszego kraju, by odwiedzić Powszechną Wystawę Krajową. Przyjechał i – o ile wiem – już więcej tu nie bywał, choć kontakty z poznaniakami miał. To w końcu Marcin Wroński w swojej znakomitej powieści „Kwestja krwi” zetknął Zygę Maciejewskiego z Anastazym Olkiewiczem, ojcem bohatera moich PRL-owskich powieści. Skoro Olkiewicz był na Zamojszczyźnie, pomyślałem, że Maciejewski mógłby wpaść do Poznania. Poza tym stęskniłem się trochę za tym bohaterem powołanym do życia przez Marcina i ostatnio trochę zaniedbanym. Postanowiłem więc go przypomnieć, bo wart jest tego, by do niego wracać, przede wszystkim sięgając po doskonałe powieści lubelskiego pisarza.

Na koniec pytanie osobiste. Powieść „Wszyscy słyszeli jej krzyk” jest książką pełną opowieści o potrawach, ciastach spożywanych zarówno w restauracjach, barach, jak i w domach. Czy któreś z nich przygotowywał pan już sam? 

Wszystkie znam doskonale, bo na co dzień zajmuję się trochę domowym kucharstwem. Piszę więc o tym, co znam z własnego stołu. Mnie te dania smakują doskonale, czego i moim czytelnikom życzę.

Ryszard Ćwirlej

Ryszard Ćwirlej – skończył socjologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracował
jako dziennikarz w TVP Katowice, a później w TVP Poznań. Był zastępcą redaktora
naczelnego poznańskiego Radia Merkury. Jest twórcą świetnie przyjętych kryminałów
retro o Antonim Fischerze i międzywojennej Wielkopolsce: „Tam ci będzie lepiej”, „Tylko
umarli wiedzą”
, „Już nikogo nie słychać”, „Pójdę twoim śladem”, „Zaśpiewaj mi
kołysankę”
i „Wszyscy słyszeli jej krzyk”. Autor opowiadań w antologiach „Stulecie
kryminału”
i „Awers”.
Książka „Już nikogo nie słychać” została nagrodzona Nagrodą Wielkiego Kalibru 2018
oraz Nagrodą Czytelników Wielkiego Kalibru 2018.

Powieść „Wszyscy słyszeli jej krzyk” jest już dostępna w sprzedaży.

Przeczytaj fragment książki

Wszyscy słyszeli jej krzyk

Issuu is a digital publishing platform that makes it simple to publish magazines, catalogs, newspapers, books, and more online. Easily share your publications and get them in front of Issuu's millions of monthly readers.

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
nosek 12.03.2021 13:11
Czytelniczka

Zabieram się do czytania :) to moja pierwsza książka i mam nadzieję nie ostatnia przygoda z Antonim Fischerem.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Adam Jastrzębowski 11.03.2021 14:02
Bibliotekarz

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd