Jaki jest świat według Krzysztofa Vargi? Rozmawiamy o książce „Dziennik hipopotama“

Tomasz Pindel
20.08.2020

Z Krzysztofem Vargą - pisarzem, felietonistą, publicystą i, być może nade wszystko, namiętnym czytelnikiem literatury pięknej – o jego najnowszej książce pt. „Dziennik hipopotama”, obejmującej zapiski z dwóch lat życia autora, rozmawia Tomasz Pindel.

Jaki jest świat według Krzysztofa Vargi? Rozmawiamy o książce „Dziennik hipopotama“

Dziennik hipopotama Krzysztof Varga[OPIS WYDAWCY] „Wychowany w cieniu traum narodowych, przygnieciony szantażem emocjonalnym, że mam się nieustannie utożsamiać, przeżywać, współodczuwać, identyfikować ze swoim krajem, coraz bardziej zmęczony byłem Polską i jej histerycznością, emocjonalnym rozwibrowaniem, deficytem trwałości. Nic tu nie mogło się zakorzenić i wrosnąć na dekady, stulecia. Nawet jak już zaborcy, okupanci, najeźdźcy nie rozwalają wszystkiego, to demolują moi rodacy, ponieważ wyłącznie zaniechanie bądź destrukcja są im przynależne.

Zazdrościłem Francuzom ich dobrego samopoczucia, Niemcom ich samozadowolenia, dziedzictwa kulturowego Włochom, a oceanu Portugalczykom. Gdybym dziś był dwudziestoparolatkiem, to chciałbym na zawsze stąd wyjechać i rozumiem każdego, kto pragnie porzucić ten kraj, odciąć się od niego i stać się kimś innym. Za późno, za wiele lat tu żyję, na stałe już nie wyjadę, ale po raz pierwszy w życiu wyobrażam sobie, co by się stało, gdybym w 1988 roku został we Francji i nie wrócił do Polski na studia. Zapewne nie zostałbym pisarzem, redaktorem, felietonistą, nie poznałbym ludzi, których tutaj pokochałem i którzy stworzyli moje życie, ale przynajmniej nie byłbym już Polakiem”.

– Krzysztof Varga

Tomasz Pindel: Cotygodniowy felieton, artykuły i recenzje, powieści i książki niebeletrystyczne wydawane w całkiem dobrym tempie – a teraz dowiadujemy się, że jeszcze pisze/pisał pan dziennik. Czym jest dla pana sama czynność pisania: rzeczą naturalną jak oddychanie czy codzienną walką?

Reklama

Krzysztof Varga: Oddychanie jest codzienną walką, żeby się nie udusić. Nawet jeśli to walka prowadzona bezwiednie. Czasami siły słabną i idę pod wodę, ale jakoś się wydobywam na powierzchnię. Zwłaszcza, że płodozmian jest ożywczy umysłowo, a zarazem wyczerpujący. Poza tym jestem zawodowcem, czyli najkrócej mówiąc utrzymuję się z pisania: co nieco przeszkadza w spokojnym poświęceniu się pisaniu nowego „Doktora Faustusa”, a to oczywiście powinno być marzeniem każdego uczciwego grafomana.

Jak polski pisarz publikuje dziennik, to chcąc nie chcąc wystawia się na porównania z Dąbrowską, Gombrowiczem, Bobkowskim, Herlingiem-Grudzińskim et consortes. Pisał pan od razu z myślą o publikacji, czy najpierw tylko do szuflady?

Pisałem od razu do publikacji – pisanie do szuflady dzisiaj, kiedy mamy tyle możliwości wypowiedzi i nie jesteśmy pod cenzurą, mija się z okolicznościami, że tak to ujmę. Na bieżąco komentowałem rzeczywistość społeczną i moją własną, unikając komentowania realiów politycznych, prócz spraw Kościoła, bo to mnie ciekawi specjalnie. Wiedziałem, że będę przez dwa lata pisał dziennik i mam na niego wydawcę. Umówiłem się z nim tylko, że nie będę tych zapisków publikował na bieżąco, a dopiero jako druk zwarty.

Nurtowała mnie ta kwestia podczas lektury, bo o ile na początku są to zapiski obserwacyjne – lektury, filmy, refleksje o kulturze i narodzie etc. – to z czasem coraz więcej jest w nich prywatności: nielaurkowy, że tak powiem, portret rodziny, nieco zakamuflowane, ale wyraziste wyznania dotyczące spraw sercowych. Nie strach tak się odsłonić?

Tak, w tej książce jest wyraźne pęknięcie, a może po prostu zmiana tonacji. Sprawy osobiste zaczęły wypierać publiczne, stało się to w sposób naturalny, pozbawiony gombrowiczowskiego wyrachowania, czy też autokreacji. Nie ma tu żadnego sprytnego zamysłu, po prostu w moim życiu przesunęły się akcenty, a ja założyłem na początku pisania, że to kronika Polski i Vargi, bez wybierania, co i kiedy ważniejsze – najpierw Polska i kultura dominowały, potem górę wziął Varga i jego problemy.

Obudziwszy się w stanie niezrozumiałej euforii, połączonej z bezdenną rozpaczą postanowiłem rozpocząć wreszcie te zapiski dziennikowe. Rzecz chodziła mi po głowie od dawna, od lat dopadały mnie obsesyjne myśli o diarystyce, rozsądnie odkładałem te ciągoty na bok, powstrzymywałem się niczym nałogowiec przed kielichem. Doszedłszy jednak wreszcie do symbolicznego wieku uznałem, że
czas stanąć w prawdzie i zderzyć się z rzeczywistością.

Krzysztof Varga, „Dziennik Hipopotama”

Jak w każdym dzienniku godnym tego miana są tu portrety znajomych, przede wszystkim ludzi pióra i kina, kreślone z precyzją, często czułością bądź sympatią, ale także niejednokrotnie ze szczerością, która może zaboleć. Nie włącza się w takich przypadkach autocenzura?

Nie myślę o tym, czy piszę z czułością, czy brutalnością. To świat ludzi, którzy mnie otaczają i jeśli chcę być szczery wobec siebie oraz wobec nich, to nie mogę kalkulować. Stawiając pierwsze zdania „Dziennika…” podejmowałem decyzję, że nie pozwolę sobie na kunktatorstwo, bo wtedy całe pisanie nie miałoby sensu. Programowo jedynie zrezygnowałem z ujawniania spraw intymnych, związanych z życiem płciowym, alkoholowym czy psychiatrycznym, bo to byłoby nie fair: też mam rozliczne grzechy i wybryki na sumieniu. Takie rzeczy można pisać, gdy dziennik ma iść do druku „50 lat po śmierci autora”. Ale czy ktoś wierzy, że dziennik wydany 50 lat po śmierci mojej, czy jakiegokolwiek współczesnego pisarza, może się ukazać i być dla kogokolwiek ciekawy? Nie te czasy. Zmieniła się funkcja dziennika. Dziś dziennik pisze się „na teraz”, a nie dla potomnych, którzy doprawdy będą mieli inne sprawy na głowie niż moje, a nawet Tokarczuk czy Twardocha sensacyjne zapiski.

Krzysztof Varga

Jest w pańskich wpisach taki moment, kiedy pisze pan o gorączce (swojej i Andrzejewskiego) i zauważa, że pod z pozoru niewinnymi zapisami w dziennikach mogą kryć się bardzo poważne sprawy. Jest u pana tego więcej? Czy dziennik to także zaszyfrowany list do samego siebie i jakichś konkretnych osób?

Musiałbym chyba napisać drugi dziennik będący komentarzem do tego dziennika. Niech pewne sprawy zostaną tajemnicą.

Ważnym wątkiem jest tu kwestia wyrobów literaturopodobnych – tych wszystkich bestsellerów pisanych językiem bez właściwości i powtarzalnych. Stawia pan śmiałą tezę, że czytanie takich rzeczy nie jest nijak wartościowe, że lepiej już obejrzeć serial niż czytać byle co. W kontekście tych wszystkich programów promocji czytelnictwa odważna postawa!

Reklama

Nie wierzę w żadne programy promocji czytelnictwa. W świecie nadmiaru stymulacji jedynie ten, kto w dzieciństwie bądź wczesnej młodości pokochał czytanie i nie umie bez niego żyć (przepraszam za patos), jest w stanie w dorosłości stać się dojrzałym czytelnikiem. Gdybym jako dziecko nie zachwycił się „Panem Kleksem” Brzechwy – dziś nie czytałbym Manna czy Musila, a gdybym w czasach licealnych nie zwariował na punkcie prozy iberoamerykańskiej – jako dorosły nie przeczytałbym całego Prousta i Joyce'a. Wyznaniom tym towarzyszy oczywiście podskórny niepokój, że zostanę oskarżony o elitaryzm i pogardę do czytelników tzw. literatury gatunkowej.

No ba, podpadnie pan wielbicielom Mroza, Bondy i Blanki Lipińskiej, ale też Masłowskiej, Chwina (jego powieści), może nawet Stasiuka (za ten opis wizyty u Wojewódzkiego) i wszystkich autorom i miłośnikom literatury non-fiction. Gdyby miał pan obstawiać, to co z polskiej prozy ostatnich trzydziestu lat ma szansę przejść – nie że do wieczności, ale choćby do następnego pokolenia?

Mam świadomość pewnych samobójczych ruchów, jakie wykonałem w tej książce, ale nie widzę powodu, żeby wstrzymać konia. Jestem pogodzony z tym, że wielbiciele tzw. literatury gatunkowej mogą spalić moją kukłę, ale z drugiej strony, czy akurat oni sięgną po mój „Dziennik…”? Psychofani non-fiction, a z drugiej strony kryminału, mnie znielubią (jeśli lubią, bo niby jaki mieliby powód?), bo staję w obronie powieści, na której rozsiadła się huba literatury niefikcjonalnej. Po prostu marzą mi się Wielkie Polskie Powieści. Moje krytyki wynikają wyłącznie z głębokiego przekonania o ich słuszności i z troski o literaturę. Biorę za te zdania pełną odpowiedzialność i wiem, że mogę ponieść karę. Ale to, czego mi brakuje w przestrzeni publicznej to poważna debata o literaturze, spory, polemiki, teksty dyskursywne. Zanikła rola krytyka literackiego, który by nam ten krajobraz uporządkował, liczy się przecież tylko rynek. A co po latach zostanie z tego rozgardiaszu? Któż to wie?

Zadziwiające, jak „piszący dziennikarz” jest dyskredytującym określeniem, choć i Vargas Llosa i García Márquez byli dziennikarzami, nim zostali noblistami. Im zostało wybaczone, zaś tym, którzy sukcesu nie odnieśli wybaczone nie zostanie?

Krzysztof Varga, „Dziennik hipopotama”

Brak solidnej i pisanej z pasją krytyki literackiej, która by się nie kłaniała ani wydawniczym działom marketingu, ani czytelniczemu vox populi, widoczny jest od lat, ale czy taka krytyka w ogóle jest jeszcze możliwa? Gdzie, na jakich łamach?

Proszę spojrzeć na tak zwane tygodniki opinii: są tam albo opowieści o pisarzach, ich portrety, albo wywiady z okazji premiery ich nowych książek, natomiast nie ma tekstów, które by wywołały debatę, a wręcz awanturę, co zawsze jest odświeżające dla życia i trwania kultury. Gdzie są wielkie polemiki o literaturę? Są „omówienia” i „recenzje”. To powoduje uwiąd intelektualny, bo czytelnik przyjmuje pozycję bierną w stosunku do książki, przestał być już czytelnikiem aktywnym, który podczas lektury „współtworzy” dzieło.

Pisze pan, że książka to tylko przedmiot, liczy się literatura, ale zarazem chyba jednak z lubością dzieli się pan opisem z porządkowania biblioteki. Jak to u pana z tymi książkami – przedmiotami – jest?

Książki są przedmiotami, tyle że jak z każdym przedmiotem ma pan do czynienia z tandetną podróbką, z bibelotem, z mrocznym przedmiotem pożądania, którego piękno wewnętrze poznajemy dopiero w czasie lektury. W środku nie każdej książki znajdzie pan literaturę, każda literatura powinna być zaś książką. Nawet jeśli jest e-bookiem, choć nie lubię elektronicznych książek, bo jestem fetyszystą papieru.

Pański dziennik to pieśń miłosna do literatury – ale także do seriali. Czy w serialach rzeczywiście bije serce współczesnej epiki?

Reklama

Tak uważam, miałem okres maniacki oraz czystego uzależnienia od seriali, a nawet (Boże, wybacz!) prostackiego zaliczania seriali. Serial to współczesny Dickens, Tołstoj, Proust. Choć ostatnio poczułem przesyt serialami. W ogóle czuję potworny przesyt całą współczesną kulturą. Nie wiem, jak można określić obecną epokę (tylko proszę nie mówić, że „późną nowoczesnością”), ale na pewno jest to epoka przesytu.

A co pan sądzi o tezie stawianej przez Jacka Dukaja, że oto znaleźliśmy się w momencie wyjścia z cywilizacji pisma i przechodzimy do form bezpośredniego odbioru treści?

Zgadzam się, acz z bólem, i na pocieszenie powiem, że uważam, iż będzie to długie konanie. Ratuje mnie też wiedza, że jeszcze nigdy nie czytaliśmy tyle, ile dziś. Znamy pierwsze nakłady książek dzisiejszych klasyków – były zabawnie niskie. Czytanie się zdemokratyzowało, oczywiście przez zwalczenie analfabetyzmu, a wiek XX był wiekiem nie tylko wielkich wojen i koszmarnych totalitaryzmów, ale był też wiekiem wielkich lektur. Zmieniła się funkcja czytania z poznawczej, budzącej refleksję, na czysto ludyczną (choć taka zawsze istniała, oczywiście). Natomiast w jakiejś nieokreślonej przyszłości sama literatura zapewne zaniknie. Albo będzie zupełną niszą dla grupki maniaków, jak, powiedzmy, balet, albo rzeźba.

Istotą życia jest sztuka oraz prawdziwa, nieskłamana bliskość z drugim człowiekiem, innych postaci życia nie ma.

Krzysztof Varga, „Dziennik hipopotama”

Szanujący się pisarz, zauważa pan z przekąsem, powinien słuchać Bacha – i pan rzeczywiście go słucha. Jak to jest z muzyką i pisaniem: czy pańskie powieści mają soundtracki?

Oprócz Bacha słucham jeszcze rozlicznych stylów muzycznych i kompozytorów, czy raczej artystów sceny, łącznie z ambitnym popem czy punk rockiem. Natomiast o ile moje powieści kiedyś miały soundtracki („Trociny”, „Tequila”) to dzisiaj oderwałem się od takiego zespolenia i skupiam się wyłącznie na słowie, a pisząc muszę być oderwany od wszelkich dźwięków.

Podczas lektury „Dziennika…” jesteśmy świadkami powstawania nowej powieści, której akcja dzieje się w katolickiej szkole męskiej. Jak stoi ta sprawa?

Stoi świetnie, choć trochę leży. Pracuję intensywnie, ale – między nami mówiąc – muszę ogarnąć mnogość wątków i spiąć je w logiczną całość. Im bardziej usiłuję zamknąć wątki, tym bardziej rozbiegają mi się na wszystkie strony. Jeżeli miałbym jakoś wytłumaczyć ideę tej książki, to będzie jakaś monstrualna wersja „Niepokoje wychowanka Törlessa”, tyle że we współczesnej Polsce i z bardzo silnym wątkiem katolickim. Na razie boję się, bym nie utknął w teologii, bo gęsto cytuję tam (czy raczej używam kryptocytatów) nie tylko Biblię, ale nawet pisma św. Augustyna i św. Tomasza, a siłą woli powtrzymałem się po sięgnięcie po apokryficzne księgi Nowego Testamentu. Ale nie lękajcie się! Będzie też tam to, co u młodych katolików nie mniej ważne: seks, a raczej fantazje seksualne, oraz pierwsze tragiczne próby z alkoholem.

Tytułowy hipopotam przewija się w dzienniku na różne sposoby – jako biblijne motto, postać z powieści Fry’a, pluszak jeżdżący w samochodzie, prawdziwe zwierzę z krwi i kości. Ale w sumie nadal nie jestem pewien: co pan dostrzega w tym zwierzęciu? (Tym ciekawsze to, że pański kolega z alfabetycznie ułożonej półki – Mario Vargas Llosa – też ma słabość do hipopotamów, zbiera ich figurki i nawet sztukę teatralną im poniekąd poświęcił).

To proste: hipopotam wygląda jak wielki pluszak i ogromna przytulanka, poczciwy grubasek, a to zwierzę bardzo terytorialne i agresywne.

„Dziennik hipopotama” Krzysztofa Vargi – w sprzedaży od 20 sierpnia 2020 r.

Krzysztof Varga (1968) – prozaik, felietonista, eseista. Niedoszły wiolonczelista i emerytowany punkowiec. Absolwent katolickiego liceum i polonistyki. Wieloletni redaktor i publicysta „Gazety Wyborczej”. Autor rozlicznych powieści, m. in. „Trociny”, „Masakra”,
„Sonnenberg”, a także opowiadań, prozy podróżnej o Węgrzech oraz książki o Edmundzie Niziurskim. Publikuje felietony w „Dużym Formacie”. Mieszka w Warszawie.

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
sabibi 12.11.2020 14:38
Czytelniczka

Dziennik Pana Krzysztofa jest najlepszą książką jaka czytałam od lat! I zarazem ma najgorszą, wręcz amatorską okładkę... aż boli!

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
MaDom 20.08.2020 15:24
Czytelniczka

"Gdybym dziś był dwudziestoparolatkiem, to chciałbym na zawsze stąd wyjechać i rozumiem każdego, kto pragnie porzucić ten kraj, odciąć się od niego i stać się kimś innym."
Jak ja dobrze rozumiem te słowa i podpisuje się po nimi

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Armand_Duval 23.08.2020 15:28
Czytelnik

Granice otwarte, więc nie p*****l tylko pakuj się i spadaj. Krzysia możesz zabrać ze sobą.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
MaDom 23.08.2020 15:54
Czytelnik

Piękne dzięki za radę.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Agata 20.08.2020 13:43
Czytelniczka

No i potwierdziło się - uwielbiam pana Krzysztofa! A za ten głos o braku wielkich polemik jestem mu niezmiernie wdzięczna. Niestety brak dyskusji, ożywczych sporów i zmagań intelektualnych widoczny jest również w życiu uniwersyteckim, zwłaszcza (!) w naukach humanistycznych i humanistyczno-społecznych, które przecież z żywej wymiany zdań powinny czerpać...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Tomasz Pindel 20.08.2020 10:01
Autor

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd