Kluczem do labiryntu jest serce, czyli emocje. Rozmowa z Donato Carrisim, autorem „W labiryncie”

Marcin Waincetel
13.03.2020

Jakim wartościom hołduje Donato Carrisi? Czy istnieją tematy, o których bałby się pisać? Jakie tajemnice skrywają korytarze najnowszej powieści włoskiego mistrza współczesnych thrillerów? O tym właśnie, między innymi, dowiecie się z obszernej rozmowy, którą udało się nam przeprowadzić z autorem.

Kluczem do labiryntu jest serce, czyli emocje. Rozmowa z Donato Carrisim, autorem „W labiryncie”

W labiryncie Donato Carrisi[OPIS WYDAWCY] Została porwana i zamknięta na piętnaście lat.
Uciekła.
Ale potwór, który ją uwięził, wciąż jest na wolności.
Jedyny sposób, by złapać Człowieka z Labiryntu, to włamać się do jej umysłu…

Dziewczyna, która zaginęła na lata.

Samantha budzi się w szpitalu. Nie ma pojęcia, co się stało, niczego nie pamięta. Towarzyszy jej mężczyzna, który przedstawia się jako doktor Green, policyjny profiler. Terytorium jego łowów to umysł przesłuchiwanego człowieka. Tam znajduje niezbędne dla śledztwa informacje. I tam poluje na przestępców.
Green wyjaśnia Samancie, co się stało: jako trzynastolatka została porwana przez potwora, który więził ją przez 15 lat. Nikt nie wie, w jaki sposób udało jej się uciec. Jest jednak pewne, że jej oprawca wciąż przebywa na wolności. Green wie, że klucz do złapania go ukryty jest głęboko w pamięci dziewczyny. Czy jest na tyle dobry w swojej profesji, by go odnaleźć?

Patronat Lubimyczytać.plCzłowiek, który nie ma nic do stracenia.

Bruno Genko, prywatny detektyw, obiecał przed laty rodzicom Samanthy, że ją znajdzie. Nie dotrzymał słowa. Teraz staje przed drugą i pewnie ostatnią szansą na złapanie oprawcy dziewczyny. Ciężko chory, staje do wyścigu z bezlitosnym czasem.

Zaczyna się polowanie na potwora.

Reklama

Czas mija, a przestępca jest wciąż na wolności. Czy Bruno zdąży rozwikłać zagadkę, która nie daje mu spokoju od lat? Czy Greenowi uda się dotrzeć do prawdy ukrytej w głowie Samanthy? Czy razem powstrzymają demonicznego Człowieka z Labiryntu, zanim skrzywdzi kolejną ofiarę? Każdy z nich ma coś do udowodnienia, każdy działa na własną rękę. Green – w sterylnych pomieszczeniach szpitala, w którym wraca do zdrowia Samantha. Bruno – na dusznych ulicach miasta ogarniętego falą niespotykanych upałów.

W filmowej adaptacji „W labiryncie”, która do polskich kin trafiła 28 lutego, występują Dustin Hoffman i Toni Servillo.

Marcin Waincetel: Wyobraźmy sobie sytuację, że jest pan profilerem. Osobą, która zostanie poddana specjalistycznemu badaniu, jest zaś… Donato Carrisi. Czego moglibyśmy się dowiedzieć o tym twórcy?

Donato Carrisi: Mamma mia! (śmiech) Tak, sądzę, że w tym przypadku przydałby się profiler! Nie wątpię! Ale przyznam też szczerze, że nigdy wcześniej nie byłem poddawany takiej analizie, dlatego trochę boję się odpowiedzi… No dobrze, żarty na bok. Bo gdy zaczynam myśleć o tym na serio, to wydaje mi się, że faktycznie jest we mnie taka bardzo cieniuteńka nić, która łączy jakoś wszystkie elementy mojej twórczości. Na szczęście, dzięki Bogu, nikt z moich bliskich, przyjaciół czy rodziny nie dostrzega tej nici, choć towarzyszy mi ona, tak naprawdę, chyba od samego początku – gdy się przebudzę i wypiję pierwszą kawę.

Donato Carrisi, autor W labiryncie

Z czego utkana jest ta metaforyczna nić?

Och, można powiedzieć, że ze wszystkiego, co najgorsze w tym świecie. Z włosów zaginionych dzieci. Z ciał ofiar, które później pokazuję na kartach swoich powieści. Z życia innych ludzi. To jest, rzecz jasna, wszystko umowne, bo nić odnosi się do mojej psychiki, ale to właśnie przy jej pomocy staram się tkać pomysły na zbrodnicze historie.

Skoro tak, to czy jest coś, czego boi się Donato Carrisi? I skąd bierze pan siłę do podejmowania coraz to nowych wyzwań? Bo tym też, w istocie, jest „W labiryncie” – opowieścią o wewnętrznej sile. 

Boję się niemal wszystkiego! Powiem tak… gdybym ja się nie bał, to i wy byście się nie bali. Bo przecież nie idzie się po kotlet do rzeźnika, który sam jest wegetarianinem, prawda? Tak naprawdę żywię się strachem. To uczucie, które może przeniknąć absolutnie wszystko. Znaleźć się w każdej sytuacji. A siłę do podejmowania wyzwań czerpię praktycznie zewsząd. Bo zarówno z książek, jak i filmów, od osób, z którymi się spotykam i dzielę swój czas. Muszę poddawać się regeneracji, bo siła jest mi potrzebna, aby opowiadać historie. Jestem na to skazany. 

Czy jest temat ze współczesności, o którym chciałby pan napisać, ale którego się pan boi? W nawiązaniu do wcześniejszego pytania – stanowi wyzwanie. I czy tylko kryminał?

W tym kontekście… nie ma tematów, których się boję. Jeżeli historia wydaje mi się wciągająca, to pójdę za nią do końca – niezależnie od tego, czego dotyka. Tak było w przypadku „Zaklinacza”, który mówi o sadystycznym mordercy, krzywdzeniu dziewczynek, niesprawiedliwości. Tymczasem to działało. W książkach tak naprawdę może dziać się wszystko. Przywołajmy „Draculę”, książkę, która w momencie premiery została uznana przez krytyków za obrazoburczą. A przecież tak naprawdę jest to opowieść miłosna! 

W labiryncie reż. Donato Carrisi

Granice między gatunkami bywają niedookreślone.

Dokładnie. A takie przejścia w konwencjach są możliwe. Choćby za sprawą thrillera, który nawiązuje do historii miłosnej. Bo gdyby były to opowieści mówiące tylko o zakochaniu, szczęśliwym życiu, beztrosce i tak dalej, i tak dalej, to nikt nie chciałby tego – na dłuższą metę – czytać. Historia miłosna, aby była wciągająca, też musi się opierać na przeciwstawieniu. Za sprawą ofiary i oprawcy. Tak jak jest to w mojej powieści. De facto wszystko może być thrillerem.

Czy istnieje przepis na idealną opowieść spod znaku zbrodni? 

Na szczęście nie istnieje. Gdyby istniał, to pewnie nie można byłoby opowiedzieć żadnej innej historii. Choć nie istnieje jeden wzór, to można tworzyć rozmaite kombinacje podobnych elementów, które wynikają z tego, że zło tkwi w każdym człowieku. W każdym z nas. Możemy to dowolnie deklinować, dowolnie stopniować, bo zło bywa czasami obecne w bardzo niewielkim wymiarze naszej codzienności. Nie musimy zabijać, aby grzeszyć. Każdy z nas, codziennie, robi złe rzeczy. Nienawiść w mediach społecznościowych. Rozpuszczenie plotki. Okłamywanie bliskich. To też jest czynienie zła.

Reklama

Czy lubi pan prowokować? „Labirynt” jest prowokujący, choćby za sprawą samego tytułu, który odnosi się do zamknięcia, rytuału przejścia, wyzwolenia…

Nie to, żebym lubił prowokować. To chyba nie jest najlepsze słowo. Powiedziałbym raczej o stymulacji, pobudzaniu. Staram się bowiem kształtować swoje filmy i książki w taki sposób, aby nie kończyły się na ostatniej stronie i napisach. Bardzo zależy mi na tym, aby historie żyły własnym życiem. Oddziaływały dłużej. Oczywiście żeby osiągnąć taki efekt, odbiorca musi sobie nieco pobrudzić ręce. Musi się zaangażować. Dać się w to wciągnąć. Moim celem jest to, aby zaprosić do udziału w intrydze. Nie przez przypadek mówimy o labiryncie. Bo jest to miejsce, do którego musimy wejść dobrowolnie. Jednak to ja – jako autor, konstruktor – decyduję, czy, i co ważniejsze, kiedy cię z niego wypuszczę.

W swojej powieści opracował pan wielopiętrową intrygę. Zaprasza nas pan do świata grzechu i świętości. Na salony prostytutek i do kościelnych archiwów. Od początku wiedział pan, do jakich miejsc udać się musi detektyw Genko, aby rozwiązać sprawę zaginięcia?

Jak najbardziej. Bo zawsze na początku tworzę pewną mapę i szlak, którym podążać będą musieli bohaterowie. Nie mam może opracowanych od samego początku absolutnie wszystkich etapów podróży, ale wiem, do jakiego zakończenia ma prowadzić wędrówka. 

Naszym przewodnikiem jest Genko, detektyw, który żyje z wyrokiem – śmiertelną chorobą. Jego celem jest jednak dojście do prawdy…

W labiryncie reż. Donato Carrisi

Nie do końca. To prawda, że przeżywa on wyjątkowo trudne, traumatyczne chwile. Szuka sensu w nierozwiązanej sprawie. Ale tak naprawdę jest egoistą, który martwi się tylko o siebie. „W labiryncie” to opowieść o ścieraniu się charakterów. Jest to gra między myśliwymi. Drapieżnikami. To gra wyborowych szachistów. Ofiara nie jest wcale bezbronna. Bo ona też potrafi wyrządzić zło.

Zło dobrem zwyciężaj… skoro tak, to czy kryminały i thrillery mogą spełniać funkcje terapeutyczne?

Dla czytelnika? Czy pisarza?

Dla czytelnika.

Tego nie wiem! (śmiech)

A dla twórcy?

Reklama

Nie, chyba też nie. Tym bardziej że ja ciągle zabijam, a nikt mnie jeszcze nie złapał. I jak tutaj mówić o oczyszczeniu z win?

Wspomniał pan kiedyś, że w pisaniu bardziej niż rozumem kieruje się emocjami. Co to właściwie znaczy?

Wyjaśnijmy to dokładnie. Nie wiążę się emocjonalnie z postaciami, które tworzę. Chodziło mi raczej o to, że samej narracji muszą towarzyszyć emocje – jako przyprawa, która nadaje smak i klimat opowieści. Nawiążę tutaj do „Hipotezy zła”, jednej ze swoich wcześniejszych powieści. Historia zasadza się na tym, że grupa zaginionych osób – nie wiadomo, co się z nimi działo w przeszłości – wraca po jakimś czasie, znikąd, aby zabijać. Wyrachowana, skomplikowana konstrukcja, przy której zabrakło mi jednak odrobiny przyprawy w postaci emocji. Nie wiedziałem, jak to doprawić, żeby czytelnik nie tylko przeczytał, ale również przeżył całość. Doszedłem do wniosku, że emocją, którą muszę włączyć, jest właśnie strach. Najbardziej pierwotny. Najbardziej przerażający. 

W jaki sposób go zdefiniować?

Powiedzmy sobie, że jest to strach, jaki czujemy jako małe dzieci. Bezbronne. Niewinne. Nie potrafiłem tego nazwać do momentu, gdy pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, w Londynie zobaczyłem dziewczynę z t-shirtem z napisem „Nie wiesz, czym jest strach, dopóki nie usłyszysz, jak ktoś kaszle pod twoim łóżkiem”. I to było to! Taki rodzaj strachu chciałem dołączyć do opowieści, po to, aby czytelnik prawidłowo rozpoznał uczucie utrwalone na kartach literatury. Poczuł strach, który dogłębnie przenika historię.

W labiryncie reż. Donato Carrisi

Aby pochwycić psychopatę w „Labiryncie”, trzeba zajrzeć do serca kobiety, co jest już zadaniem doktora Greena – profilera, który dzięki stopniowo rekonstruowanym wspomnieniom Samanthy tworzy mapę prowadzącą do siedliska zła. Jak właściwie wyglądało przygotowanie do opisywania tej historii?

Wydaje mi się, że kluczem do labiryntu jest faktycznie serce. Czyli emocje. Ale nie strach, tylko takie uczucia, a może bardziej odczucia, dzięki którym bohaterka może zdać sobie sprawę z tego, kim tak naprawdę jest. Bo wówczas dopiero zaczyna wygrywać ze złoczyńcą – kiedy zaczyna odzyskiwać świadomość. A wszystkie wspomnienia – cała pamięć – przylega do nas właśnie dzięki temu spoiwu, którym są uczucia. Gdy przypomina sobie, czym jest miłość do własnego dziecka, przypomina sobie też, kim jest ona sama. 

A kim jest właściwie Donato Carrisi? To znaczy – jakim twórcą? Czy istnieje artystyczne credo, pod którym się pan podpisuje?

Bardzo trudno jest mi na to odpowiedzieć, ale spróbuję. Problem tkwi bowiem w tym, że ja, no cóż, właściwie nie traktuję siebie jako artysty. Być może właśnie dlatego czasami udaje mi się tworzyć sztukę. A ponieważ nie definiuję się poprzez pryzmat artysty, lecz pewnego rodzaju pośrednika – czasami jestem narratorem historii, czasami coś po prostu przekazuję – to ocena zależy od publiczności. Czy to, co tworzę, jest sztuką. Dlatego też nie wymyśliłem żadnego artystycznego credo, bo nie postrzegam siebie w kategorii „artysta”. Natomiast mam jedno podstawowe założenie, które przyświeca mojej pracy, a mianowicie, że ludzkie historie mają nieocenioną wartość. I jeżeli istnieje ktoś, kto potrafi ich słuchać, a następnie opowiadać – na przykład w formie literackiej czy filmowej – to jest to jego obowiązkiem.

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
89
86
16.03.2020 22:26

Przeczytałem wszystkie (polskie wydania) książki tegoż Autora. Dla mnie obecnie nr 1. Strącił z tronu Mankella. Ciekawy wywiad, plus dla Pana Carrisiego za krawat.

W życiu trzeba szukać jasnych stron. Jest kwarantanna, można czytać. Carrisiego zdecydowanie.


98
29
14.03.2020 08:44

Pomocy! Czy ktoś może mnie oświecić i wytłumaczyć (jak krowie na rowie) jaki związek z historią Samanthy ma Mila Vasquez? A postać doktora Greena, który ją więzi i wmawia, że jest Samanthą? To czyje wspomnienia z czasu uwięzienia śledzimy na kartach książki i jaka jest rola doktor Green kobiety?


0
0
15.03.2020 23:32

Ja też nie mam pojęcia o co chodzi. Mila podpięła się pod wspomnienia Samanthy? Miała na brzuchu ślad po cesarce, "przypomniała sobie córkę, a także dziewczynkę przed którą zatrzasnęła drzwi i skazała ją na śmierć. Czy je to wspomnienia nie mam pojęcia, a czytać drugi raz nie będę. Może film coś wyjaśni, jak będę wiedziała czego się spodziewać.


1678
199
13.03.2020 13:30

Przyznaję się bez bicia, że jeszcze nic nie czytałam tego autora, choć kilka jego tytułów mam w stosie książek oczekujących na zapoznanie się.


185
153
13.03.2020 23:23

'Dziewczyna we mgle' jest świetna. Polecam.


350
3
13.03.2020 10:24

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd