Nie wierzę w „człowieka-monolit” - wywiad z Elą Sidi

LubimyCzytać
10.05.2018

Z Elą Sidi, Polką i Izraelką o najnowszej książce i trudnych relacjach polsko-izraelskich rozmawia Marcin Kruk. „Plotki o miłości” to historia kobiety kuszącej los, historia miłosnych szaleństw, ale też opowieść o samotności i o ciągłym niespełnieniu. Opowieść o kobiecie, którą kochało wielu, ale nikt nie potrafił wywiązać się z dawanych obietnic. 

Miłość i śmierć... Gdy odchodzą ci, których kochamy. Czy można kochać po wielkiej niespełnionej miłości? A jeżeli mylimy miłość z pożądaniem? Czy jest w tym czyjaś wina? Pożądanie dodaje sił, wyzwala emocje, które nadają blask i sens naszemu życiu, ale czy mamy do niego prawo? 

Plotki o miłości to historia nietuzinkowej, obdarzonej urodą i talentem Polki z Wybrzeża, która po nieudanym związku próbuje znaleźć szczęście u boku Izraelczyka w Erec Israel - kraju bogatym, dającym wielkie perspektywy, ale zarażonym śmiercią i lękiem. Jak żyć po tragicznej śmierci córki? Jak budować związek na ciągłych błędach i na gruzach związków sprzed lat? 

Plotki o miłości to historia kobiety kuszącej los, historia miłosnych szaleństw, ale też opowieść o samotności i o ciągłym niespełnieniu. Opowieść o kobiecie, którą kochało wielu, ale nikt nie potrafił wywiązać się z dawanych obietnic. 

Książka Eli Sidi tchnie psychologiczną dociekliwością. Nie zawsze wszystko jest tak, jak nam się wydaje. Dlatego nie stawiajmy zbyt pochopnie ocen przed przeczytaniem ostatniego zdania. Nie bądźmy sędziami, zanim obejrzymy ostatni akt.

Marcin Kruk: „Plotki o miłości” zaczynają się jak autobiografia – Polka budująca związek z Żydem… Ile w tym Pani, a ile zmyślenia?

Ela Sidi: Po częściowo autobiograficznej powieści „Czcij ojca swego” i faktograficznym „Izraelu oswojonym” napisałam książkę, która, jak wskazuje tytuł, jest pomieszaniem prawdy i fikcji. Faktograficzne są doniesienia medialne, którymi przeplatana jest narracja i które mają bezpośredni związek z losem powieściowych bohaterów.

Autentyczne są szczegóły dotyczące zamachów terrorystycznych, izraelskich i polskich realiów. Mogę zdradzić czytelnikom, że początkowa scena śmierci suczki, choć mogłaby się wydawać nieprawdopodobna, zdarzyła się naprawdę, podobnie jak tragiczny upadek dziewczyny z wysokiego piętra. Scenę z głównym bohaterem jadącym samochodem za odjeżdżającym do Egiptu autobusem zapożyczyłam z biografii mojej i mojego męża.

W powieści wszystkie postaci opowiadają osobiste historie o miłości. Część z tych historii usłyszałam od przyjaciół. Oczywiście nie przytoczyłam ich dosłownie, ale stanowiły one inspirację do niektórych scen.

Choć główna bohaterka tak jak ja nie jest Żydówką, buduje związek z Żydem, pracuje w izraelskich mediach, a nawet jest blondynką (wszystko to przypomina mnie), powieść nie jest autobiograficzna. Pozwoliłam sobie na dużą dozę fantazji.

Maja nie jest moim alter ego, choć częściowo identyfikuję się z nią, podobnie jak z innymi postaciami występującymi w powieści.

Kilka dni temu otrzymałam list od czytelnika spod Krakowa, który stwierdził, że „Plotki o miłości” to „książka o nim”.Jedna z czytelniczek napisała, że dla niej powieść jest „niesamowitą opowieścią o miłości, Izraelu, emigracji i życiu”. Myślę, że jedną z wartości tej książki jest łatwość identyfikacji z bohaterami i ich uniwersalność niepozbawiona jednak indywidualności.

Druga część książki rozgrywa się w Polsce: to wielogłosowa opowieść o bohaterce i zakazanej miłości, typowe plotki. Historia bohaterki opowiedziana z różnych perspektyw, przesadzona, zawierająca sprzeczności.

Trudno budowało się narrację opartą na tak łatwo odczytywanych tropach biograficznych?

Zależało mi na napisaniu powieści realistycznej, mającej odzwierciedlenie w życiu. Chciałam stworzyć postaci, które można zrozumieć niezależnie od tego, gdzie się mieszka i w jakiej wyrastało się kulturze i religii. Bohaterów, których zachowanie i działanie będzie dobrze umotywowane psychologicznie.

Aby urealnić narrację, wykorzystałam znane mi z autopsji miejsca i sytuacje.

Łatwo odczytywalne tropy biograficzne są częścią konstrukcji powieści: przemieszania faktów i fikcji. Najważniejsza była dla mnie kreacja zaskoczenia, zwrotu akcji potrzebnego do odkrycia przesłania książki o tym, że nie znamy prawdy o drugim człowieku, nawet jeśli jest to ktoś bliski czy ktoś, kogo wydaje nam się, że poznaliśmy i rozumieli.

Co było najtrudniejsze do opisania?

W powieści wielokrotnie pojawia się motyw kamienia o metaforycznym znaczeniu. Dużo pracy włożyłam w to, by naturalnie wpisał się w realistyczną narrację, a jednocześnie budził konotacje biblijne. Nie było to łatwo osiągnąć i nie mam pewności, że mi się to udało.

Najtrudniejsze jednak były opisy scen erotycznych. Ponieważ „Plotki o miłości” opowiadają o stosunkach damsko-męskich, nie wyobrażałam sobie, że zabraknie w nich opisu seksu, który jest częścią miłości. Jednak bardzo trudno opisywać erotyczne sceny bez korzystania z wulgaryzmów, specjalistycznego słownictwa medycznego czy poetyzowania lub eufemizmów, którym jestem przeciwna.


„Plotki o miłości” to powieść gorzka. Bohaterka przyjmuje maski, udaje. I tu znów pytanie odnoszące się do Pani doświadczeń – czy będąc obcą w obcym kraju, łatwiej być sobą czy udawać kogoś, kim się nie jest?

Nie wierzę w „człowieka-monolit”, niezmieniającego się z czasem i doświadczeniem, nieprzybierającego masek w zależności od sytuacji. Wszyscy nakładamy maski. Czasami nieświadomie, czasami automatycznie. Oczywiście nie tylko po to, aby okłamać innych, ale na przykład by lepiej się zaprezentować czy ukryć emocje, które nie są przeznaczone dla wszystkich lub które mogłyby stworzyć niewygodne społecznie sytuacje. Nie zawsze pozwalamy sobie na okazywanie uczuć, zwłaszcza tych negatywnych: złości, rozczarowania, braku aprobaty, strachu, nieśmiałości czy pożądania, zawiści lub niechęci.

Przed „gębą” uciec się nie da – jak twierdził Gombrowicz – i nie jest to kwestia miejsca zamieszkania, czy moich osobistych doświadczeń, ale ludzkie, uniwersalne doświadczenie.

W Izraelu nie udaję kogoś, kim nie jestem. Otwarcie przyznaję się do bycia nie-żydowką i jestem postrzegana jako ktoś z zewnątrz.

Jestem dumna z tego, że jestem Polką i dumna z tego, że jestem Izraelką. Podwójna tożsamość, wielość kulturowa może być zaletą, a nie wadą.

„Plotki o miłości” są także powieścią o rozczarowaniu. Sobą, życiem, miłością. Skąd ten ładunek smutku?

W Izraelu jedno na trzy małżeństwa się rozwodzi. Wiele związków trwa pomimo braku miłości. Sama zaś miłość nie zawsze przypomina „Pieśń nad Pieśniami” czy wiersze poetów. Miłość może przemijać, zamieniać się w przyzwyczajenie, nieść ze sobą ból, być niespełniona. Jest też największym darem od życia.

Często mijamy się w miłości albo nie potrafimy kochać, a miłość mylimy z pożądaniem, strachem przed samotnością, obowiązkiem.

Dla mnie „Plotki o miłości” nie są „powieścią o rozczarowaniu”, ale o wyborach i ich konsekwencjach. Książka porusza problem czasu i jego wpływu na nas, pokazuje złudę zmiany „po świętach”, „od poniedziałku”, „jak podrosną dzieci”, „jak się przeprowadzimy”, „dostaniemy nową pracę”, czy „jak schudniemy”.

„Plotki o miłości” to również opowieść o pozorach normalnego życia w Izraelu w cieniu wojny, terroru i przemocy, która niby nas nie dotyczy, a jednak...

Częściową odpowiedzią na genezę smutku w mojej twórczości może być chyba książka „Czcij ojca swego”.

W „Izraelu oswojonym” czytelnicy odnajdą dużo humoru i lekkość. „Plotki o miłości” budzą wiele emocji i refleksji.

Dookoła związków między osobami z innych sfer kulturowych, zwłaszcza dziś, narosło wiele mitów i legend. Co dla Pani było największym wyzwaniem?

Myślę, że w związkach, obojętnie czy jedno- czy wielokulturowych, najważniejsze jest nienarzucanie drugiej osobie własnej wizji świata, subiektywnych wartości i priorytetów. Odrębność może być darem albo ciężarem u szyi. Wszystko zależy od tego, ile wolności ofiarujemy drugiej osobie, na ile zaakceptujemy jej odmienność.

Dla mnie najtrudniejsza była odmowa konwersji na judaizm, której oczekiwała ode mnie rodzina męża, choć mój mąż nigdy na to nie nalegał i w pełni mnie akceptował, i nadal akceptuje, co jest podstawą dobrych relacji w naszym związku.

A było coś, czym Panią straszono, a w efekcie okazało się czymś absolutnie nieistotnym i błahym?

Bałam się negatywnego stosunku do moich dzieci, które, ponieważ nie jestem żydówką (judaizm dziedziczony jest od strony matki), w Izraelu nie są uznawane za żydów.

Przez jakiś czas odwoziłam syna do prywatnej, katolickiej szkoły w innym mieście. Było to bardzo uciążliwe i separowało go od najbliższego otoczenia. Kiedy w końcu zdecydowałam się przenieść syna do żydowskiej, państwowej szkoły, okazało się, że koledzy przyjęli go bez uprzedzeń i z czasem stali się jego przyjaciółmi.

Wracając do Pani doświadczeń, różnice religijne pogłębiały rozdźwięk kulturowo-społeczny czy były niezauważalne?

Dziadek mojego męża ze strony matki był rabinem w Rio de Janeiro. Rodzina ojca męża to syjoniści, którzy pod koniec XIX wieku („Pierwsza alija”) założyli żydowską osadę pod Jerozolimą, Har-Tuv. Nic więc dziwnego, że nieżydowska synowa w rodzinie stanowiła poważny problem, wynikający głównie z tego, że dzieci urodzone w związku, w którym kobieta nie jest żydówką zostają wykluczone ze społeczności żydowskiej.

Najbardziej bolesny stereotyp dotyczący Polaków, z jakim się Pani spotkała to…?

Niestety, nadal większość Izraelczyków uważa Polaków za antysemitów, a Polskę widzi przez pryzmat Zagłady, głównie jako „cmentarz narodu żydowskiego”.

Jak zareagowała Pani na polsko-izraelskie zamieszanie, które wybuchło po niefortunnej (delikatnie rzecz ujmując) ustawie o IPN?

Podobnie jak Izraelczycy, rozpatrywałam ustawę IPN nie w kontekście pojęcia „polskie obozy śmierci” (zdecydowana większość Izraelczyków ma świadomość tego, że obozy nie były polskie, a niemieckie), ale w kontekście próby zatuszowania historii i uniknięcia odpowiedzialności.

W Izraelu ustawa odbierana jest jako oficjalna polityka rządu polskiego, zmierzająca do ukrycia niewygodnych faktów takich jak pogromy, kradzieże mienia żydowskiego, istnienie polskich szmalcowników czy zbrodniarzy odpowiadających za zbrodnie, takie jak na przykład ta, która wydarzyła się w Jedwabnem.

Myślę, że należy w końcu rozliczyć się z przeszłością, która ciąży na teraźniejszości Polski i Polaków. Historii nie da się zmienić. Prawdzie nie da się zakneblować ust.

Ustawa osłaniająca tych, którzy mieli udział w zagładzie żydów, sugeruje, że tego typu postawy są w Polsce akceptowane, a nawet chronione przez prawo.

Oburza mnie fałszywe stwierdzenie izraelskiego polityka Yaira Lapida o „polskich obozach śmierci”, ale również antysemicka reakcja publiczności w Studio Polska TVP wymierzona przeciwko Adamowi Sandauerowi.

Jestem przeciwna ustawie, która spowodowała pogłębienie nieufności pomiędzy Żydami i Polakami, przyczyniła się do fali antysemityzmu w Polsce i antypolonizmu w Izraelu i w świecie, zaszkodziła normalizacji stosunków polsko-izraelskich i pokazała światu, że problem antysemityzmu nadal w Polsce istnieje i jest żywy.

Dlaczego tak trudno znaleźć nam wspólny język?

Polacy i Żydzi są do siebie podobni. Oba narody pielęgnują w kolektywnej świadomości martyrologie, identyfikują się z ofiarami i męczennikami. Patriotyzm i religia są zarówno dla Polaków, jak i dla Izraelczyków najwyższymi wartościami, które wpływają na postrzeganie świata w kategoriach: swój–przyjaciel, obcy–wróg. W Polsce i w Izraelu często patriotyzm mylony jest z nacjonalizmem. Pomiędzy Żydami i Polakami istnieje sporo niewyjaśnionych do końca pretensji i oskarżeń, wiele bólu, stereotypów, pogardy, niewiedzy i strachu. Każdy z narodów podpisuje się pod własną narracją historyczną, która nie zawsze jest obiektywna, i ma problemy ze zrozumieniem racji drugiej strony.

Myślę, że aby znaleźć wspólny język, należy wziąć odpowiedzialność za wyrządzone krzywdy, świadomie i powszechnie walczyć z antysemityzmem i antypolonizmem. Najpierw jednak trzeba chcieć zasiąść przy wspólnym stole bez wzajemnego oskarżania się, z otwartą głową i sercem. Być gotowym do zrozumienia, przebaczenia, wyrazić chęć do zbudowania nowych stosunków, które nie opierałyby się na licznych uprzedzeniach, ale wzajemnym szacunku i wiedzy.

Pytam o to, bo sama Pani mówi, że została gojką z wyboru, a element kulturowej bariery między Polakami a Żydami jest stałą częścią Pani twórczości. Myśli Pani, że kiedyś Polacy i Żydzi będą mogli ze sobą rozmawiać spokojnie i bez nieustannie buzujących emocji?

Pojęcie „gojka” w ustach niektórych Żydów ma znaczenie pejoratywne. Ja używam go zgodnie z pierwotną, biblijną etymologią. Oznacza ono nie-żydówkę.

Myślę, że rozmowy polsko-żydowskie zawsze będą emocjonalne, ponieważ jesteśmy dla siebie ważni, chociażby przez wspólną część dziedzictwa: religijnego, kulturalnego, historycznego.

Aby jednak nie były to negatywne emocje, potrzebna jest odwaga, przede wszystkim do rozliczenia się z czarnych plam historii i otwartość na odmienność.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
2782
4
10.05.2018 16:10

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd