Lubię ludzi, którzy stwarzają problemy

LubimyCzytać
15.03.2018

O inspiracjach przy tworzeniu bohaterów i tym, jakie niebezpieczeństwa czyhają na archeologów opowiada Marta Guzowska. Na rynku właśnie ukazała się jej najnowsza książka pt. „Ślepy archeolog”.

Bohaterem nowego thrillera Marty Guzowskiej jest Tom Mara – błyskotliwy, pewny siebie i odnoszący spore sukcesy archeolog, szef wykopalisk na Krecie. Który od lat jest niewidomy. Stracił wzrok jako osiemnastolatek podczas trzęsienia ziemi. Ma jednak doskonały słuch, węch i niezwykle wrażliwy dotyk. Wykształcił pamięć niemal absolutną – pamięta dokładnie każdy kamień, a na podstawie zapachu powietrza i kąta padania promieni słonecznych na twarz jest w stanie podać dokładną lokalizację.

W swoim nowym thrillerze psychologicznym Marta Guzowska stworzyła bohatera, który musi zmierzyć się z samym sobą – okazuje się, że łatwiej jest pokonać zagrożenia z zewnątrz niż zaakceptować własne słabości...

Po seriach z Mario Yblem i Simoną Brenner w pani najnowszej książce pojawia się nowy bohater – niewidomy archeolog, Tom Mara. Pomimo niepełnosprawności to człowiek sukcesu, pewny siebie, obcesowy, atrakcyjny dla płci przeciwnej, przekonany o swojej wybitności (ale jak pani pisze, tak ma podobno każdy archeolog…). Skąd pomysł na tę postać?

Pomysł na ślepego archeologa narodził się dosłownie w ułamku sekundy. Rozmawiałam kiedyś z przyjaciółką przy lunchu i nagle – naprawdę nie wiem dlaczego – przypomniałam sobie nowelkę Kima Stanleya Robinsona, którą kiedyś, naprawdę dawno temu czytałam we wkładce do czasopisma „Fantastyka”. To było jeszcze w czasach, kiedy „Fantastyka”, stara wersja tego pisma, publikowała arcydzieła światowej fantastyki, chyba nie do końca legalnie… W każdym razie nowelka nazywała się „Ślepy geometra”, pamiętałam z niej tylko tytuł. Pomyślałam wtedy: a gdyby tak ślepy nie geometra, ale archeolog? Wykopałam ten numer „Fantastyki” spod ziemi, musiałam przeprowadzić prawdziwą pracę detektywistyczną, żeby ustalić, kiedy nowelka została opublikowana. Przeczytałam ją, nie miała nic wspólnego z moim pomysłem, ale ziarno zostało już zasiane.

Czy autor powinien lubić swoich bohaterów?

Autor spędza ze swoim bohaterem kilka miesięcy, a jeśli to seria – kilka lat. Nie może go więc chyba całkiem nie lubić. Oczywiście mówię tylko za siebie, ale jestem pewna, że nie mogłabym uczynić głównym bohaterem powieści kogoś, kto byłby dla mnie całkowicie odrażający. Irytujący – to co innego. Lubię ludzi trudnych, którzy stwarzają problemy. Świetnie się o nich pisze.

Tom Mara zostaje wciągnięty w tragiczną grę, bezpieczeństwo jego i jego podwładnych jest zagrożone. Czy zemsta i zazdrość to broń płci pięknej? Czy panowie są tylko marionetkami w damskich rękach?

Pewnie powinnam przytaknąć, ale nie uważam tak, są przecież perfidni mężczyźni i perfidne kobiety. A Tom jest po prostu nadętym pyszałkiem. Aż się prosił, żeby go wrobić w jakąś aferę. Muszę przyznać, że sporo przyjemności sprawiało mi opisywanie, jak schodzi z niego powietrze i traci pewność siebie. Ale myślę, że taką intrygę może ukuć i kobieta, i mężczyzna.

Szczegółowo i starannie odtwarza pani świat i zasady funkcjonowania niewidomego bohatera – co było najtrudniejsze w tej postaci?

Wszystko! Bardzo trudno było mi sobie wyobrazić, jak to jest żyć bez wzroku. Poczynając od spraw codziennych, a kończąc na takich szczegółach jak to, czy pod powiekami widać jakieś odcienie szarości, czy może – tak jak w przypadku osób widzących, kiedy zamkną oczy – pomarańcz i czerwień. Najwięcej czasu w pracy nad książką spędziłam właśnie próbując sobie wyobrazić, jak zachowałabym się w konkretnej sytuacji, nie widząc. I czytając – obłożyłam się literaturą o osobach niewidomych.

Wspomina pani, że pomagała pani niewidoma konsultantka. Jak bardzo musiała ingerować? Czy coś panią zaskoczyło w jej ocenie?

Jestem bardzo wdzięczna Joannie Pawłowskiej, która zgodziła się przeczytać fragmenty o niepełnosprawności Toma. Szczerze mówiąc, obawiałam się jej zdania, bo przy kreowaniu Toma starałam się z niego zrobić takiego trochę superślepca, który radzi sobie w różnych niecodziennych sytuacjach i robi to z pełną nonszalancją. A tymczasem pani Joanna wytknęła mi kilka miejsc, w których Tom jest… fajtłapowaty. Powiedziała, że ona sama i większość znanych jej niewidomych poradziłoby sobie lepiej w takiej sytuacji. Więc życie, jak zawsze, wyprzedziło sztukę.

Wydawałoby się, że nie da się pogodzić zawodu archeologa z byciem niewidomym – a jednak pani bohater radzi sobie doskonale. Czy uważa pani, że współczesna technologia sprawia, że dziś właściwie nie ma granic w wyborze zawodu dla osób niepełnosprawnych?

Sama jestem archeologiem i podczas pisania tej powieści zastanawiałam się cały czas, czy potrafiłabym się wytrenować w tej pracy aż tak jak Tom. To jednak praca bardzo oparta na wzroku. Ale z drugiej strony przy fenomenalnej, a do tego wyćwiczonej pamięci… Wyobrażam sobie, że to mogłoby być możliwe, przynajmniej do pewnego stopnia. Myślę, że w przypadku coraz większej liczby zawodów technika czyni je dostępnymi dla osób z niepełnosprawnością. Oczywiście teoretycznie, bo w praktyce wiąże się to z dużymi pieniędzmi, których często nie ma. Ale ponieważ i tak wiele wskazuje na to, że maszyny nas niedługo zastąpią, pewnie ten problem zniknie. Notabene, widziałam niedawno listę zawodów ustawioną w kolejności, w jakiej będą najprawdopodobniej zastępowane przez sztuczną inteligencję. Archeolodzy byli na samym końcu!

Ze wszystkich zmysłów – pozbawienie którego z nich byłoby dla pani najtrudniejsze?

Właśnie wzroku! Świetnie mogłabym funkcjonować bez słuchu. W końcu poświęcenie Rolling Stonesów czy Vivaldiego za błogosławieństwo nie słyszenia co chwila „mamoooo” i „kochanieeee” wydaje się małą ofiarą. Pewnie mogłabym też funkcjonować bez smaku, węchu i dotyku, chociaż te zmysły są dla mnie bardzo ważne. Ale bez wzroku? Bez kolorów? Bez dzieł sztuki? Nie wyobrażam sobie.

Czy praca na stanowisku archeologicznym to niebezpieczne zajęcie? Po lekturze pani najnowszej książki mam wrażenie, że to zajęcie tylko dla ludzi wyjątkowo odważnych…

Z pewnością archeolodzy, którzy kiszą się tygodniami w małym gronie i pracują w upale, pocie i kurzu, a do tego nie dosypiają, nieustannie mają ochotę kogoś zamordować. Ale nieznane mi są przypadki, kiedy rzeczywiście to zrobili. Natomiast opisywane przeze mnie w powieści „Ślepy archeolog” stanowiska Halasmenos i Katalimata istnieją naprawdę, i Katalimata naprawdę mieści się na półce skalnej nad przepaścią. Wyobrażam sobie, że łatwo można kogoś stamtąd zepchnąć. Oczywiście można też po prostu potknąć się i spaść bez niczyjej pomocy…

Akcja pani nowej powieści toczy się na Krecie, odwiedziła pani to miejsce podczas pracy jako archeolog. Dlaczego właśnie ta wyspa?

Nie chciałabym wyjść tutaj na egzaltowaną paniusię, ale z Kretą łączy mnie specjalna więź, którą mi bardzo ciężko zdefiniować. Kiedy po raz pierwszy – wiele, wiele lat temu – wysiadłam na wyspie z promu, bladym świtem, zmęczona, zmarznięta i niewyspana po całej nocy na statku, poczułam, że wróciłam do domu. Więc może to się po prostu nazywa miłość? Spędziłam na tej wyspie wiele sezonów wykopaliskowych, pracując właśnie w Halasmenos, a potem też w Knossos, w Muzeum Stratygraficznym, które również pojawia się w powieści. Moim największym marzeniem jest tam zamieszkać (nie w muzeum, na Krecie!). Tylko wtedy pewnie już bym nic nie napisała, siedziałabym przed knajpą i gapiła się na morze.

Często wydaje się, że praca archeologa ma w sobie wiele z fascynujących zajęć Indiany Jonesa. A tymczasem pisze pani, „archeologia więcej ma wspólnego z potłuczonymi garnkami niż z kolumnami. Ze śmieciami, a nie z granitowymi posągami”. Niemniej w pani książkach, co świetnie widać, nie ukrywa pani miłości do tego zawodu…

Ciężko byłoby ukryć. Zresztą kto powiedział, że potłuczone garnki można kochać mniej niż kolumny. I że one są mniej ciekawe. Właściwie są o wiele ciekawsze, archeolodzy potrafią właśnie z potłuczonych garnków wyczytać naprawdę sporo informacji na temat ludzi, którzy ich używali. Kolumny są po prostu większe, bardziej rzucają się w oczy, ale to garnki są chlebem codziennym każdego archeologa. Od starożytności nic się nie zmieniło: na co dzień mamy więcej do czynienia z talerzami we własnej kuchni, niż ze wspaniałym budynkiem o ciekawej architekturze gdzieś w centrum dużego miasta.

Często w swoich książkach prowadzi pani narrację pierwszoosobową – to pozwala budować bezpośrednią relację z czytelnikiem. Czy pisząc zastanawia się pani, kim jest czytelnik i jak zareaguje w konkretnych momentach w powieści?

Nigdy! Nie mogę sobie pozwolić na myślenie o tym, jak czytelnik odbierze moją książkę czy jej konkretne fragmenty, bo umarłabym ze zdenerwowania i w rezultacie nic nie napisała. Kiedy piszę, jestem tylko ja i moi bohaterowie. A właściwie istnieją tylko oni, ja znikam. Kiedy pisanie mi idzie, czuję się, jakbym oglądała film, w którym występują. Moja rola sprowadza się do szybkiego spisania dialogów.

Mottem książki uczyniła pani wypowiedź doktora House’a – pani bohater pod wieloma względami przypomina tę postać – profesjonalista, cynik, człowiek samotny, choć otoczony wianuszkiem kobiet, z wyraźną niepełnosprawnością… Czy uważa pani, że współcześnie to właśnie seriale mogą nam najwięcej powiedzieć o nas samych?

Seriale na pewno mają taką możliwość: podobno ich scenariusze są mniej cenzurowane niż filmów kinowych, a boom na seriale w ostatnich latach pewnie spowodował też, że do branży napłynęły pieniądze, czyli możliwości. Poza tym podoba mi się, że w wieloodcinkowej formie można powiedzieć więcej niż podczas dwóch, czy nawet trzech godzin. Dodatkowo, jeśli serial mi się podoba, bardzo się „zaprzyjaźniam” z jego bohaterami i po skończeniu serii trochę mi ich brakuje. Wiem, że to aberracja, ale pisarze chyba już tak mają, że nie do końca odróżniają rzeczywistość od fikcji.

Ale muszę przyznać, że film, który ostatnio powiedział mi bardzo dużo o mnie, to nie serial, tylko kinowe „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Więc chyba nie ma reguły.

Jakie plany? Nad czym pani teraz pracuje?

Przymierzam się teraz do napisania pierwszej powieści, w której nie będzie ani jednego archeologa! Sama nie wiem, jak to zrobić. Może umieszczę w niej chociaż jakąś starożytną rzeźbę w tle.

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
26
18
18.03.2018 13:58

Zainteresował mnie tytuł wywiadu "Lubię ludzi, którzy stwarzają problemy"...w dzisiejszych czasach to chyba mało spotykane.
W różnych książkach/artykułach/publikacjach można się spotkać z "radami" aby otaczać się osobami którzy problemów nie mają, są zawsze uśmiechnięci...gdyż przecież ludzie z problemami wyciągają z nas energię.

Ja się cieszę że jednak są jeszcze osoby,...

więcej

2802
4
15.03.2018 10:30

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd