Sztuka przekładu

Bogdan Bogdan
31.01.2015

Jako czytelnik oczekuję od przekładu dwóch rzeczy: wierności i urody. Wierność oryginałowi wydaje się sprawą podstawową i na tyle oczywistą, że chyba niemal każdy z nas biorąc do ręki książką przetłumaczoną na polski z góry zakłada, że ma do czynienia z odpowiednikiem oryginału w skali 1:1. Z kolei przez urodę rozumiem walory przekładu jako tekstu „samego w sobie”. Bo cóż z tego, że tłumaczenie okaże się najbardziej nawet wierne, jeżeli jego styl będzie kulał, raził manieryzmami czy powtórzeniami (nie wspominając o zwykłych błędach językowych).

Dla czytelnika ocena wierności przekładu jest dość trudna, gdyż wymaga dobrej znajomości języka oryginału oraz dostępu do oryginalnego tekstu. Ale jest też ciekawsza, gdyż może przynieść naprawdę sporo zaskoczeń i niespodzianek. Inna rzecz, że nie zawsze przyjemnych. W bardzo ciekawym tekście „Chirurg wiecznie żywy”* Marek Bieńczyk, sam znakomity tłumacz, omawia przekład „Niebezpiecznych związków” Laclosa dokonany w 1912 roku przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, skądinąd najsłynniejszego chyba tłumacza literatury francuskiej. Z niemałym zaskoczeniem dowiedziałem się od Bieńczyka, że klasyczną powieść epistolarną Żeleński potraktował nie tylko jak tłumacz, ale też despotyczny redaktor, bezceremonialnie wyrzucając, wedle własnego uznania, całe zdania, wstęp, a nawet poszczególne listy. Tak Bieńczyk pisze o reakcjach na te rewelacje swoich rozmiłowanych w literaturze francuskiej znajomych: „Jak to! Niemożliwe!” Odpowiedzi były zgodne: zdziwienie i właśnie poczucie, że się zostało oszukanym.

No tak, oszukanym. Spodziewamy się przecież wersji 1:1, a otrzymujemy wersję 2.0. Ale nie tylko takie osobistości jak Boy-Żeleński pozwalały sobie na poprawianie autora. Swego czasu przeczytałem w oryginale powieść Grahama Swifta „Out of this World”. Niedługo potem wpadło mi w ręce jej polskie wydanie („Z tego świata”, Czytelnik, 1995r. Przekład: Maria Olejniczak-Skarsgard). Z ciekawością zacząłem je przeglądać, porównując oryginał z tłumaczeniem. Już po paru stronach natrafiłem na przykład ingerencji tłumaczki na miarę Żeleńskiego, gdy cały fragment tekstu został nie tyle przetłumaczony, co gruntownie przeredagowany. Oto bohaterka powieści imieniem Sophie czeka w kuchni na hydraulika. Dwoje dzieci śpi na górze. Fachowiec zjawia się, przystępuje do pracy. Wtedy kobieta zaczyna zachowywać się prowokacyjnie. W oryginale rozwój wydarzeń wygląda tak: he hitched up my skirt, right here in the kitchen, with his hands greasy, with the twins upstairs sleeping, and I said: „C'mon! C'mon fuck me, fuck me good, you great hog!. Natomiast w „przekładzie” brzmi to następująco: ...usmarowanymi rękami podciągnął mi spódnicę, na samym środku kuchni, kiedy na górze spali bliźniacy, i wykrzyknął: „– No już! Dawaj, dawaj, co masz, ty krowo!". Tak więc z woli tłumaczki niewierna żona w polskiej wersji milczy, a zamiast niej odzywa się mężczyzna. Gdzieś po drodze giną też wulgaryzmy. Mamy zatem do czynienia z podwójną niewiernością: bohaterki wobec męża i – co o wiele gorsze – tłumaczki wobec oryginału.

Warto jednak zaznaczyć, że zdarzają się przypadki zbyt daleko idącej, a właściwie – mocno spóźnionej wierności. Taka sytuacja może mieć miejsce jedynie wówczas, gdy purystyczny przekład jest kolejnym tłumaczeniem utworu już ugruntowanego w świadomości czytelników. Tak właśnie stało się w przypadku „Kubusia Puchatka”, który w 1986 roku niespodziewanie został przechrzczony na „Fredzię Phi-Phi”. Czytałem wywód tłumaczki, Moniki Adamczyk, logicznie uzasadniający taki właśnie wybór imienia, rzeczywiście dużo bliższy oryginalnemu „Winnie-the-Pooh”. Pozostałem jednak zwolennikiem mniej wiernej, ale dużo bliższej sercu wersji Ireny Tuwim z 1938 roku. I z pewnością tak samo zareagowałbym na propozycję zastąpienia „Ani z Zielonego Wzgórza” np. przez „Anię z Zielonego Poddasza” – pomimo że w oryginale mamy przecież „Anne of Green Gables”, gdzie „gable” oznacza szczytową ścianę domu, a nie żadne wzgórze.

Jak widzimy, tłumacze oprócz swego podstawowego zadania biorą czasem na siebie dodatkowe obowiązki redaktora lub obyczajowego cenzora, bywają też bezkompromisowo radykalni. Zdarzają się im jednak bardziej przyziemne wpadki, gdy po prostu nie znają właściwego znaczenia jakiegoś słowa czy zwrotu, co daje efekt tragikomiczny. Ciekawy przykład podaje na swoim blogu** tłumacząca z niemieckiego Agnieszka Hofmann. W pewnej powieści występuje magiczny, latający stwór. Gdy w którymś momencie musi on szybko znaleźć się na drugim końcu miasta, zrywa się do lotu i frunie „zacking” – w sensie „błyskwicznie”. Niestety, tłumacz znał tylko jedno znaczenie słowa „zacking”, wywodzące się od zygzaka. Zatem w jego tłumaczeniu stwór poleciał na drugi koniec miasta wcale nie błyskawicznie, ale właśnie zygzakiem.

Po niedostatkach wierności wspomnijmy o skazach na urodzie przekładu. Nie muszą to być koniecznie ewidentne błędy. Czasem są to jedynie nie najlepsze pomysły tłumacza, któremu przyjdzie zmierzyć się z jakimś nietypowym określeniem. Ostatnio czytałem powieść „Ogrody słońca” Paula McAuleya (świetny przykład tzw. twardej s-f, niestety coraz rzadziej spotykanej). Autor jest biologiem, nic więc dziwnego, że w świecie jego powieści nie brakuje takich pomysłów jak wyrafinowane mutacje genetyczne czy „organizmy próżniowe”. Cechy żywych organizmów miewają też takie na co dzień zupełnie martwe obiekty jak opatrunki czy dywany. W ich przypadku tłumacz zdecydował się na fatalnie brzmiący przymiotnik „półżywy”. Mamy więc „półżywy dywan”, „półżywy opatrunek” i tak dalej, dziesiątki razy. Tymczasem określenie „półżywy” występuje w naszym języku w bardzo określonych, dalekich od obiektywnego opisu kontekstach, np. „byłem półżywy ze zmęczenia”. Powtarzające się „półżywości” w „Ogrodach słońca” mocno mi dokuczyły w trakcie lektury. Jakby nie można było załatwić sprawy choćby przymiotnikiem „organiczny”.

Warto też wspomnieć o jeszcze innej sytuacji, gdy tłumaczenie jest zarówno wierne, jak też pozbawione językowych mankamentów, a i tak w porównaniu z oryginałem jest kiepsko. Otóż dziwiłem się kiedyś popularności Johna Grishama. Przeczytałem dwie czy trzy jego powieści i wydały mi się one, jak na literaturę gatunkową, stanowczo zbyt rozciągnięte i spowolnione. Wreszcie jednak sięgnąłem po jedną z nich w oryginale („The Summons” - „Wezwanie”***). I co się okazało? Że Grisham posługuje się wyjątkowo jędrnym, wyrazistym stylem, nadającym zdaniom soczystość i dynamizm - nawet gdy akcja mocno zwalnia. Żeby nie zanudzać czytelników nieanglojęzycznych oto mała tylko próbka: bohater powieści, Ray, jest wykładowcą podrywanym przez atrakcyjną studentkę. Gdy ta proponuje spotkanie, on odmawia (nie bez trudu, rzecz jasna): She left him with the same lingering smile and look, and Ray knew that she was trouble. W tłumaczeniu to zdanie brzmi tak: Wyszła, posławszy mu to samo długie spojrzenie i ten sam uśmiech, i Ray wiedział już, że może mieć przez nią kłopoty. Porównajmy: "she was trouble" i „może mieć przez nią kłopoty”. To zupełnie jak „top ten” i „najlepsza dziesiątka”. Tu, niestety, nawet najlepszy tłumacz nie pomoże. A kiedyś optymistycznie sądziłem, że tylko poezja traci w tłumaczeniu...

Nie chciałbym jednak ograniczać się wyłącznie do przykładów negatywnych. Bywają przecież tłumacze tak znakomici, że zapoznanie się z ich pracą ma głęboki sens nawet po przeczytaniu oryginału. Jednym z takich tłumaczy jest niewątpliwie Robert Stiller, autor kongenialnego przekładu „Lolity” Nabokova. Już strona tytułowa książki (wyd. PIW, 1991) sygnalizuje niecodzienne dokonanie translatorskie: „Vladimir Nabokov. Lolita. Powieść. Przełożył z angielskiego i rosyjskiego Robert Stiller”. Powieści towarzyszy 20 stron posłowia tłumacza i 50 stron przypisów jego autorstwa. Przypisów, zwłaszcza w prozie, zazwyczaj nie lubię, ale tym razem stanowią one dla czytelnika intelektualną ucztę. A także lekcję pokory, gdyż Stiller daje w nich dowód takiego poziomu erudycji i kompetencji, o jakim można jedynie pomarzyć.

Dlatego sobie i wam życzę jak najwięcej wspaniałych książek, przełożonych tak wiernie i pięknie jak „Lolita” Nabokova w tłumaczeniu Roberta Stillera.

* Marek Bieńczyk, „Książka twarzy”, Świat Książki, 2011.
** http://krimifantamania.blogspot.com/
*** John Grisham, „Wezwanie” Amber, 2002. Przekład Jan Kraśko

Reklama

komentarze [48]

Sortuj:
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Delur 15.02.2015 19:32
Bibliotekarz

Jak to mówił Stanisław Barańczak przekłady są jak kobiety, albo wierne, albo piękne ;)

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
05.02.2015 11:54

Na pewno sztuką jest pogodzenie wierności i urody, dlatego optymalnie byłoby gdyby za tłumaczenia brali się w jednej osobie: językoznawcy, erudyci, pasjonaci tematu, mający czas na spokojne studiowanie dzieła latami i przełożenie go w zgodzie z zamysłem autora i duchem czasu...

I gdzie dziś takich osób (jak Maciej Słomczyński) szukać?

Często poza głównym nurtem - w...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
konto usunięte
03.02.2015 19:10
Czytelnik

Użytkownik wypowiedzi usunął konto

Dwojra 02.02.2015 13:06
Czytelniczka

Wierności i urody? :D A to dobre. Stare porzekadło głosi:

"Przekłady są jak kobiety: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne"

Pozdrawiam.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Bogdan 02.02.2015 19:48
Oficjalny recenzent

Całe szczęście, że nawet najstarsze porzekadła to tylko stereotypy, a nie prawdy objawione :)

Również pozdrawiam

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
milla 01.02.2015 19:55
Czytelniczka

Nie cierpię cenzurowania i wycinania pokaźnych fragmentów z książek. Już kilka razy trafiłam na utwory, w których tłumacz powywalał pokaźne partie tekstu - niektóre z nich zawierały istotne dla zrozumieniu powieści informacje. Trafiłam też na książki, w których od razu było widać, że tłumacz nie włada perfekcyjnie językiem, z którego przekłada, albo tłumaczy niechlujnie,...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Russkaya 01.02.2015 14:36
Czytelnik

Na obronę tłumaczy rzec pragnę, że w dzisiejszych czasach od tłumacza wymaga pracy pod ogromną presją czasu. Jeżeli nie ma czasu na zastanowienie się nad najlepszą wersją przekładu, wybiera się to, co pierwsze przyjdzie do głowy.
Oczywiście, nic nie tłumaczy przekładów byle jakich, robionych ewidentnie na kolanie i z tak ewidentnymi błędami, że zauważą je nawet osoby...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Katik 01.02.2015 12:37
Tłumaczka

Dodam coś od siebie, jako zawodowy tłumacz ;)
Zawsze chciałam być tłumaczem literatury, ale to wymaga lat pracy nad własnym stylem i doskonałej znajomości języka oryginału i przekładu (bo często znajomość języka ojczystego też jest problemem). Wstrzymuję się więc na tę chwilę z uderzaniem do wydawnictw, szczególnie że bycie tłumaczem literatury ma niestety swoje ciemne...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
AuroraBorealis 01.02.2015 11:38
Czytelniczka

Niestety jako osoba związana z tłumaczeniami muszę przyznać, że często "tłumacz jest zdrajcą" czyli traduttore traditore, nie zawsze uda się przełożyć tekst i wiernie go oddać, trzeba go nagiąć, dopasować do realiów danego kraju, tak by np w naszym języku miał tekst sens itp. Często nie da się tłumaczyć tekstu słowo w słowo, bo wyjdą z tego dziwactwa :). Dlatego albo...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Dominika Rygiel 01.02.2015 12:10
Czytelniczka

Dlatego też ważne aby tłumacz umiał zachować złoty środek. Wiadomo, że tłumaczenie słowo w słowo przynosi więcej szkody niż pożytku ale zbytnia ingerencja w tekst też jest niewskazana.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
żabot 01.02.2015 10:31
Bibliotekarz

Patrząc na większość przedstawionych tu przykładów rzekłbym, że tłumaczenie to jedno, ale gdzie - u licha - jest redaktor? To, że tłumacz się śpieszy i puszcza powtórzenia, nie zawsze najzręczniejsze wyrażenia w danym kontekście, to swoją drogą. Ale jakiś durny redaktor za coś bierze kasę, nie? Ano właśnie za poprawienia takich byków. Ale czemu się dziwić: jako anegdotę...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
mynameism 01.02.2015 12:14
Czytelniczka

Ze smutkiem się zgadzam z wieloma przytoczonymi tu przykładami. Moje koleżanki ze studiów zawsze dziwiły się, że chciałam zostać tłumaczem. "Przecież to się trzeba tyle uczyć, to jest trudny zawód", mówiły. Według mnie żeby wykonywać dobrze jakikolwiek zawód, trzeba się przykładać.
Zgadzam się co do korekty. Od tłumacza zawsze wymaga się pracy z prędkością odrzutowca i to...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
żabot 01.02.2015 13:10
Bibliotekarz

Powiem więcej... to tłumacz najczęściej dostaje po łbie, ale w większości przypadków nie za swoje winy. Od tego, żeby tekst dało się czytać i był po polsku odpowiada przede wszystkim redaktor i to redaktor "robiący" tekst przed przełamaniem. Potem już są tylko korekty. Widziałem już sporo przykładów, kiedy na etapie drugiej korekty po przełamaniu (czyli po składzie) trzeba...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Molly 01.02.2015 17:50
Czytelniczka

mynameism : a co studiowałaś, jeśli można spytać?

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
mynameism 01.02.2015 17:57
Czytelniczka

Filologię angielską.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Molly 01.02.2015 18:41
Czytelniczka

O, widzę bratnią duszę :). A robiłaś jakąś specjalizację, żeby zostać tą tłumaczką czy filologię ogólną? I jak Ci się udało przebić później ? (Przepraszam, że tak wypytuję, ale sama od października chcę zacząć ten kierunek i ciekawi mnie jak to właściwie wygląda z tymi specjalizacjami i czy nie lepiej iść na przykład na lingwistykę stosowaną, bo bycie nauczycielką raczej...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
mynameism 01.02.2015 18:58
Czytelniczka

Żeby nie zaśmiecać wątku, odpowiem Ci w prywatnej wiadomości.

Chciałabym również dodać (to już w temacie), że nieraz sami czytelnicy nie wiedzą, czego chcą. Z jednej strony, gdy książka ukaże się w oryginale, oni po tygodniu chcieliby już polską wersję i narzekają, gdy na takową trzeba czekać. Z drugiej strony krytykują przekład i redakcję robione w pośpiechu,...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Yume 31.01.2015 21:42
Czytelniczka

Świetnie i ciekawie napisany tekst, jednakże jeden drobny szczegół zwrócił moją uwagę. Zamiast "zacking" powinno być "zackig". Cóż, w tym momencie większość z was pomyśli sobie, że się czepiam, ale taka jest natura filologa ;)

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd