Kurs pisania #5 – płodzimy głównego bohatera

Remigiusz Mróz
29.11.2014

Matthew McConaughey (prawdopodobnie) zagra Randalla Flagga w ekranizacji „Bastionu” Kinga. W porządku, świetna wiadomość, ale… kto wcieli się w rolę naszego protagonisty? Musi być to ktoś wyrazisty – bo przecież tak zaprojektowaliśmy bohatera. Musi być zblazowany życiem, ale jednocześnie magnetyczny – w końcu wszystko, co robi, daje taki obraz. Musi też być blondynem, bo przecież napisaliśmy na trzeciej stronie, że ma jasne włosy, a potem na trzysta dwudziestej siódmej przypomnieliśmy o tym, gdy podnosił sobie grzywkę na żel.

A tu klops. Dostajemy bruneta. Co gorsza czytelnicy jak jeden mąż twierdzą, że oczyma wyobraźni widzieli protagonistę właśnie takim.

Co robić? Jak żyć? Premiera już zapytać nie możemy, bo wyemigrował do Brukseli. Może więc podpytamy redaktora, albo poczytamy trochę w literaturze przedmiotu?

Przy książce, nad którą obecnie pracuję – i wydaje mi się, że będę pracować nad nią jeszcze przez kilka eonów – redaktor zasugerował mi, by trochę dokładniej nakreślić głównego bohatera. Napisać, jaki ma kolor włosów, od ilu lat pracuje w policji, gdzie mieszka, ile właściwie ma lat, et cetera. I choć zazwyczaj przyjmuję rady redaktorów z otwartymi rękoma, tę konkretną postanowiłem zignorować (no, prawie, bo dzięki niej wpadłem na kilka innych pomysłów).

Skąd mój opór? Jeśli czytaliście wcześniejsze odcinki, wiecie, że wyrocznią pisarską jest dla mnie Stephen King. Jeżeli on twierdzi, że co do zasady nie warto opisywać wyglądu bohaterów, a przy backstory ograniczyć się do minimum, to jest to dla mnie dobry punkt wyjścia.

Ale przejdźmy do konkretów…

Jak inni kreują głównych bohaterów?

Mojemu redaktorowi przyświecały dobre chęci. Uznał, że postać nie jest wystarczająco wyrazista, więc chciał zasugerować, by oddalić go nieco od konstrukcji „bohatera idealnego”. Najlepiej jednak robić to z pomocą samego protagonisty, nie zaś narratora. Lepiej pokazać człowieka w działaniu, niż opisywać go jak obraz na ścianie czy panoramę, jaka roztacza się z okna.

Kto czytał „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”? Pamiętacie, w jaki sposób został przedstawiony Mikael Blomkvist? Wyszedł z sali sądowej, pokonany i kręcący nosem na zebranych dziennikarzy. Nie wiedzieliśmy, ile ma lat, nie znaliśmy jego stanu cywilnego, nie byliśmy w stanie nawet stwierdzić, czy przypadkiem nie jest łysy. Pewne rzeczy zaczęły odkrywać się przed nami stopniowo – tak, jak w życiu poznajemy drugiego człowieka – a inne Stieg Larsson pozostawił naszej wyobraźni do rozstrzygnięcia.

Weźmy jedną z najgłośniejszych premier tego roku, „Przebudzenie” Kinga. I to nie tylko dlatego, że traktuję go jako wyrocznię – King na bieżąco śledzi światowe trendy w literaturze i nie wstydzi się tego. Podkreśla, że aby dobrze pisać, trzeba dobrze orientować się na rynku i wiedzieć, jak pisane są bestsellery.

W „Przebudzeniu” głównym bohaterem jest Jamie Morton, któremu towarzyszymy od kiedy chłopak skończył sześć lat. Idziemy z nim przez całe życie, poznając blaski i cienie bycia rockmanem w drugiej połowie XX wieku. Ale gdybyśmy mieli powiedzieć, jak wygląda… cóż, na pewno zrobilibyśmy to bez problemu, mimo że King nie zająknął się o tym słowem. Postać zaczęła żyć w naszej wyobraźni, tak samo jak wcześniej ożyła na ekranie monitora podczas tworzenia powieści.

Weźmy teraz na tapet czarną owcę literatury, Dana Browna. Wiem, wiem, nienajlepszy przykład, ale przy jego książkach pracowali świetni redaktorzy. Prace prowadził Jason Kaufman, któremu dziś proponuje się redakcję dzieł największych sław literatury. Poza tym niewielu jest takich, którzy nie czytali „Kodu Leonarda da Vinci” – a w konsekwencji niewielu jest takich, którzy nie znają Roberta Langdona. Jak ów dżentelmen został nam przedstawiony? Jeśli pamiętacie, oznacza to, że Dan Brown (lub Jason Kaufman) wykonał świetną robotę. Ja pamiętam. Tweedowa marynarka, zegarek z Myszką Miki. Czy Brown napisał coś więcej? Mógłby… ale może wiedział, że potem i tak przyjdzie Tom Hanks, i ukradnie Langdonowi twarz.

#####

Jak my powinniśmy wykreować protagonistę?

Nie powinniśmy w ogóle go kreować. Zanim zaczniemy pisać powieść, pozwólmy myślom swobodnie prześlizgiwać się po zakamarkach umysłu. Niech oswoją się z postaciami, które zamierzamy powołać do życia – bo właśnie tym jest wprowadzanie ich do książki. Cały ten proces w założeniu ma nie mieć wiele wspólnego z chłodną kalkulacją.

Ale jeśli już musi mieć…

1.      Nie męczmy czytelnika niepotrzebnymi detalami. Jeśli będzie miał do czynienia z policjantem, który chodzi we flanelowej koszuli i słucha starych, melancholijnych kawałków, nie dodawajmy, że nasz bohater ma cztery czy pięć dych na karku i ciężar egzystencji w sercu. Nie ma to żadnego znaczenia i nie współgra z tym, co znamy z prawdziwego życia. Nikt nie przedstawia nam się imieniem i nazwiskiem, podając potem rok urodzenia i oznajmiając, że jest zmęczony pędzeniem żywota na tym padole łez. Nie tak poznaje się ludzi – i nie tak powinno poznawać się postacie.

2.      Nie przesadzajmy z tłem. Kluczowe jest, by bohater miał jakieś życie przed tym, gdy rozpoczęła się akcja naszej powieści, ale nie przedstawiajmy go, jakby miało to arcyważne znaczenie dla fabuły. Poznając się ze swoimi postaciami, ulegamy pokusie, by czytelnik doświadczył tego samego procesu. Nie doświadczy. Ani on, ani nikt inny. Każdy odbierze daną postać na swój sposób, przez pryzmat własnych doświadczeń i za punkt odniesienia przyjmując ludzi, których zna.

Poza tym mało kogo interesuje, że nasz bohater w wieku kilkunastu lat został przyłapany na zamordowaniu małego pająka podczas zabawy na podwórku – choć dla nas mógł to być początek ciągu przyczynowo-skutkowego, który ostatecznie doprowadził do tego, że postać nosi koszulkę ze Spidermanem.

Zawsze chcemy o naszych bohaterach powiedzieć więcej, niżby to wynikało z czystej logiki – bo zawsze chcemy zrobić z nich pełnokrwiste postacie. King w którejś książce pisał o tym, że żona potrafiła skreślić mu kilkanaście stron, na których rozwodził się o przeszłości danego bohatera. Początkowo był rozsierdzony, ale ostatecznie przyznał jej rację. A co ważniejsze, wziął sobie to doświadczenie do serca.

3.      Nie twórzmy bohatera idealnego. Biorąc pod uwagę wszystko, co do tej pory powiedziano, można by dojść do wniosku, że lepiej w ogóle nie opisywać wyglądu bohaterów, ani ich przeszłości. Nie jest to oczywiście prawda, bo wówczas otrzymalibyśmy twór stanowiący tabula rasa. Są czytelnicy, którym by to odpowiadało – mogliby tę czystą kartę zapisać sami – jednak zdecydowana większość poczułaby zgrzyt. Wszak trudno utożsamić się z postacią, która zdaje się być kawałkiem plasteliny, dopiero przygotowanym do uformowania, prawda?

Bohater musi mieć szereg charakterystycznych cech, musi posiadać przywary – i musi być człowiekiem. Jeśli przed napisaniem książki pomysł kołacze się nam w głowie przez jakiś czas, zazwyczaj siadamy do roboty i przenosimy tego człowieka z umysłu na karty powieści. Jeśli nie, musimy pogłowić się nad tym, jak tchnąć w niego życie.

Ostatecznie jednak wszystko sprowadza się do umiaru. Warto podkreślać te cechy, które są istotne. To banalne, ale trafne. Jeśli w zegarek z Myszką Miki w którymś momencie okaże się ważnym rekwizytem, warto wprowadzić go już na początku. Jeśli ateizm czy agnostycyzm bohatera ma mieć później przełożenie na nieznajomość Biblii i niemożność rozwiązania z tego powodu zagadki – jak najbardziej, trzeba pisać, że nigdy nie lubił chodzić z rodzicami do kościoła.

To samo dotyczy wyglądu. Jeśli ktoś uśmiecha się tylko kącikiem ust, to warto, by miało to jakieś znaczenie – choćby takie, że ktoś zmałpuje ten grymas w odpowiednim momencie, wywołując u czytelnika uśmiech (pozdrawiam entuzjastów „Parabellum”). Jeśli ktoś jest brunetem, to nie informujmy czytelnika o tym wprost, za pomocą suchej narracji – a na przykład dlatego, że przydałoby się, by dla wiarygodnego kamuflażu był blondynem.W końcu nie liczy się wygląd, tylko to, co… na zewnątrz. Ale o przedstawianiu bohaterów przez czyny, a nie słowa, była już chyba mowa.

Przeczytaj także:
Kurs pisania #4 - jaką narrację wybrać?
Kurs pisania #3 - redakcja, głupcze!
Kurs pisania #2 – headhopping
Kurs pisania #1 – o dialogach kilka słów
 

Reklama

komentarze [42]

Sortuj:
470
234
14.03.2015 12:46

A u mnie zawsze występuje szczegół jakiego koloru i długości są włosy bohatera :D jakby to było coś na prawdę ważnego. Nie wiem czemu... staram się unikać pisania o wyglądzie postaci, ale czasem mi to nie wychodzi. Próbuję się przestawić, na jeden szczegół, który mogłabym powtarzać przez całe opowiadanie np. - uniosła brew, tak jak zwykle to czyni kiedy ją coś dziwi. :D


651
432
08.03.2015 15:39

Wyposażenie protagonisty w wady jest niezwykle trudne. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Jak mam spędzać kilka godzin dziennie z postacią, której nie lubię? Choć niektóre przywary bywają sympatyczne.

Fragment o tle postaci jest bardzo pouczający, choć oczywistym powinno być, że powieść ma pobudzać wyobraźnię. Główna postać jest poniekąd dzieckiem autora. To on go...

więcej

358
30
23.01.2015 00:12

Pewnie ma to jakieś znaczenie teraz, kiedy pisze się książki po to by zostawały bestsellerami i były ekranizowane. Wielcy pisarze zwracali jednak uwagę na szczegóły. Dostojewski (a był niezaprzeczalnie wielkim talentem literackim) opisywał kąt padania promieni słonecznych, a nawet liczbę schodów w kamienicy bohatera, nie wspominając już o tym jak szczegółowo rysował nam...

więcej

305
226
04.01.2015 17:18

Warto jeszcze wziąć poprawkę na gatunek. W literaturze dla nastolatek normą jest określanie fizyczności bohatera dość szczegółowo, przy pierwszym spotkaniu i to wręcz przez wyliczenia. To trochę tworzenie takich typów kolorystycznych - sympatyczny blondyn, seksowny brunet, oczy piwne, oczy niebieskie, rasa żółta, czarna, zielona, morelowa... Jak w kreskówkach, z których się...

więcej

375
53
07.12.2014 01:34

Mi się podoba jak historia jest opisana na 100 stronach chociaż ma potencjał na 500 np.: "Opowieści z Narnii" albo "Ja, robot". Żeby upchnąć coś w tak wielkiego w tak mały format trzeba być w tym na prawdę niezłym i bardzo przyjemnie się czyta, czasem nie można się temu nadziwić :)


66
0
04.12.2014 22:17

Czasami lubię napisać jakieś opowiadanie i ostatnio zauważyłam, że opis moich postaci to minimalizm. Oczywiście jeśli w dalszych wydarzeniach wygląd będzie odgrywał jakieś ważniejsze znaczenie, już na początku jest on jako tako opisany. Ale nie lubię zagłębiać się w jakieś szczegóły i zastanawiałam się czy nie powinnam dawać więcej detali. Cieszę się, że zobaczyłam ten...

więcej

2603
367
01.12.2014 18:03

Ja filmu też nie widziałam. Widziałam reklamę i inny odcień rudego sobie wyobrażałam. Ale to w książce było o jego wysportowanym ciele i o tym, że dobrze tańczy, co nijak do "mojego" misia i drwala by nie pasowało.


2841
682
01.12.2014 15:16

Nie jestem pisarzem i nigdy nic nie napiszę. Jednak interesuje mnie zagadnienie mody i trendów w stylu pisania. Chyba każdy pisarz pragnie aby jego książka przetrwała lata i była czytana przez następne pokolenia, a nie znikneła wraz z daną modą. Tutaj ścierają się dwie tędencje, książka modna w danej chwili to zastrzyk gotówki, sława i możliwość dalszego pisania. Przykład...

więcej

577
0
30.11.2014 13:28

MJJW - trafne uwagi, ale prędzej oberżnąłbym sobie język, niż powiedział, że Myśliwski to grafoman - ergo nie mogę się podpisać pod tezą o tym, że bestseller = grafomański twór. ;) Ale poważnie mówiąc - na liście NY Times widzę wielu dobrze piszących autorów, którzy nieraz latami pracują nad swoimi książkami. Paradoksu chyba więc nie ma - o ile nie przyjmiemy, że...

więcej

1515
51
30.11.2014 15:54

Dlatego nie uogólniam, bo z łatwością można znaleźć książki genialne i popularne zarazem. To wcale się nie wyklucza, przykładów można podać wiele. Zależy jeszcze na który rynek spojrzymy, bo tendencje czytelnicze są bardzo różne. Jednak często bywa tak, że bestseller nie jest wyznacznikiem jakości. Owszem, możemy zastanawiać się, jak to rozumieć, mimo, że ta kategoria mówi...

więcej

433
341
30.11.2014 09:31

I po raz kolejny uzyskałem przydatną informację. Zazwyczaj opowiadanie zaczynałem od wyglądu, wieku, charakteru i innych pierdół, które, jak teraz się dowiaduję wcale nie są takie istotne. Znam Langdona, znam dzieło Larssona i rzeczywiście, ma pan rację. A ja dopiero teraz zauważyłem tę cechę. Na pewno będę pamiętał o tym artykule zajmując się głównym bohaterem :)

...

więcej

zgłoś błąd