Notatki z miejskiej komunikacji (następny przystanek)

Sylwia Sekret
13.07.2014

Kiedy co rano o 7.05 wsiadam do autobusu, dobrze wiem kogo w nim spotkam. I nie chodzi mi o znajomych, tylko o obcych ludzi, których po kilku dniach nauczyłam się rozpoznawać. Jest więc młody chłopak, na oko dwudziestoletni, którego sznurówki w prawym i lewym trampku mają inne kolory. Chudy i wysoki przypomina mi przyjaciela, dlatego gdy wsiada na następnym od mojego przystanku, w autobusie od razu robi się bardziej swojsko i swobodnie. Oczywiście nie zamieniam z nim ani słowa - nie znamy się, a mimo to, gdy wracam tą samą trasą, ponad 9 godzin później, a mój wzrok nie zawsze wyłapie nieznajomego znajomego - powrót do domu traci coś ze swojej rutyny, a mój program dnia zostaje nieprzyjemnie zachwiany. Tym bardziej, że nastręcza mi to mnóstwo pytań dotyczących tego, gdzież to się podziewa chłopak od sznurówek - spóźnił się na autobus czy spotkał z przyjaciółmi? Pojechał innym autobusem czy skorzystał z ładnej pogody i przerzucił się na rower? Brzmi to trochę jak obsesja, ale są to zwykłe, niewinne myśli, które obijają się o siebie w tych zakamarkach głowy, które najmniej kontrolujemy. Jest również pani, która wsiada chwilę przed tym, kiedy ja opuszczam autobus. Jej krótko ścięte, rude włosy niemal zawsze przecina kolorowa chustka złożona w taki sposób, żeby przypominała opaskę. Kiedy wsiada, wnosi ze sobą całą gamę barw, która rozpocząwszy swoje kolorowe pląsy na czubku tycjanowych włosów, przepływa stopniowo przez korale, bluzkę, spodnie, by osiąść wyczerpana mnogością odcieni na - niemniej barwnych - butach. Zastanawiam się, czy jej życie jest równie barwne, oszałamiające i jaskrawe jak materiały, w które obleczona jest jej postać. Czy może wręcz przeciwnie - ubiorem rekompensuje sobie szarość życia?

Myślę, że właśnie w tej potrzebie odpowiedniej - czasem nawet minimalnej - dawki rutyny kryje się popularność i potrzeba, aby pisać (w przypadku autorów) i czytać (w przypadku czytelników) serie, albo chociaż powieści, w których istnieje szansa, że spotkamy znanego nam już bohatera - choćby i drugoplanowego. Po odłożeniu książki  na półkę ciekawość o dalsze losy wymyślonych postaci jest niekiedy wręcz hipnotyzująca. To, że są to osoby fikcyjne, w dodatku żyjące często w fikcyjnym świecie - nie ma żadnego znaczenia. I tak będziemy się zastanawiać, co u nich słychać, jak sobie radzą i co nowego tym razem kombinują. Chęć podglądania i wglądu w życie innych osób jest do tego stopnia nieodparta, że wydaje się wręcz naturalna. Dlatego w poniedziałek rano znów będę się zastanawiać dokąd jedzie chłopak w trampkach i czy rudy to naturalny kolor włosów tamtej kobiety. Z tego samego powodu sięgałam po każdą kolejną część „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz. Chciałam znów zajrzeć do przytulnej kuchni Borejków, posłuchać o problemach każdej z sióstr, by później zaznajamiać się również z troskami ich dzieci. Każdy kolejny tom, był jak przekroczenie progu domu, w którym tyle razy już byliśmy, i w którym za każdym razem czujemy się dobrze. Otwierając „Pulpecję”, „Kalamburkę” czy „Opium w rosole” wiedziałam, że spotkam tych, których lubię, i których już znam - choć zapewne nie od każdej strony. Była więc ze mną pewna stabilność, świadomość, że cokolwiek się stanie, że jakikolwiek kłopotliwy świat wykreuje tym razem Musierowicz dla swoich bohaterów - ja będę mogła cieszyć się tym, że znów mogłam w niego wkroczyć. Nigdy nie brakuje jednak także ciekawości i ukrytych za niewiedzą tajemnic, które dopiero będą się przede mną odkrywały. Za to przecież lubimy też seriale - jesteśmy świadkami nowego, ale na znanym nam już gruncie. Nie uczymy się od nowa postaci, a tego, na co stać te, o których już co nieco wiemy. Tym bardziej ma to swoje plusy, kiedy w świecie przedstawionym przez autora rozsiadamy się wygodnie, jak w najprzytulniejszym fotelu.

Chłopak w trampkach przypomina mi o rodzinie Borejków. Wydaje się taki „swój” z tą luźno wiszącą na nim koszulką i włosami w nieładzie. W tych bezpretensjonalnie, jakby od niechcenia zawiązanych butach wydaje się jednym z domowników, bohaterem, o którego losach po prostu nie mieliśmy okazji jeszcze usłyszeć. Ani odrobinę nie kłóciłby się z wystrojem umeblowanej przez Musierowicz kuchni - mlaskałby ze smakiem nad garnkiem bulgoczącego rosołu, przekomarzałby się z Idą pod drzwiami łazienki i prowadził filozoficzne dysputy - z łacińskimi wtrąceniami oczywiście - z Ignacym Borejką. Zresztą, dom Borejków to jedno z tych literackich miejsc, które się po prostu czuje, ze wszystkimi jego drobnostkami i niedopowiedzeniami. Uginające się od półek książki, pokoik Gabrysi, w którym odbywały się spotkania związane z ESD - Eksperymentalnym Sygnałem Dobra. No i - przede wszystkim - ta kuchnia! Kuchnia to w ogóle jakieś magiczne miejsce - ilekroć mam gości, niemal wszyscy prędzej czy później wylądujemy w kuchni, a w moim rodzinnym domu było dokładnie tak samo. Na blatach, zamiast misek, słoików, wymytych naczyń czy owoców, niejednokrotnie mościły się pupy - moja i mojej siostry. Wymachując nogami podpatrywałyśmy mamę podczas gotowania i wyjadającego - prosto z patelni, niegotowe jeszcze danie - tatę. Nie wiem, co powoduje, że kuchnia przyciąga nas do siebie jak magnes - czy o chodzi o cichutkie pomrukiwanie okapnika, o smakowity odgłos pyrkającego na ogniu sosu czy o te wszystkie, unoszące się w pomieszczeniu zapachy? Zakładam, że pewnie to wszystko naraz.

Nie tylko w książkach Małgorzaty Musierowicz kuchnia jest takim przyciągającym, magicznym miejscem. W cyklu innej pisarki - znanej z przygód niesfornej policjantki Rizzoli - Tess Gerritsen, również przypisuje temu pomieszczeniu niebagatelne znaczenie. To właśnie tam Jane prowadzi poważne i trudne rozmowy ze swoją matką, to tam zwierza jej się i obie próbują naprawić stosunki między sobą. Z kolei w „Kuchni duchów” - co oczywiste - było to pomieszczenie, w którym działa się większość powieści. Tylko tam bohaterka Jael McHenry czuła się bezpiecznie i swobodnie, tam panowała nad sobą i swoim życiem. Natomiast w „Służących” kuchnia była miejscem gdzie - paradoksalnie - tytułowe służące czuły się wolne. Jako że ich pracodawczynie nie miały pojęcia o gotowaniu, bohaterki swobodnie opanowywały to pomieszczenie, czując się tam dobrze i - w miarę możliwości - bezpiecznie. Tam smażył się z użyciem słynnego Crisco pyszny kurczak, tam też Minnie upiekła swoje słynne ciasto. W kuchni również zacieśniała się niespodziewana przyjaźń i zrozumienie między białą dziennikarką, a czarnymi służącymi.

Kiedy autobus mocno hamuje, uświadamiam sobie, że jednak nie zawsze kuchnia w literaturze była miejscem bezpiecznym i przytulnym. Czasami zdarzają się tam dramaty i tragedie - jakby pisarze chcieli celowo przełamać ten schemat, zaburzyć gładką taflę wody wprawiając ją w drgania. W „Sztuce ścigania się w deszczu” to właśnie w kuchni Enzo - sympatyczny labrador - wyczuł po raz pierwszy śmiertelną chorobę trawiącą ciało żony swojego pana. W kuchni również wydarzyła się tragedia w powieści Lisy Scottoline, która na zawsze zmieniła bieg życia dwójki bohaterów z „Nie odchodź”. W najnowszej powieści Joe Hilla, „N0S4A2”, głównej bohaterce kuchnia kojarzy się przede wszystkim z kłótniami rodziców, natomiast w „Lśnieniu” Kinga mały Danny Torrance przebija się przez kuchenny zgiełk i wyłapuje z umysłu swojego ojca straszne słowo: SAMOBÓJSTWO. Mimo tego jednak nie można zaprzeczyć, że kuchnia to nie lada wyzwanie dla pisarza - z takim mnóstwem smaków, zapachów i bogatym wyposażeniem szuflad i szafek. Trzeba to wszystko zgrabnie opisać, żeby nakreślić z jednej strony szczegółowy i realistyczny obraz tego pomieszczenia będącego zazwyczaj sercem domu, a z drugiej strony zostawić miejsce na wyobraźnię czytelnika, którego zadaniem jest sprawić, by kuchnia była mu bliska i przyjazna.

Jeśli jednak rodzina Borejków i ich niepowtarzalna kuchnia przychodzą mi do głowy za każdym razem, kiedy do autobusu wsiada ten, który ma dwie różne sznurówki, to który cykl będzie mi przypominała ruda kobieta? No cóż, wielu mnie pewnie wyśmieje, ale okłamywanie Was tym bardziej nie leży w moim interesie. Kiedy widzę ten płomień rudych, krótko ostrzyżonych włosów przypomina mi się - zdecydowanie moja ulubiona bohaterka z „Sagi o Ludziach Lodu” - Villemo. I w przypadku cyklu Margrit Sandemo wychodzi na jaw to, co pewnie często się zdarza, ale nie zawsze o tym mówimy - nawet kiedy seria jest pisana coraz gorzej i nie chce nam się jej czytać - zazwyczaj udaje nam się wytrwać do końca. Dlaczego? Znów wypływa na powierzchnię ciekawska natura człowieka, ale także kwestia przywiązania. Nieładnie tak porzucać swoich bohaterów, z którymi zdążyliśmy się zżyć i ich polubić. Niby nie chcemy już czytać czegoś, co poziomem odstaje od poprzednich książek cyklu, ale... warto dowiedzieć się, jak potoczyły się losy - choćby nie wiem jak spaprane - naszych znajomych. „Saga o ludziach Lodu” jest o wiele bardziej rozległa od „Jeżycjady”, obejmuje znacznie więcej pokoleń - w kolejnych tomach rodzi się kolejne, a umierają przedstawiciele wcześniejszego. Niełatwo porzucić rodzinę, której drzewo genealogiczne rozrosło się na wszystkie strony. Poza tym, skoro polubiliśmy matkę, to może polubimy też wnuczkę tej bohaterki? Ciekawi nas czy będą do siebie podobne, czy zupełnie różne. Tak - pisarze dobrze wiedzą, co robią, rozpoczynając cykl książek o tych samych bohaterach.

Zabawne, że nic nie wiem o człowieku, który przez pięć dni w tygodniu spędza ze mną około 15 minut w jednym, niewielkim pomieszczeniu, a mogę przytoczyć całą historię rodziny, która nawet nie istnieje. Kiedy spoglądam przez szybę autobusu i widzę ludzi, którzy gdzieś się śpieszą, czekają na zielone światło, wsiadają do samochodu albo wychodzą ze sklepu - moje myśli nieubłaganie, niemal zawsze, biegną do powieści, których nigdy nie przeczytam. Tak jak nigdy nie poznam człowieka, który kilkanaście kilometrów ode mnie bezskutecznie próbuje odpalić nieposłuszny samochód, tak nigdy nie przeczytam pewnych książek - z różnych powodów. Z niektórymi nie zetknie mnie kapryśny los, na inne nigdy nie będzie czasu, jeszcze inne z kolei - co przeraża mnie najbardziej i wywołuje niekiedy autentyczne łzy i napady lęku - powstaną na długo po tym, jak mnie już nie będzie. Boję się myśleć, ile fantastycznych, mądrych i zwyczajnie dobrych książek nie będzie mi dane przeczytać. Nie godzę się na to, jednak wiem, że niewiele mam do powiedzenia, a nawet gdyby - świat nie wysłucha moich roszczeń. Żeby o tym nie myśleć, tęsknie spoglądam  teraz w stronę swojej kuchni, po której niedługo rozejdzie się zapach mielonego mięsa i cebulki, gdzie wrzucony na wrzątek makaron powoli, leniwie zacznie mięknąć, i która znów - chcąc nie chcąc - stanie się siedliskiem moich gości.
 

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
1714
110
13.07.2014 23:39

Świetny tekst! Czytało się z czystą przyjemnością :) No i ja również złapałam się na myślach, że też tak mam :)


1655
39
13.07.2014 17:52

Skąd ja to znam :)
i ta kuchnia Borejków...


1266
106
13.07.2014 11:40

Kolejny raz: REWELACJA!
Zdumiewająco zgrabne przemyślenia, wiele razy łapałem się na tym, że mam podobne myśli ;)


932
55
13.07.2014 11:25

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd